Opuściłam całe towarzystwo. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać. Szczególnie z Ezreal'em. Szłam sobie zamkowym korytarzem, próbójąc odnaleźć kryjówkę przed chłopakiem, którego tak nienawdziłam, chociaż... Chwila. Co? Nie, nie, nie! Nienawidzę go i kropka. Jest idiotą i tak dalej. Nie mam zamiaru powiedzieć o nim ani jednego dobrego słowa. Wracając, kiedy chodziłam korytarzami, wpadłam ma Ezrę. odsunęłam się od niej kilka kroków, żeby móc normalnie na nią patrzeć.
- Witam, coś się stało? - spytałam z udawaną wesołością i zainteresowaniem. Stałam tak, wyczekując odpowiedzi. Ostatecznie, jeśli nic nie powie, zwyczajnie pójdę dalej i będę ciągnąć dalej to, co robiłam. Dziewczyna w zbroi przez chwilę milczała jakby zastanawiając się co powinna powedzieć.
- Słyszałem dość... Interesującą rozmowę, ale nic poza tym - stwierdziła jak zwykle oschłym tonem. Rety, rety. Coś mi kłamie. Martwi ją coś. Popatrzyłam na drzwi, a potem z powrotem na nią.
- Kto tam jest? - zadałam kolejne pytanie, przybierając tak poważną minę, że aż przerażającą. Zresztą, nie pierwszy raz. Ezra westchnęła prawie bez głośnie. Po raz kolejny zastanowiła sie przez chwilę.
- Qui Loquitur - odparła ściszając nieco ton. ONA tu jest?! Nie jest dobrze. Nie wiem, po co przyszła, ale nie oznacza to nic dobrego. Podniosłam dłoń do ust i zaczęłam przygryzać paznokieć kciuka. Jest nie dobrze, nie dobrze, nie dobrze, bardzo nie dobrze...
- To nie znaczy nic dobrego... Coś zdążyłaś usłyszeć? Cokolwiek? - natychmiast zaczęłam ją wypytywać. Mam nadzieję, iż wie coś, cokolwiek, co może mieć jakieś znaczenie. Błagam, powiedz coś, Ezra...
- Rosalin nie powinnyśmy się mieszać w sprawy nas nie dotyczące - stwierdziła poważnie. O co jej chodzi? Naprawdę nic się nie domyśla? Jeśli jej wizyta coś oznacza, to na pewno nic dobrego - Ale...Czwarta Księga Sancti Spiritus. O niej mówili - odparła z lekkim zawahaniem. Czwarta Księga... Hmm... Obiła mi się ta nazwa o uszy, ale nie mam o niej jakiegoś większego pojęcia. Kiedyś się tym interesowałam, jednak było to dość dawno temu. Chciałam sobie przypomnieć jakieś informacje na ten temat, lecz nic nie wspominano o czymś takim. Najwyraźniej trzeba to było trzymać w tajemnicy przed innymi. Po paru minutach, król i Qui Loquitur wyszli z sali. Raczej nie wyglądali na zadowolonych z tej rozmowy.
- Co się stało? Ktoś umarł? Robimy pogrzeb? - naskoczyłam na nich z nieco żartobliwym tonem. Jego Wysokość zaśmiał się, ale po chwili spoważniał.
- Idziemy po pewną księgę. Mogą iśćz nami? - pytanie skierował do tamtej dziewczyny. Ona posłała mu niechętne, choś potwierdzające spojrzenie, po czym ruszyliśmy w kierunku wskazanym przez króla. Znaleźliśmy księgę, owiniętą w materiał i przekazał dziewczynie. Pomijając naszą kłótnię na temat tego czy idziemy z nią, czy nie, przejdę do tego, że po BARDZO długich naleganiach moich i Ezry, zgodziła się na nasze towarzystwo.
To co robimy, szefie?
czwartek, 2 lipca 2015
Od Ezry: Tajemnicza rozmowa...
Z dalej uniesionym mieczem wpatrywałam się w kobietę stojącą na przeciwko mnie zimnym spojrzeniem. Moje pytanie nie było ani trochę potrzebne, w końcu zdawałam sobie sprawę z tego kim jest. Mimo to tak nakazywały zasady obowiązujące rycerza i miałam zamiar się do nich stosować zawsze. Odpowiedzi jednak nie uzyskiwałam przez jakiś czas. Jedyne co mogłam dosłyszeć to głucha cisza. Ignorując moje lekkie zniecierpliwienie dalej nie miałam zamiaru poluźnić chwytu, którym utrzymywała rękojeść Certaofinusa. Teraz dopiero zastanowiłam się dlaczego mogła iść przez zamek i nikt jej nie zatrzymał. Żadnych ulg nie powinien mieć nawet ktoś taki jak ona, właściwym zachowaniem byłoby doprowadzenie ją tutaj przez straży. Trzeba być przygotowanym na wszystko, co jeśli na przykład ktoś jedynie udawałby ją zmieniając wygląd swój i swojego transportu jak mniemam? Nie było jednak czasu aby myśleć o tym w momencie. Postanowiłam jedynie, że potem omówię to z całą resztą floty królewskiej, po to by tego rodzaju sytuacja nie powtórzyła się. Nagle usłyszałam za sobą czyjeś kroki.
- Ezra, opuść miecz - nakazał mi świetnie znany głos. Jego brzmienie było niezwykle przyjemne dla ucha. Kryła się w nim zarówno powaga jak i swego rodzaju troska. Tylko jeden znany mi mężczyzna posiadał tak niesamowity głos. Dlatego też za jego poleceniem schowałam Certaofinusa do pokrowca przypiętego przy moim pasie. Następnie sztywno odwróciłam się oraz uklękłam przez królem Heimesem spuszczając głowę. Król wyminął mnie i dopiero po chwili spostrzegłam ruch jego ręki, który rozkazał mi się podnieść. Posłusznie uniosłam się, jednak pozostałam na miejscu.
- Co cię do mnie sprowadza, Qui Loquitur? - zadał pytanie tonem, który mimo, że dostojny i władczy, miał w sobie także niezwykle spokojne i miłe brzmienie. Nigdy nie odkryję jak król uzyskuje tego typu ton. W końcu sama zawsze pozostaje tylko i wyłącznie przy jednym - bezuczuciowym i niskim. Nie powiem, iż nie zaciekawiła mnie cała ta sytuacja. Nie dałam jednak tego po sobie poznać i wraz z królem wyczekiwałam na odpowiedź.
- Oddaj mi Czwartą Księgę Sancti Spiritus - rzekła bezpośrednio. Zastanowiłam się nad tym czy kiedykolwiek słyszałam tego rodzaju nazwę. W mojej głowie pozostała jednak kompletna pustka. Sądziłam, że wiem o tym królestwie oraz rzeczach znajdujących się w nim wszystko. Najwidoczniej myliłam się, ale skoro władca uznał, iż nie powinnam o tym wiedzieć tak najwidoczniej musi być. Spojrzałam ukradkiem na twarz króla. Zdawało pojawić się na niej niemałe zdziwienie. Po chwili jednak jego wzrok jak i cały wyraz stał się poważniejszy.
- Do czego jej potrzebujesz? - spytał tym razem z mniejszą ilością radości w głosie niż wcześniej. Wtedy właśnie doszło do mnie o jak ważną rzecz chodziło. Pan Heimes stawał się taki tylko i wyłącznie gdy chodziło o sprawy najwyższej wagi. Mimo to dalej stałam prosto i nie śmiałam nawet drgnąć czy pokazać choć na chwilę zainteresowania.Wtedy poczułam na sobie wzrok kobiety. Następnie szybko przeniosła go na króla. Nawet ja świetnie mogłam zrozumieć o co chodzi. Mój władca skinął głową i spojrzał na mnie.
- Ezra, wyjdź - wydał rozkaz. Taki przebieg zdarzeń był osobisty. Jestem zwykłym rycerzem, rozumiem świetnie, że chodziło tu o sprawy o których nie powinni wiedzieć ani zwykli obywatele ani żadni podwładni króla. Dlatego też po raz kolejny uklękłam przez jego obliczem.
- Zrozumiałem, panie - odparłam nie zapominając o formie osobowej czy tonie który przypominać miał mężczyznę. Następnie wstała i za rozkazem króla opuściłam salę pozostawiając go samym z kobietą. Nie byłam pewna czy pozostawienie tak ważnej osobistości bez jakiejkolwiek ochrony było dobrym pomysłem, ale skoro taka jest jego wola nie mam nic do mówienia. W dodatku zawsze ufałam jemu oraz jego wyborom. Z bezgłośnym westchnięciem zastanowiłam się co więc powinnam zrobić teraz. Ah tak, straże. Chwytając za rękojeść Certaofinusa ruszyłam przez korytarze zamku zdecydowanym krokiem. Świetnie wiedziałam gdzie obstawiony jest każdy ze strażników. Gdy dotarłam do pierwszej ich pary spojrzałam na nich nie odzywając się. Od razu widząc skłonili się na tyle na ile pozwalały im zbroje. Odpowiednia reakcja na spotkanie przywódcy floty królewskiej, jednak teraz miałam mówić o czymś innym.
- Wiecie czego od was oczekuje - rzekłam chłodnym, niskim tonem. Od razu wymienili przerażone spojrzenia, które mimo hełmów na ich głowach mogłam dostrzec. Usłyszałam cichy pomruk jednego z nich, który brzmiał jak "Niedobrze, Ezra jest wściekły...". Zauważyłam, że jak na piętnastolatkę budziłam w nich naprawdę niezwykły szacunek i respekt. To było jednak nieistotne. Mieli racje. Byłam wściekła. Przecież od tego w jakim stanie jest straż zależy bezpieczeństwo króla Heimesa. Od razu zalała mnie fala przeprosin oraz wytłumaczeń. Po wysłuchaniu wszystkiego spojrzeli na mnie z nadzieją.
- Nawet jeśli świetnie wiedzieliście kim była owa postać powinniście ją zatrzymać i doprowadzić do króla stale pilnując jej. Mimo waszej niekompetencji dam wam szansę oraz nie obniżę waszego stanowiska. Spodziewajcie się jednak, że kolejny sprawdzian zdolności będzie o wiele trudniejszy i bardziej męczący. Mam nadzieję, że dzięki temu zrozumiecie jak ważną rolę pełnicie i jak istotny jest każdy z waszych najmniejszych obowiązków - zakończyłam. Mężczyźni stojący na przeciwko mnie ponownie ukazali swoją skruchę i podziękowali za moją łaskawość. W końcu mogłam od tak zmienić ich stanowiska na o wiele mniej ważne, a nawet kompletnie wyrzucić z zamku. Po zakończeniu rozmowy ruszyłam do kolejnych członków floty. Konwersacja z każdym z nich wyglądała dokładnie tak samo. Gdy obeszłam już wszystkich strażników wpadłam nagle na Rosę. Tygrys który wcześniej był przy niej gdzieś zniknął.
Rosalin?
- Ezra, opuść miecz - nakazał mi świetnie znany głos. Jego brzmienie było niezwykle przyjemne dla ucha. Kryła się w nim zarówno powaga jak i swego rodzaju troska. Tylko jeden znany mi mężczyzna posiadał tak niesamowity głos. Dlatego też za jego poleceniem schowałam Certaofinusa do pokrowca przypiętego przy moim pasie. Następnie sztywno odwróciłam się oraz uklękłam przez królem Heimesem spuszczając głowę. Król wyminął mnie i dopiero po chwili spostrzegłam ruch jego ręki, który rozkazał mi się podnieść. Posłusznie uniosłam się, jednak pozostałam na miejscu.
- Co cię do mnie sprowadza, Qui Loquitur? - zadał pytanie tonem, który mimo, że dostojny i władczy, miał w sobie także niezwykle spokojne i miłe brzmienie. Nigdy nie odkryję jak król uzyskuje tego typu ton. W końcu sama zawsze pozostaje tylko i wyłącznie przy jednym - bezuczuciowym i niskim. Nie powiem, iż nie zaciekawiła mnie cała ta sytuacja. Nie dałam jednak tego po sobie poznać i wraz z królem wyczekiwałam na odpowiedź.
- Oddaj mi Czwartą Księgę Sancti Spiritus - rzekła bezpośrednio. Zastanowiłam się nad tym czy kiedykolwiek słyszałam tego rodzaju nazwę. W mojej głowie pozostała jednak kompletna pustka. Sądziłam, że wiem o tym królestwie oraz rzeczach znajdujących się w nim wszystko. Najwidoczniej myliłam się, ale skoro władca uznał, iż nie powinnam o tym wiedzieć tak najwidoczniej musi być. Spojrzałam ukradkiem na twarz króla. Zdawało pojawić się na niej niemałe zdziwienie. Po chwili jednak jego wzrok jak i cały wyraz stał się poważniejszy.
- Do czego jej potrzebujesz? - spytał tym razem z mniejszą ilością radości w głosie niż wcześniej. Wtedy właśnie doszło do mnie o jak ważną rzecz chodziło. Pan Heimes stawał się taki tylko i wyłącznie gdy chodziło o sprawy najwyższej wagi. Mimo to dalej stałam prosto i nie śmiałam nawet drgnąć czy pokazać choć na chwilę zainteresowania.Wtedy poczułam na sobie wzrok kobiety. Następnie szybko przeniosła go na króla. Nawet ja świetnie mogłam zrozumieć o co chodzi. Mój władca skinął głową i spojrzał na mnie.
- Ezra, wyjdź - wydał rozkaz. Taki przebieg zdarzeń był osobisty. Jestem zwykłym rycerzem, rozumiem świetnie, że chodziło tu o sprawy o których nie powinni wiedzieć ani zwykli obywatele ani żadni podwładni króla. Dlatego też po raz kolejny uklękłam przez jego obliczem.
- Zrozumiałem, panie - odparłam nie zapominając o formie osobowej czy tonie który przypominać miał mężczyznę. Następnie wstała i za rozkazem króla opuściłam salę pozostawiając go samym z kobietą. Nie byłam pewna czy pozostawienie tak ważnej osobistości bez jakiejkolwiek ochrony było dobrym pomysłem, ale skoro taka jest jego wola nie mam nic do mówienia. W dodatku zawsze ufałam jemu oraz jego wyborom. Z bezgłośnym westchnięciem zastanowiłam się co więc powinnam zrobić teraz. Ah tak, straże. Chwytając za rękojeść Certaofinusa ruszyłam przez korytarze zamku zdecydowanym krokiem. Świetnie wiedziałam gdzie obstawiony jest każdy ze strażników. Gdy dotarłam do pierwszej ich pary spojrzałam na nich nie odzywając się. Od razu widząc skłonili się na tyle na ile pozwalały im zbroje. Odpowiednia reakcja na spotkanie przywódcy floty królewskiej, jednak teraz miałam mówić o czymś innym.
- Wiecie czego od was oczekuje - rzekłam chłodnym, niskim tonem. Od razu wymienili przerażone spojrzenia, które mimo hełmów na ich głowach mogłam dostrzec. Usłyszałam cichy pomruk jednego z nich, który brzmiał jak "Niedobrze, Ezra jest wściekły...". Zauważyłam, że jak na piętnastolatkę budziłam w nich naprawdę niezwykły szacunek i respekt. To było jednak nieistotne. Mieli racje. Byłam wściekła. Przecież od tego w jakim stanie jest straż zależy bezpieczeństwo króla Heimesa. Od razu zalała mnie fala przeprosin oraz wytłumaczeń. Po wysłuchaniu wszystkiego spojrzeli na mnie z nadzieją.
- Nawet jeśli świetnie wiedzieliście kim była owa postać powinniście ją zatrzymać i doprowadzić do króla stale pilnując jej. Mimo waszej niekompetencji dam wam szansę oraz nie obniżę waszego stanowiska. Spodziewajcie się jednak, że kolejny sprawdzian zdolności będzie o wiele trudniejszy i bardziej męczący. Mam nadzieję, że dzięki temu zrozumiecie jak ważną rolę pełnicie i jak istotny jest każdy z waszych najmniejszych obowiązków - zakończyłam. Mężczyźni stojący na przeciwko mnie ponownie ukazali swoją skruchę i podziękowali za moją łaskawość. W końcu mogłam od tak zmienić ich stanowiska na o wiele mniej ważne, a nawet kompletnie wyrzucić z zamku. Po zakończeniu rozmowy ruszyłam do kolejnych członków floty. Konwersacja z każdym z nich wyglądała dokładnie tak samo. Gdy obeszłam już wszystkich strażników wpadłam nagle na Rosę. Tygrys który wcześniej był przy niej gdzieś zniknął.
Rosalin?
Od Kage
Małą , zagubioną dziewczynkę nazwałam Hana. Była bardzo pracowita i miała dobre podejście do duchów. Czasem zauważała więcej rzeczy ode mnie. Była cudownym dzieckiem. Całymi dniami biegała po lesie ,śmiała i bawiła się wraz z małymi spiritami. Nocami męczyła mnie abym opowiadała jej o Lesie, i duchach oraz wszystko co wiem. Chłonęła wiedzę jak gąbka. Nim się spostrzegłam byłam do niej bardzo przywiązana. Może to dlatego że była taka jak ja lub to tylko moje własne doświadczenia pchnęły mnie abym okazała jej współczucie. Tego dnia patrolowałyśmy razem z Sarciną środkowy Las. Dzisiaj postanowiłam pokazać jej najcenniejszy skarb całej Macarii. Drzewo Życia. Centrum energii wszystkich żywych istot na Ziemi. Umożliwia duchom przebywanie w Lesie Pana oraz nadaje każdemu wyjątkowe moce. Potrafią szybko biegać, skakać, teleportować się i wiele innych. Zawdzięczam mu swoje umiejętności, oraz życie. Gdy Hana zobaczyła Dolinę Pustki, czyli miejsce gdzie znajduje się Drzewo Życia, zaniemówiła. Patrzyła na wiszącą skałę i umiejscowiony na niej pień z błyskiem w oczach. Ze ścian spływały liczna wodospady i korzenie innych roślin. Był to najpiękniejsze miejsce na świecie. Jednak nie pasowało mi coś w tym pięknym krajobrazie. Gdybym dokładniej przyjrzała się liściom lub trawie od razu bym to zauważyła. Coś się stało z Drzewem Życia. Puściłam rękę Hany i na boso weszłam do wody otaczającej wysepkę. Wokół moich stóp zaczęły zbierać się małe podwodne duszki. Woda jaśniała od kroków. Dosłownie. Przynajmniej powinna... Tym razem nie pulsowała białym światłem. Mąciła się jak zwykła woda. Przyspieszyłam kroku ale muł zatrzymywał moje nogi. Wsparłam się o kostur i szłam dalej. Byłam kilka metrów od brzegu gdy z pod wody wystrzeliły korzenie. Była zaszokowana i nie potrafiłam się ruszyć. Próbowałam osłonić się laską jednak było ich za dużo. Usłyszałam ryk. To do pomocy mi rzuciły się duchy zwierząt z Lasu. Nakazałam Zen'owi zabrać stąd Hanę. Nic chciałam żeby coś jej się stało. To niesłychane żeby Dolina Pustki się tak zachowywała... Z oporem dotarłam na wyspę. Dokładnie obejrzałam korzenie zwisające ze skały. Były wyschnięte, liście żółkły na czubkach, a z pnia odpadała kora. Drzewo Życia umierało. Jak najszybciej potrafiłam przedostałam się na drugą stronę brzegu. Wsiadłam na jednego z ferre i poprosiłam aby zabrał mnie do domu. Nic nie wyjaśniając Hanie wsiadłam na Zen'a i wyruszyłam do Króla Maunuts'a. Nie zastawszy go w zamku poleciłam Zen'owi udać się do Króla Heimes'a. Z nadzwyczajną szybkością lisiego ducha znaleźliśmy się pod bramą zamku już po godzinie. Zsiadłam z jego grzbietu i wzięłam Hanę za rękę. Weszłam do korytarza prowadzącego wprost do sali tronowej. Nie miałam najmniejszego problemu ze strażnikami. Widząc kobietę z ogromnym lisem powinni się domyślić kim jestem. Jedyną osoba która wymierzyła we mnie swoje ostrze była młoda dziewczyna w zbroi.
- Kto idzie? - zapytała.
Ezra?
- Kto idzie? - zapytała.
Ezra?
piątek, 10 kwietnia 2015
Od Ezry:
Zdołałam zapomnieć już o tym co widziałam wczoraj. Jako rycerz miałam w końcu na tyle obowiązków, aby nie mieć czasu myśleć o tego typu rzeczach. Co prawda dalej byłam na sobie zawiedziona. Nie potrafiłam pomóc Rosalin, a przecież postrzegałam ją jako przyjaciółkę. Nie sądzę bym mogła pocieszyć kiedyś kogokolwiek. Nie potrafię wymówić słów "wszystko będzie dobrze", o ile nie są prawdą. Potrząsnęłam lekko głową. Nonsens. Nie ma co myśleć o tego typu sprawach. Nie zaliczają się one do obowiązków rycerza, a póki żyję mam zamiar nim być. Do końca. Stałam w dość luźnej pozycji zastanawiając się czy wykonałam już wszystkie polecenia dane mi na dzisiejszy dzień. Nie zrozumcie mnie źle. "W luźnej pozycji" oznaczało tyle, że pozwoliłam sobie lekko opuścić głowę. W końcu muszę zachować prostą postawę. Co jeśli ktoś właśnie w tym momencie by przybył i ujrzałby tak nieuporządkowanego rycerza? Co pomyślałby o królu? To niedopuszczalne! Skarciłam się w myślach za sam fakt, że moja głowa została delikatnie spuszczona ku dołowi oraz od razu poprawiłam się. Po chwili spostrzegłam Rosalin, wielkiego białego tygrysa oraz nieznajomą mi dziewczynę. O ile towarzystwo było z asasynką nie musiałam w to ingerować. Nie sprowadziłaby do zamku kogoś zagrażającego waszej wysokości, tak więc byłoby to bezcelowe. Po chwili białowłosa wytłumaczyła, jak mniemam, młodszej dziewczynie "zasady" dotyczące denerwowania mnie. Rzeczywiście częste, lekko irytujące zachowania Rosalin przeszkadzały mi, zdążyłam jednak do nich przywyknąć. Nie miałam zamiaru nic wtrącać. Zresztą nawet jeśli szybko dołączył do nas mój brat. Nie widziałam celu w przysłuchiwaniu sie ich konwersacji. Przypomniało mi się, że od tygodnia nie robiłam przeglądu broni. Bez słowa odwróciłam się od towarzystwa i ruszyłam przed siebie. Wtedy, jednak wielkie zwierzę zatorowało mi drogę. Spojrzałam w oczy białego tygrysa. Przez chwilę zatrzymałam na nich wzrok dokładnie im się przyglądając. Po raz drugi w życiu poczułam dziwne uczucie...Bliskości. Zupełnie jakbym widziała już u kogoś te oczy. To było jednak niemożliwe. Z niewzruszoną miną miałam zamiar ominąć dzikiego kota, ale ten ponownie powstrzymał mnie od dalszej drogi. Zdawało się, że zwierzę próbuje mnie zatrzymać w tym danym miejscu. Nie mam czasu na jakieś bezcelowe zabawy z wielkim kotem. Obowiązki są ważniejsze. Widząc nieustępliwość istoty stojącej na przeciwko mnie chwyciłam Certaofinusa. Zwinnym ruchem machnęłam nim i zatrzymałam przed paszczą kota, spoglądając na niego groźnym wzrokiem.
-Co ty robisz!? Chcesz mnie zabić!?-usłyszałam nagle jakiś męski głos. Byłam nieco zdezorientowana. Nieco odsunęliśmy się od towarzystwa w którym przebywaliśmy przed chwilą, w dodatku byłam przekonana, iż nie był to głos Ezreal'a. Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, że był to głos...Rei'a. Dobrze wiedziałam, że było to niemożliwe. Chłopak nie żył. Pogodziłam się z tym. Zresztą...Nie łączyło mnie z nim nic szczególnego. Spotkałam go jedynie dwa razy w życiu, a ponad to...Nie. Nieistotne. Nagle usłyszałam dobrze znany mi dźwięk. Ktoś otworzył wrota. Kompletnie ignorując kota pośpiesznym krokiem ruszyłam w stronę wejścia do zamku. Dalej trzymałam rękojeść Certaofinusa. Spostrzegłam dziewczynę, która z pewnością nie pochodziła stąd. W dodatku król nie miał zamiaru przyjmować nikogo w najbliższym czasie. Z poważną miną wymierzyłam w nią miecz. Oczywiście, był to ruch konieczny tylko po to, aby dostała znak, że ma się zatrzymać. Póki co nie mam zamiaru jej grozić. Dziewczyna stała kilka metrów od ostrza.
-Kto idzie?-zapytałam niskim, wyniosłym tonem. Nie zapominałam o mojej roli. W końcu miałam udawać mężczyznę. Po chwili zdałam sobie sprawę, że gdzieś widziałam osobą stojącą na przeciwko mnie. Była to kobieta którą spotkałyśmy w lesie...Tylko co ją tu sprowadza?
Kage? Po co tu przybyłaś?
-Co ty robisz!? Chcesz mnie zabić!?-usłyszałam nagle jakiś męski głos. Byłam nieco zdezorientowana. Nieco odsunęliśmy się od towarzystwa w którym przebywaliśmy przed chwilą, w dodatku byłam przekonana, iż nie był to głos Ezreal'a. Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl, że był to głos...Rei'a. Dobrze wiedziałam, że było to niemożliwe. Chłopak nie żył. Pogodziłam się z tym. Zresztą...Nie łączyło mnie z nim nic szczególnego. Spotkałam go jedynie dwa razy w życiu, a ponad to...Nie. Nieistotne. Nagle usłyszałam dobrze znany mi dźwięk. Ktoś otworzył wrota. Kompletnie ignorując kota pośpiesznym krokiem ruszyłam w stronę wejścia do zamku. Dalej trzymałam rękojeść Certaofinusa. Spostrzegłam dziewczynę, która z pewnością nie pochodziła stąd. W dodatku król nie miał zamiaru przyjmować nikogo w najbliższym czasie. Z poważną miną wymierzyłam w nią miecz. Oczywiście, był to ruch konieczny tylko po to, aby dostała znak, że ma się zatrzymać. Póki co nie mam zamiaru jej grozić. Dziewczyna stała kilka metrów od ostrza.
-Kto idzie?-zapytałam niskim, wyniosłym tonem. Nie zapominałam o mojej roli. W końcu miałam udawać mężczyznę. Po chwili zdałam sobie sprawę, że gdzieś widziałam osobą stojącą na przeciwko mnie. Była to kobieta którą spotkałyśmy w lesie...Tylko co ją tu sprowadza?
Kage? Po co tu przybyłaś?
środa, 18 marca 2015
Od Kage
Dziewczynka znów uciekła. Mówiła że widziała ogniki wychodzące z lasu. Czyżby Widziała? Nie to niemożliwe...Zwróciłam się do Appalosy chcąc jej znów oddać dziecko.To jednak zaczęło płakać uczepiając się mojego ubrania.
-Coś ci jest? -zapytałam najłagodniej jak potrafiłam.
-Co to za cosie?-odpowiedziała pytaniem dziewczynka i wskazała na Sarcinę która przyszła zobaczyć co zakłóca spokój.To nie możliwe...
-Opiszesz te ,,cosie"? -powiedziałam zaniepokojona
-No...duże,włochate...trochę niebieskie i fioletowe...-odpowiedziała
-Czy na ty na pewno je widzisz? -zapytałam kucając obok dziewczynki
-Tak -odparła pewnie- Widzę.
-Czy ktoś mi wyjaśni o co tu chodzi? - tym razem pytanie zadała Appalosa- Jakie ,,cosie"?
-Revelamini -powiedziałam do sfory. W jednej chwili pojawił się tuzin nienaturalnie dużych wilków. Wszystkie zaczęły warczeć na Assassynkę. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę mojego domu. Dziewczynka uczepiona mojej togi podreptała za mną jednak potknęła się więc przywołałam Zen'a i wsadziłam dziecko na jego grzbiet. Biegnąc myślałam co dalej. Nagle zaświtała mi w głowie jedna myśl. Zebranie.
-Coś ci jest? -zapytałam najłagodniej jak potrafiłam.
-Co to za cosie?-odpowiedziała pytaniem dziewczynka i wskazała na Sarcinę która przyszła zobaczyć co zakłóca spokój.To nie możliwe...
-Opiszesz te ,,cosie"? -powiedziałam zaniepokojona
-No...duże,włochate...trochę niebieskie i fioletowe...-odpowiedziała
-Czy na ty na pewno je widzisz? -zapytałam kucając obok dziewczynki
-Tak -odparła pewnie- Widzę.
-Czy ktoś mi wyjaśni o co tu chodzi? - tym razem pytanie zadała Appalosa- Jakie ,,cosie"?
-Revelamini -powiedziałam do sfory. W jednej chwili pojawił się tuzin nienaturalnie dużych wilków. Wszystkie zaczęły warczeć na Assassynkę. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę mojego domu. Dziewczynka uczepiona mojej togi podreptała za mną jednak potknęła się więc przywołałam Zen'a i wsadziłam dziecko na jego grzbiet. Biegnąc myślałam co dalej. Nagle zaświtała mi w głowie jedna myśl. Zebranie.
poniedziałek, 16 marca 2015
Profil Kakuto
Profil Hikaru
Imię: Hikaru
Rasa: koń
Cechy charakterystyczne: Niezależny, porywczy, krnąbrny, dla innych.
Właściciel: Soul
Zdjęcie:
Rasa: koń
Cechy charakterystyczne: Niezależny, porywczy, krnąbrny, dla innych.
Właściciel: Soul
Zdjęcie:
niedziela, 15 marca 2015
Profil Soul'a
Imię: Soul, Kishan
Nazwisko: Akatu
Wiek: 16 lat
Płeć: mężczyzna
Partner: Dziewczyna Aomi
Staż: 0
Charakter: Nigdy nikogo nie traktuje poważnie, jedynym wyjątkiem od jego charakteru jest Aomi. Lubi gdy coś się dzieje. Nie dotrzymuje, obietnic. Nie jest duszą towarzystwa, przynajmniej nie za bardzo. Lubi sterować ludźmi jak marionetkami. Potrafi nimi manipulować słownie, mową ciał, a nawet patrząc się znacząco. Ma za sobą dużo lektur o psychologi. Poważny, zawsze wydaje się lekko znudzony. Każda z tych cech jest łamana przy Aomi. Dziewczyna ma na niego wielki wpływ, gdyby chodziło o jej życie najpewniej nie wahałby się i zrobił dosłownie wszystko.
Historia: Jedno z nieślubnych dzieci ojca. Matka oddała go do sierocińca w Spring. Wychowywał się tam od narodzin. Nie miał nikogo bliskiego. Bawił się z rówieśnikami. Lubił też przebywać ze starszymi od siebie. W wieku dwunastu lat, opiekował się sześciolatkami. Sprawiało mu to... radość? A więc jeśli był tak poprawnym dzieckiem to czemu zamienił się w płatnego morderce? Oj, przepraszam spojler. Więc powracając. W wieku trzynastu lat poznał Aomi, swoją pierwszą miłość. Jako trzynastoletnie grzeczne dziecko był już wypuszczany po drobne zakupy. Na bazarze, kupował jabłka, kiedy to brał jedno, zauważył, dziewczęcą rękę. Delikatna, chuda rączka, złapała za to samo jabłko co on. Tak to się zaczęło. Spotykali się, rozmawiali, i takie inne. Na jednym ze spotkań, Soul się spóźnił. Zastał tam bandę chłopaków w wieku osiemnaście, dwadzieścia lat. Ich zamiary były oczywiste. Chcieli, zabrać cnotę Aomi siłą. Soul, nie wytrzymał. Puścił jedną trafna salwę, która, przebiła tchawicę innych. Uciekli z Aomi po tym zdarzeniu. Soul, by zdobyć pieniądze by utrzymać siebie i Aomi, został płatnym mordercą.
Klan: Arrow, niestety od dwóch lat ,,ucieka'' od klanu.
Klasa: Łucznik
Rodzaje broni: Łuk, kilka strzał w kołczanie, malutki scyzoryk.
Transport: Hikaru
Towarzysz: Kakuto
Właściciel: Paula02
Nazwisko: Akatu
Wiek: 16 lat
Płeć: mężczyzna
Partner: Dziewczyna Aomi
Staż: 0
Charakter: Nigdy nikogo nie traktuje poważnie, jedynym wyjątkiem od jego charakteru jest Aomi. Lubi gdy coś się dzieje. Nie dotrzymuje, obietnic. Nie jest duszą towarzystwa, przynajmniej nie za bardzo. Lubi sterować ludźmi jak marionetkami. Potrafi nimi manipulować słownie, mową ciał, a nawet patrząc się znacząco. Ma za sobą dużo lektur o psychologi. Poważny, zawsze wydaje się lekko znudzony. Każda z tych cech jest łamana przy Aomi. Dziewczyna ma na niego wielki wpływ, gdyby chodziło o jej życie najpewniej nie wahałby się i zrobił dosłownie wszystko.
Historia: Jedno z nieślubnych dzieci ojca. Matka oddała go do sierocińca w Spring. Wychowywał się tam od narodzin. Nie miał nikogo bliskiego. Bawił się z rówieśnikami. Lubił też przebywać ze starszymi od siebie. W wieku dwunastu lat, opiekował się sześciolatkami. Sprawiało mu to... radość? A więc jeśli był tak poprawnym dzieckiem to czemu zamienił się w płatnego morderce? Oj, przepraszam spojler. Więc powracając. W wieku trzynastu lat poznał Aomi, swoją pierwszą miłość. Jako trzynastoletnie grzeczne dziecko był już wypuszczany po drobne zakupy. Na bazarze, kupował jabłka, kiedy to brał jedno, zauważył, dziewczęcą rękę. Delikatna, chuda rączka, złapała za to samo jabłko co on. Tak to się zaczęło. Spotykali się, rozmawiali, i takie inne. Na jednym ze spotkań, Soul się spóźnił. Zastał tam bandę chłopaków w wieku osiemnaście, dwadzieścia lat. Ich zamiary były oczywiste. Chcieli, zabrać cnotę Aomi siłą. Soul, nie wytrzymał. Puścił jedną trafna salwę, która, przebiła tchawicę innych. Uciekli z Aomi po tym zdarzeniu. Soul, by zdobyć pieniądze by utrzymać siebie i Aomi, został płatnym mordercą.
Klan: Arrow, niestety od dwóch lat ,,ucieka'' od klanu.
Klasa: Łucznik
Rodzaje broni: Łuk, kilka strzał w kołczanie, malutki scyzoryk.
Transport: Hikaru
Towarzysz: Kakuto
Właściciel: Paula02piątek, 13 marca 2015
Od Rosalin: Brat tygrysem?
Wczoraj Ezreal mnie pocieszał. Nadal w to nie wierzę. Ciekawe, co sobie wtedy o mnie myślał? Może, że jestem słaba i żałosna? Po tym, co miało miejsce, jeszcze nie rozmawialiśmy. Ten "wybuch" zdarzył mi się po raz pierwszy... Wcześniej zawsze jakoś dawałam sobie radę godzić się z losem, ale teraz już po prostu nie udało mi się... Do tej pory nigdy nie płakałam przez smutek, nawet nie wiedziałam, jak to jest czuć ból... Tego dnia najzwyczajniej coś we mnie pękło, puściło. Dziwniejsza od mojej była, jednak reakcja chłopaka, który mi towarzyszył. Usłyszeliśmy głośne, lecz nie zrozumiałe dla nas krzyki i ruszyliśmy w stronę dźwięku.
- Cisza!!! - krzyknęłam do tłoczących się wokół ludzi. Gdy się odsunęli, moim oczom ukazał się biały tygrys. - Co tu się dzieje? Ludzie! Na co dzień widzicie smoki i inne niezwykłe stworzenia, a tygrysa się boicie? - dopytałam się tłumu mieszkańców.
- Ale nigdy w historii naszego istnienia, nie było białego tygrysa! - odpowiedział jeden z tutejszych. Przyjrzałam się tygrysowi. Czy to jest...
- Rei? - szepnęłam ledwie słyszalnie. Usłyszałam w odpowiedzi jedynie "Tak". To był jego głos. - Wiedziałam... - dopowiedziałam równie cicho. Pobiegłam do wielkiego kota i przytuliłam z całej siły, łapiąc przy tym sierść na jego karku.
~ Chcesz wiedzieć, jak umarłem? Jak się czułem? - zapytał mnie, oczywiście tak, jak to robią duchy. Telepatia, jedna z ich cech.
- Oczywiście... Braciszku, ale... Teraz musimy jechać do zamku... - odpowiedziałam tak, aby tylko on był w stanie usłyszeć mój głos. Najpewniej ludzie patrzyli się na mnie szeroko otwartymi oczami. Puściłam mojego brata oraz odwróciłam się w stronę tłumu.
- Proszę się nie martwić, to jedynie nietypowy duch - wyjaśniłam wszystkim. Każdy, rzecz jasna, wiedział o istnieniu takich istot. Koniec, końców, jednak widują je na co dzień i często sami je posiadają. Skinęłam na mojego towarzysza, z którym tu przyszłam, aby do mnie podszedł. Zapewne nie chciał tego zrobić, ale w końcu ruszył z miejsca oraz stanął obok mnie. Całe zbiorowisko się rozeszło, zapewnione o swoim bezpieczeństwie. Czym różni się biały tygrys od zwykłego? Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć psychologii tłumu. Będę musiała o tym poczytać, żeby to właściwie zrozumieć. Wskoczyłam na grzbiet wielkiego kota, a następnie podałam rękę Ezrelowi. Czego innego ode mnie oczekuje? Jeśli Rei domyślił się, kim jest to byłoby ciekawie. Nie mam pojęcia o czym ten chłopak myśli, ale w końcu złapał moją rękę i wszedł na grzbiet tygrysa.
- Zabierzesz nas do zamku, proszę? - szepnęłam do ucha Rei'owi. Skinął głową i pobiegł w kierunku pałacu. Tak więc, po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Zeskoczyłam z kota, a Ezreal zrobił to samo, co ja. Skinęłam za obojgiem, żeby poszli za mną. Miałam zamiar udać się do króla i wyjaśnić, co miało miejsce. Odwróciłam się gwałtownie w stronę mojego wroga.
- Nie musisz ze mną iść, sama się tym zajmę - stwierdziłam poważnym tonem. Idąc w stronę wrót zamku, ujrzałam dziewczynę, którą miałam "uczyć".
- Hej! - zawołałam ją. Odwróciła się w moją stronę. - Chodź - stwierdziłam i poszłam dalej. Pewnie nieco zdziwił ją widok tygrysa wielkości konia obok mnie. Po niedługim czasie znalazłam jego wysokość. Zaskoczyła go obecność ducha i dziewczyny. Złożyłam ukłon i popatrzyłam porozumiewawczo na dziewczynę, która rozumiejąc mnie, również się pokłoniła.
- To stworzenie obok mnie jest duchem chłopaka, którego postrzegałam, jak brata. Natomiast dziewczyna jest asasynką, tą o której Ci opowiadałam. Jeśli mógłbyś zezwolić by tygrys tutaj został, byłabym niezmiernie wdzięczna, Magna - wyjaśniłam na jednym oddechu. Westchnął cicho. Wątpię, aby się zgodził na coś takiego. Ale zostaje próżna nadzieja.
- Zgoda, jest z kimś powiązany? - zadał pytanie zaciekawiony. Pokręciłam przecząco głową. - Jeszcze nie spotkałem ducha, który to nie byłby z kimkolwiek powiązany, a mimo to widoczny. Ciekawe... - uznał mój pan. W tym aspekcie się z nim zgadzam, jeszcze nie trafił się nikt taki, jak on. Jest bardzo wyjątkowy. Nie dość, że został w naszym świecie to też widzą go wszyscy! Razem z dziewczyną i ogromnym kotem zniknęliśmy z widoku króla. Stanęłam przed nią z poważną miną. Zauważyłam za nią Ezrę. Pora wyjaśnić parę zasad.
- Słuchaj mnie, ten za tobą to Ezra. Ja mogę go denerwować, ale ty masz absolutny zakaz. Oczywiście tylko jeśli chcesz dalej żyć - wytłumaczyłam wskazując na moją przyjaciółkę. Kto się, rzecz jasna, zjawił? Ezreal! Udałam, że chciałam go wyminąć i "przypadkiem" trąciłam jego ramię oraz złapałam je. Powiem mu coś.
- Oni wszyscy odeszli... - szepnęłam cicho i poszłam dalej. Ciekawe czy zrozumie przekaz... Może tak, może nie. Chociaż udaje idiotę to wiem, iż nim nie jest.
Ezreal? Ezra? A może ktoś inny z towarzystwa dokończy?
- Cisza!!! - krzyknęłam do tłoczących się wokół ludzi. Gdy się odsunęli, moim oczom ukazał się biały tygrys. - Co tu się dzieje? Ludzie! Na co dzień widzicie smoki i inne niezwykłe stworzenia, a tygrysa się boicie? - dopytałam się tłumu mieszkańców.
- Ale nigdy w historii naszego istnienia, nie było białego tygrysa! - odpowiedział jeden z tutejszych. Przyjrzałam się tygrysowi. Czy to jest...
- Rei? - szepnęłam ledwie słyszalnie. Usłyszałam w odpowiedzi jedynie "Tak". To był jego głos. - Wiedziałam... - dopowiedziałam równie cicho. Pobiegłam do wielkiego kota i przytuliłam z całej siły, łapiąc przy tym sierść na jego karku.
~ Chcesz wiedzieć, jak umarłem? Jak się czułem? - zapytał mnie, oczywiście tak, jak to robią duchy. Telepatia, jedna z ich cech.
- Oczywiście... Braciszku, ale... Teraz musimy jechać do zamku... - odpowiedziałam tak, aby tylko on był w stanie usłyszeć mój głos. Najpewniej ludzie patrzyli się na mnie szeroko otwartymi oczami. Puściłam mojego brata oraz odwróciłam się w stronę tłumu.
- Proszę się nie martwić, to jedynie nietypowy duch - wyjaśniłam wszystkim. Każdy, rzecz jasna, wiedział o istnieniu takich istot. Koniec, końców, jednak widują je na co dzień i często sami je posiadają. Skinęłam na mojego towarzysza, z którym tu przyszłam, aby do mnie podszedł. Zapewne nie chciał tego zrobić, ale w końcu ruszył z miejsca oraz stanął obok mnie. Całe zbiorowisko się rozeszło, zapewnione o swoim bezpieczeństwie. Czym różni się biały tygrys od zwykłego? Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć psychologii tłumu. Będę musiała o tym poczytać, żeby to właściwie zrozumieć. Wskoczyłam na grzbiet wielkiego kota, a następnie podałam rękę Ezrelowi. Czego innego ode mnie oczekuje? Jeśli Rei domyślił się, kim jest to byłoby ciekawie. Nie mam pojęcia o czym ten chłopak myśli, ale w końcu złapał moją rękę i wszedł na grzbiet tygrysa.
- Zabierzesz nas do zamku, proszę? - szepnęłam do ucha Rei'owi. Skinął głową i pobiegł w kierunku pałacu. Tak więc, po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Zeskoczyłam z kota, a Ezreal zrobił to samo, co ja. Skinęłam za obojgiem, żeby poszli za mną. Miałam zamiar udać się do króla i wyjaśnić, co miało miejsce. Odwróciłam się gwałtownie w stronę mojego wroga.
- Nie musisz ze mną iść, sama się tym zajmę - stwierdziłam poważnym tonem. Idąc w stronę wrót zamku, ujrzałam dziewczynę, którą miałam "uczyć".
- Hej! - zawołałam ją. Odwróciła się w moją stronę. - Chodź - stwierdziłam i poszłam dalej. Pewnie nieco zdziwił ją widok tygrysa wielkości konia obok mnie. Po niedługim czasie znalazłam jego wysokość. Zaskoczyła go obecność ducha i dziewczyny. Złożyłam ukłon i popatrzyłam porozumiewawczo na dziewczynę, która rozumiejąc mnie, również się pokłoniła.
- To stworzenie obok mnie jest duchem chłopaka, którego postrzegałam, jak brata. Natomiast dziewczyna jest asasynką, tą o której Ci opowiadałam. Jeśli mógłbyś zezwolić by tygrys tutaj został, byłabym niezmiernie wdzięczna, Magna - wyjaśniłam na jednym oddechu. Westchnął cicho. Wątpię, aby się zgodził na coś takiego. Ale zostaje próżna nadzieja.
- Zgoda, jest z kimś powiązany? - zadał pytanie zaciekawiony. Pokręciłam przecząco głową. - Jeszcze nie spotkałem ducha, który to nie byłby z kimkolwiek powiązany, a mimo to widoczny. Ciekawe... - uznał mój pan. W tym aspekcie się z nim zgadzam, jeszcze nie trafił się nikt taki, jak on. Jest bardzo wyjątkowy. Nie dość, że został w naszym świecie to też widzą go wszyscy! Razem z dziewczyną i ogromnym kotem zniknęliśmy z widoku króla. Stanęłam przed nią z poważną miną. Zauważyłam za nią Ezrę. Pora wyjaśnić parę zasad.
- Słuchaj mnie, ten za tobą to Ezra. Ja mogę go denerwować, ale ty masz absolutny zakaz. Oczywiście tylko jeśli chcesz dalej żyć - wytłumaczyłam wskazując na moją przyjaciółkę. Kto się, rzecz jasna, zjawił? Ezreal! Udałam, że chciałam go wyminąć i "przypadkiem" trąciłam jego ramię oraz złapałam je. Powiem mu coś.
- Oni wszyscy odeszli... - szepnęłam cicho i poszłam dalej. Ciekawe czy zrozumie przekaz... Może tak, może nie. Chociaż udaje idiotę to wiem, iż nim nie jest.
Ezreal? Ezra? A może ktoś inny z towarzystwa dokończy?
od Amy
Spojrzałam na stertę ubrań z niekrytą niechęcią. Starając się odseparować to co mi potrzebne, a to co zbędne utworzyłam dwie kupki. Jedną wrzuciłam z powrotem do małej, starej szafy. Przez kilka minut przechadzałam się po pokoju zastanawiając się czego jeszcze mogę potrzebować. Z zamyślenia wyrwało mnie ciche krzypnięcie. Odwróciłam się w tamtą stronę. W drzwiach stał Passer, miał podkrążone, czerwone oczy. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem kiedy zajmował miejsce pod ścianą. Usiadł, podkulił nogi i oparł czoło o kolana. Nic nie powiedział. Miałam ochotę podejść do niego, przytulić, pocieszyć, ale...nie mogłam. Coś mi na to nie pozwalało. Stałam więc tak wpatrując się w starszego o co najmniej pięć lat mężczyznę.
- Dlaczego...-wyszeptał-Dlaczego?
Spuściłam głowę.
- Przepraszam- wyksztusiłam.
Podniósł na mnie wzrok.
- To nie twoja wina. To ja powinienem przeprosić ciebie.
Poderwałam głowę.Zesztywniałam. O co mu chodzi? Próbowałam przełknąć ślinę, ale miałam suche gardło. Wróbel dźwignął się z ziemi i podszedł do drzwi.
- Salmo odprowadzi cię do granicy Winter- powiedział zanim zniknął w mroku korytarza.
Wypuściłam głośno powietrze.
Cudownie.
- Dlaczego...-wyszeptał-Dlaczego?
Spuściłam głowę.
- Przepraszam- wyksztusiłam.
Podniósł na mnie wzrok.
- To nie twoja wina. To ja powinienem przeprosić ciebie.
Poderwałam głowę.Zesztywniałam. O co mu chodzi? Próbowałam przełknąć ślinę, ale miałam suche gardło. Wróbel dźwignął się z ziemi i podszedł do drzwi.
- Salmo odprowadzi cię do granicy Winter- powiedział zanim zniknął w mroku korytarza.
Wypuściłam głośno powietrze.
Cudownie.
***
Patrzyłam na miasto, a jednak go nie widziałam. Nie czułam szczypiącego, obcego wychowanej w Summer dziewczynie, mrozu. Dopiero ciche chrząknięcie Salmo przypomniało mi o tym, że świat istnieje...podobnie jak i ja.
-No...to...jesteśmy na miejscu, mała.
Spojrzałam ku niemu, zmusiłam się do delikatnego uśmiechu. Kąciki ust z trudem się uniosły. Skinęłam na niego głową i zsunęłam się z Takana.
-Do...zobaczenia-mruknęłam chwytając uzdę i przekraczając bramę.
Nie oglądałam się za siebie. Powoli zbliżałam się do siedziby tak zwanego Heimesa, tutejszego monarchy.
Z tego co mi wiadomo właśnie u niego służy ta...Rosalin? Nie ma źle. Niepokoiły mnie jedynie zasłyszane po drodze plotki, że jest tu jeszcze drugi Asasyn. Trzech w jednym...Nie...dwóch. Do głowy napłynęły wspomnienia odrzucenia mnie, zamknięcia mi drogi do ,,asasynskiej kariery", a potem zjazd i propozycja Rosalin. Ciekawe czy ja też będę podległa królowi...
Naglę usłyszałam cichy gwizd. Zrozumiałam, że jak głupia stoję nieruchomo tuż pod zamkiem. Gwiżdżącym okazał się służący stojący przy stajniach i trzymający za uzdę karego ogiera.
- Pani do Rosalin?-spytał przecierając oczy.
Służącym był szczupły staruszek, na głowie miał łysy placek, tylko gdzieniegdzie widoczne były śnieżnobiałe pasemka. Pasemka owe opadały luźno na ramiona mężczyzny. Ubrany był w połatany, pasiasty kubrak.
-T-tak- wydukałam.
Normalnie się tak nie zachowuję. Zwyczajnie zaskoczył mnie fakt użycia słowa ,,pani" odnośnie do mnie. W jego krzywych, bladych ustach nie brzmiało to bynajmniej zaszczytnie, ale ja odebrałam to dość...no...nie wiem jak to określić. Nie przywykłam do tego, że ktoś nazywa mnie inaczej niż ,,Sciurus''. Ten tylko poszedł do mnie przechwycił uzdę konia i zaprowadził go do boksu. Po chwili wrócił. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na jego postawę. Był garbaty. Tak więc, gdy do mnie podszedł mogłam na niego patrzeć z góry.
- Rosalin nie ma teraz. na terenie posiadłości, ale podejrzewam, że król zechce...-odkaszlnął-...powitać nowego mor...-zawahał się, udał że się krztusi-... Asasyna.
czwartek, 12 marca 2015
Od Rei'a
Czy to koniec? Czy jestem gdzieś w innym świecie? Tylko czemu czuje zapach liści? Taki sam zapach zapamiętałem za życia. Kiedy jeszcze byłem przy panience Yuzu. Poczułem coś. Potem usłyszałem głos dziewczyny.
-Pora wstawać. -powiedział dziewczęcy głos. Otworzyłem oczy. I... I zorientowałem się, że jestem w tym samym Lesie co wtedy gdy spotkałem... Rosalin. Ogromny ból głowy. Nagły napad wspomnień. Cała fala. Ból... Radość, cierpienie, smutek i żal. Ezra... Wszystko wróciło. Spojrzałem na dziewczynę. To była ta sama dziewczyna która była momencie gdy poznałem Rosalin. Ten Rycerz to... To... Była ona... E-ezra. Dziewczyna podrapała mnie za uchem. Usłyszałem że odchodzi. Co miała na myśli mówiąc że jestem kotem? Podszedłem do kałuży i zobaczyłem w jej odbiciu ogromną głowę tygrysa albinosa z błękitnymi oczami. T-to... Byłem ja? Ja.. Ja przecież umarłem. Ach no tak... Przecież są jeszcze duchy... Ayami też umarła a była.. Zwykłą dziewczyną. Więc... Mam drugą szansę. Nie zmarnuje tej okazji. Mam już cel. Odnaleźć Ezre. Choćby miała by być rycerzem. Wybiegłem z lasu. Czuje, że jestem o wiele silniejszy i szybszy. Wzrok i słuch miałem ostry jak brzytwa. Pamiętam drogę do zamku! Wiem, że pamiętam. Biegałem długo, pamiętam te... Tereny. Pamiętam te wyżyny. Byłem blisko. Niedaleko będą góry. A gdy już do nich dobiegłem przedostałem się na drugą stronę. Przebiegłem przez miasto Lus wywołując krzyki i panikę. Gdy dobiegłem do Sensus, zgubiłem się. Ludzie krzyczeli na mój widok. Ja rozglądałem się za zamkiem. Coś ścisnęło mnie za szyję. To... To był sznur. Z łatwością go przegryzłem. Chciałem coś powiedzieć ale gdy tylko spróbowałem, z mojego gardła wydobył się ryk. Ludzie krzyczeli jeszcze głośniej.
-Cisza!!!! - Usłyszałem znany mi głos. Była to Rosalin. Nie myliłem się. To była ona. Białowłosa Dziewczyn, nadal miała we włosach liść klonu. Koło niej szedł złotowłosy chłopak z włosami spiętymi w kucyk. Był niezwykle podobny do Ezry. To pewnie był Ezreal.- Co tu się dzieje! Ludzie! Na co dzień widzicie smoki i inne niezwykłe stworzenia a tygrysa się boicie?
-Ale nigdy w historii naszego istnienia, nie było białego tygrysa!- krzyknęła najpewniej uczona kobieta. Rosa spojrzała na mnie. Jej oczy przewierciły mnie na wylot. Oczy jej rozbłysły.
-Rei?-Szepnęła. W jej oczach zakręciły się łzy. Nie chce by przez mnie płakała. Nie ona. Nie moja siostra.
Tak pomyślałem jakby miała mnie usłyszeć. I usłyszała.
-Wiedziałam.- powiedziała, i pobiegła do mnie. Przytuliła mnie mocno. Złapała za sierść na moim karku.
~Chcesz wiedzieć jak umarłem? Jak się czułem?
-Oczywiście... Braciszku ale... Teraz musimy jechać do zamku.
Rosuś mogę posłużyć za środek transportu. ^ω^
-Pora wstawać. -powiedział dziewczęcy głos. Otworzyłem oczy. I... I zorientowałem się, że jestem w tym samym Lesie co wtedy gdy spotkałem... Rosalin. Ogromny ból głowy. Nagły napad wspomnień. Cała fala. Ból... Radość, cierpienie, smutek i żal. Ezra... Wszystko wróciło. Spojrzałem na dziewczynę. To była ta sama dziewczyna która była momencie gdy poznałem Rosalin. Ten Rycerz to... To... Była ona... E-ezra. Dziewczyna podrapała mnie za uchem. Usłyszałem że odchodzi. Co miała na myśli mówiąc że jestem kotem? Podszedłem do kałuży i zobaczyłem w jej odbiciu ogromną głowę tygrysa albinosa z błękitnymi oczami. T-to... Byłem ja? Ja.. Ja przecież umarłem. Ach no tak... Przecież są jeszcze duchy... Ayami też umarła a była.. Zwykłą dziewczyną. Więc... Mam drugą szansę. Nie zmarnuje tej okazji. Mam już cel. Odnaleźć Ezre. Choćby miała by być rycerzem. Wybiegłem z lasu. Czuje, że jestem o wiele silniejszy i szybszy. Wzrok i słuch miałem ostry jak brzytwa. Pamiętam drogę do zamku! Wiem, że pamiętam. Biegałem długo, pamiętam te... Tereny. Pamiętam te wyżyny. Byłem blisko. Niedaleko będą góry. A gdy już do nich dobiegłem przedostałem się na drugą stronę. Przebiegłem przez miasto Lus wywołując krzyki i panikę. Gdy dobiegłem do Sensus, zgubiłem się. Ludzie krzyczeli na mój widok. Ja rozglądałem się za zamkiem. Coś ścisnęło mnie za szyję. To... To był sznur. Z łatwością go przegryzłem. Chciałem coś powiedzieć ale gdy tylko spróbowałem, z mojego gardła wydobył się ryk. Ludzie krzyczeli jeszcze głośniej.
-Cisza!!!! - Usłyszałem znany mi głos. Była to Rosalin. Nie myliłem się. To była ona. Białowłosa Dziewczyn, nadal miała we włosach liść klonu. Koło niej szedł złotowłosy chłopak z włosami spiętymi w kucyk. Był niezwykle podobny do Ezry. To pewnie był Ezreal.- Co tu się dzieje! Ludzie! Na co dzień widzicie smoki i inne niezwykłe stworzenia a tygrysa się boicie?
-Ale nigdy w historii naszego istnienia, nie było białego tygrysa!- krzyknęła najpewniej uczona kobieta. Rosa spojrzała na mnie. Jej oczy przewierciły mnie na wylot. Oczy jej rozbłysły.
-Rei?-Szepnęła. W jej oczach zakręciły się łzy. Nie chce by przez mnie płakała. Nie ona. Nie moja siostra.
Tak pomyślałem jakby miała mnie usłyszeć. I usłyszała.
-Wiedziałam.- powiedziała, i pobiegła do mnie. Przytuliła mnie mocno. Złapała za sierść na moim karku.
~Chcesz wiedzieć jak umarłem? Jak się czułem?
-Oczywiście... Braciszku ale... Teraz musimy jechać do zamku.
Rosuś mogę posłużyć za środek transportu. ^ω^
Od Ezreal'a: Pomoc dla własnego wroga...
Jak moje wrażenia? W końcu pracuje w zamku dla króla! Ekscytujące! ...Nic bardziej mylnego. O ile na początku zdawało się to choć trochę ciekawe teraz najzwyczajniej mnie nudzi. Ileż można zachwycać się jedną, niezmienną rzeczą? Czy naprawdę nie może istnieć coś co nigdy cię nie znudzi? Co ciągle się zmienia? Choć prawdopodobnie przez tak często zmiany i to zaczęłoby być monotonne. Jakie to irytujące...Chodziłem w tą i z powrotem szukając jakiegokolwiek zajęcia. Chyba najlepszym wyjściem naprawdę będzie poczytanie książek. O ile znajdę tu coś z czego tekstem jeszcze się nie zapoznałem, a to łatwe nie będzie. Moje przemyślenia przerwał odgłos szlochu...Dziewczęcego szlochu. Kto mógł płakać i dlaczego? Nie zastanawiając się postanowiłem to sprawdzić. Nie byłem daleko, a z każdym krokiem płacz zdawał się być głośniejszy. Po paru sekundach byłem przy źródle dźwięku. Być nim okazała się...Rosalin? Normalnie zacząłbym się wyśmiewać jednak w takiej sytuacji to po prostu niemożliwe. Nie jestem aż takim draniem. Spojrzałem na moją siostrę. Stała w zbroi z niby obojętną miną. Wiedziałem jednak, że też jest smutna. O co chodziło? Co takiego się stało? Gdy Ezra zauważyła na sobie moje spojrzenie skierowała wzrok na Rosalin. Od razu wiedziałem o co jej chodzi. Więc nie umie pokazywać uczuć i pocieszać? Jak dobrze że ma od tego braciszka. Podszedłem do białowłosej i przykucnąłem przy niej. Prawda, byłem jej wrogiem, ale nie mogłem znieść widoku płaczącej kobiety. Wiedziałem, że moja siostra też jest teraz zrozpaczona jednak wierzyłem, że da radę. Poza tym ona i tak nikogo nigdy do siebie nie dopuszcza. A Rosalin można jakoś pomóc. Tak sądzę. Przetarłem delikatnie dłonią łzy które malowały się na jej twarzy.
-Damie nie wypada płakać-skomentowałem. Nie był to jednak mój typowy, beztroski głos przesączony jadem którym zazwyczaj się do niej zwracałem. Ten głos był troskliwy...Współczujący. Nie wiedziałem co się stało, ale musiało to być naprawdę coś okropnego.
-Czego...Czego ode mnie chcesz!?-zapytała Rosalin odrzucając o siebie moją dłoń oraz nie przestając płakać. Westchnąłem cicho. Najgłupszym pytaniem byłoby teraz "Co się stało?". Przez to musiałaby myśleć o tym więcej i wywołało by to całkiem odwrotny efekt. Przeczytało się parę książek o psychologii. Chwyciłem ją za dłoń. Następnie przyciągnąłem do siebie tak aby znalazła się w moich objęciach.
-Nie chcę niczego. Chce żebyś przestała płakać-powiedziałem ciszej. Gdy do dziewczyny doszło, że ją przytulam od razu próbowała mi się wyrwać. Ja byłem jednak w tym wypadku silniejszy-Uspokój się. Nie puszczę cię dopóki nie przestaniesz płakać-stwierdziłem poważnie. Rosalin choć na początku nie odpuszczała w końcu dała za wygraną. Oparła głowę na moim ramieniu i zaczęła jeszcze bardziej płakać. Pozwoliłem jej na to. Ezra, najwidoczniej nieco zmieszana całą tą sytuacją, dała mi znak że musi iść. Ja delikatnie kiwnąłem głową. Naprawdę muszę dowiedzieć się potem co takiego się stało. Po jakimś czasie Rosalin ucichła. Lekko odsunąłem ją od siebie i spojrzałem na nią. Miała zaczerwienione oczy, smutny wyraz twarzy...Wyglądała tak...Bezbronnie. A może nawet uroczo? Powolnie wstałem podjąć jej rękę. Milcząc chwyciła ją i także podniosła się z ziemi. Tak więc zamiast wyśmiać mojego wroga pomogłem mu się podnieść...Dokąd ten świat zmierza?
Na następny dzień król wysłał mnie oraz Rosalin do miasta Sensus. Nie rozmawialiśmy o tym co działo się wczoraj i wszystko było po staremu. Czy to nie świetnie? Co prawda dalej nie dowiedziałem się o co chodziło, jednak póki co lepiej nie drążyć tego tematu. W mieście panował niezwykły niepokój. Co chwilę słychać było jakieś krzyki których treść była nieco nie zrozumiała. Gdy zastanawiałem się nad tym wszystkim nagle moim oczom ukazał się biały tygrys...
-Damie nie wypada płakać-skomentowałem. Nie był to jednak mój typowy, beztroski głos przesączony jadem którym zazwyczaj się do niej zwracałem. Ten głos był troskliwy...Współczujący. Nie wiedziałem co się stało, ale musiało to być naprawdę coś okropnego.
-Czego...Czego ode mnie chcesz!?-zapytała Rosalin odrzucając o siebie moją dłoń oraz nie przestając płakać. Westchnąłem cicho. Najgłupszym pytaniem byłoby teraz "Co się stało?". Przez to musiałaby myśleć o tym więcej i wywołało by to całkiem odwrotny efekt. Przeczytało się parę książek o psychologii. Chwyciłem ją za dłoń. Następnie przyciągnąłem do siebie tak aby znalazła się w moich objęciach.
-Nie chcę niczego. Chce żebyś przestała płakać-powiedziałem ciszej. Gdy do dziewczyny doszło, że ją przytulam od razu próbowała mi się wyrwać. Ja byłem jednak w tym wypadku silniejszy-Uspokój się. Nie puszczę cię dopóki nie przestaniesz płakać-stwierdziłem poważnie. Rosalin choć na początku nie odpuszczała w końcu dała za wygraną. Oparła głowę na moim ramieniu i zaczęła jeszcze bardziej płakać. Pozwoliłem jej na to. Ezra, najwidoczniej nieco zmieszana całą tą sytuacją, dała mi znak że musi iść. Ja delikatnie kiwnąłem głową. Naprawdę muszę dowiedzieć się potem co takiego się stało. Po jakimś czasie Rosalin ucichła. Lekko odsunąłem ją od siebie i spojrzałem na nią. Miała zaczerwienione oczy, smutny wyraz twarzy...Wyglądała tak...Bezbronnie. A może nawet uroczo? Powolnie wstałem podjąć jej rękę. Milcząc chwyciła ją i także podniosła się z ziemi. Tak więc zamiast wyśmiać mojego wroga pomogłem mu się podnieść...Dokąd ten świat zmierza?
Na następny dzień król wysłał mnie oraz Rosalin do miasta Sensus. Nie rozmawialiśmy o tym co działo się wczoraj i wszystko było po staremu. Czy to nie świetnie? Co prawda dalej nie dowiedziałem się o co chodziło, jednak póki co lepiej nie drążyć tego tematu. W mieście panował niezwykły niepokój. Co chwilę słychać było jakieś krzyki których treść była nieco nie zrozumiała. Gdy zastanawiałem się nad tym wszystkim nagle moim oczom ukazał się biały tygrys...
Od Ezry: Dzień rozpaczy
Przechodziłam pośpiesznym krokiem przez ciąg korytarzy. Bacznie obserwowałam wszystko wokół mnie. Znałam ten zamek jak własną kieszeń. Na pamięć wykute miałam miejsce każdej osobnej rzeczy. Tak więc często przemieszczając się po nim sprawdzałam czy aby na pewno wszystko jest w należytym porządku. Nie dostrzegłam jednak by coś się zmieniło. W całym pałacu panowała cisza i spokój...To niepokoiło mnie najbardziej. Nie wiedzieć dlaczego, dosłownie czułam, że stanie się coś złego. Zawsze ufam tylko i wyłącznie rozumowi nie zważając na instynkty, ale...Dziś było inaczej. Nie przesadzałam, jednakże spoglądałam na wszystko bardziej uważnie i podejrzliwie. Niebezpieczeństwo może czyhać wszędzie. Nim spostrzegłam dotarłam do sali w której powinna zebrać się cała straż. Kolejna kontrola którą musiałam przeprowadzić. To nic takiego, jeden z wielu obowiązków. W końcu jako oddany rycerz króla byłam także dowódcą straży. Jeśli ktokolwiek z floty nie sprostał jakiemuś wyzwaniu była to moja wina. To ja oceniam ich poziom i przydzielam zadania. Oczywiście może zdawać się to męczące, ale dla mnie to dosłowne spełnienie marzeń. Uwielbiam być zasypywana obowiązkami. Świadomość o tym, że ktoś ważny dla Ciebie na tobie polega...To przytłaczające, a zarówno satysfakcjonujące. Po sprawnym, szybkim przeglądzie broni oraz kolejnemu w tym miesiącu testowi umiejętności pozwoliłam wszystkich odejść. I w ten oto sposób zostałam sama. Ja, zbroja, tarcza oraz miecz. Taki już los rycerza, racja? Jeśli nie przy królu to samotnie. Zaakceptowałam to już dawno temu. Zresztą ani trochę mi to nie przeszkadza. Powstrzymałam się nawet od myślenia o TAMTEJ nocy. Chciałabym zupełnie wyprzeć się wspomnienia o tym balu. Nie byłam na nim sobą. To nie była Ezra, waleczny rycerz, tylko...Mała, biedna, bezbronna Ezra. W rzeczywistości jest całkiem inaczej. Dlatego tak nie znoszę tej części siebie. Zniknęła gdy miałam 5 lat i nie powinna ukazać się już nigdy więcej. Nagle ujrzałam znajomą sylwetkę. Przede mną stanęła białowłosa assasynka. Widziałam jednak, że jest inna niż zawsze. To kolejna zła wróżba...
-Ezra...Rei...Nie...Żyje...-wyjąkała. Zaniemówiłam. Każde słowo uderzyło we mnie z wielką siłą sprawiając ból. Tylko dlaczego? Nawet go nie znałam, racja? To była jedna, idiotyczna noc...Zacisnęłam jedną pięść. "Rycerz nigdy nie okazuje żalu"...Muszę o tym pamiętać. Choć wypełniał mnie niesamowity smutek moja wina pozostała niewzruszona. Nagle Rosalin upadła. Na jej twarzy dostrzegłam masę łez. Nie miałam pojęcia co zrobić. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie co czuła...Traktowała go jak brata. Straciła kolejną ważną osobę. Tak wiedziałem o jej przeszłości i to dość sporo. Zresztą działało to też w drugą stronę. Znamy się tak dobrze, prawda? Dlaczego więc nie mam pojęcia co zrobić? Może to dlatego że...Sama najchętniej zaczęłabym teraz płakać? Ja jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Nagle dostrzegłam mojego brata. Jedyne co pozostało mi do zrobienia to stać w milczeniu niczym niewzruszony posąg.
Ezreal?
-Ezra...Rei...Nie...Żyje...-wyjąkała. Zaniemówiłam. Każde słowo uderzyło we mnie z wielką siłą sprawiając ból. Tylko dlaczego? Nawet go nie znałam, racja? To była jedna, idiotyczna noc...Zacisnęłam jedną pięść. "Rycerz nigdy nie okazuje żalu"...Muszę o tym pamiętać. Choć wypełniał mnie niesamowity smutek moja wina pozostała niewzruszona. Nagle Rosalin upadła. Na jej twarzy dostrzegłam masę łez. Nie miałam pojęcia co zrobić. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie co czuła...Traktowała go jak brata. Straciła kolejną ważną osobę. Tak wiedziałem o jej przeszłości i to dość sporo. Zresztą działało to też w drugą stronę. Znamy się tak dobrze, prawda? Dlaczego więc nie mam pojęcia co zrobić? Może to dlatego że...Sama najchętniej zaczęłabym teraz płakać? Ja jednak nie mogę sobie na to pozwolić. Nagle dostrzegłam mojego brata. Jedyne co pozostało mi do zrobienia to stać w milczeniu niczym niewzruszony posąg.
Ezreal?
Od Rosalin
W jednej chwili śmiałam się z Rei'em, a w drugiej zobaczyłam padającego przede mną człowieka. Strzała... Nie miał szans tego przeżyć, nawet gdybym próbowała go ratować. Nim zdążyłam wyjść choć odrobinę z osłupienia, na przeciw mnie leżało martwe ciało chłopaka.
- Dlaczego...? Dlaczego to znów się dzieje...? - powiedziałam cicho do samej siebie. Znowu mnie to spotyka... Znowu kogoś tracę... Czemu to zawsze spotyka mnie?! Dzień za dniem... Wszyscy kiedyś zakończą swój żywot, ja również. Śmierć nikogo nie ominie, ale... Oni na to nie zasłużyli! Gdyby Rei nie zginął... Jeśli mistrz i ojciec by nie zginął... Nie... Gdyby już oni nie umarli, nie stałoby się to wszystko. Każdy z nich mógłby wciąż trwać... Nigdy nie poznałabym żadnego z pozostałych. Nie byłoby mnie tutaj, a on nadal by żył. W jednej chwili, dźwięk czyjegoś ruchu, wyrwał mnie z zamyślenie. Wyciągnęłam szybko kilka sztyletów i rzuciłam nimi w człowieka, który spowodował śmierć mojego brata. Przez ranę nie był się w stanie przez jakiś czas poruszać, więc podbiegłam do niego i wyciągnęłam sznur. Proszę nie pytać, gdzie ja to chowam. Powiedzmy, że akurat miałam to przy sobie i tyle. Związałam chłopaka, może nawet zbyt mocno. Wykrzyknęłam imię wilka, a ten w jednej chwili zjawił się obok mnie. Wrzuciłam na jego grzbiet moją ofiarę, a następnie położyłam na nim również martwe ciało, co sprawiło, iż zawarczał, czując dyskomfort. Sama też na niego wsiadłam. Poleciałam do mojego "wuja" z pewną prośbą. Po niedługim czasie znalazłam się przed jego domem. Zsiadłam z Fumus'a, podeszłam do drzwi oraz zapukałam. Po chwili mężczyzna otworzył je, zaskoczył go mój widok.
- Co się stało? - spytał spokojnym tonem. Spojrzałam w stronę wilka.
- Popilnujesz kogoś dla mnie? - zadałam pytanie drżącym głosem. Kiwnął głową i zajęliśmy się przeniesieniem chłopaka w odpowiednie miejsce. Po zrobieniu tego, pobiegłam z powrotem to wilka oraz zabrałam ciało mojego brata daleko od wszelkich miast. Tam ułożyłam stos z materiałów łatwo palnych, a na nim martwego. Zapaliłam wszystko i wpatrywałam się w ogień. Właściwie... To już nie po raz pierwszy muszę robić coś takiego... To szósty pogrzeb, jaki odprawiam. Już przywykłam do tego widoku, ale... Czemu? Czemu znowu mnie to spotyka? Każdego dnia po trochu umieramy, ale nie rozumiem, dlaczego osoby, które nie zasłużyły umierają? Może się wydawać, że skoro jestem mordercą to sama zabijam niewinnych, lecz nie jest do końca to prawdą. Najpierw dokonuje oceny czy dany człowiek zasłużył na śmierć, czy też nie. Jest niemal tak samo, jak wtedy... To chyba nawet ten sam zabójca... Tak, to przecież on zabił mego mistrza! Widziałam jego twarz. Gdy wszystko spłonęło wróciłam na moim wilku do Albus'a. Czekał, aż wyjaśnię mu, co się stało. Poczęłam opowiadać wszystko do teraz z tych zdarzeń, które miały miejsce. Dopowiedziałam też to, czego się domyśliłam. Dość prostym jest to, co zaczęliśmy robić następnie.
- Dla kogo pracujesz?! - krzyknęłam łapiąc chłopaka za szyję. Był w stanie mówić, a ja w jednej chwili mogłam go udusić. Pomijając te tortury wszystkie, choć wiem, że niektórzy żałują, iż to pomijam. No cóż... W końcu udało się wydobyć z niego tę informację. Ponad to chce zabić panienkę Yuzu. Przetrzymamy go tutaj przez pewien czas i zastanowimy, co z nim zrobić. Udałam się do zamku. Mam już dość tego dnia... Jest okropny. Trzeci najgorszy dzień mojego życia. Po pewnym czasie znalazłam się z pałacu, a potem odszukałam Ezrę.
- Ezra... Rei... Nie... Żyje... - wyjąkałam, wprawiając ją w osłupienie i ledwo widoczny smutek. Poczułam na policzkach ciepłą ciecz. To były łzy. Nim się obejrzałam, upadłam przed nią na kolana oraz zaczęłam łkać. Zobaczyłam przez krople tylko idącego w naszą stronę Ezreal'a...
Ezra? Ezreal? Które z rodzeństwa dokończy?
- Dlaczego...? Dlaczego to znów się dzieje...? - powiedziałam cicho do samej siebie. Znowu mnie to spotyka... Znowu kogoś tracę... Czemu to zawsze spotyka mnie?! Dzień za dniem... Wszyscy kiedyś zakończą swój żywot, ja również. Śmierć nikogo nie ominie, ale... Oni na to nie zasłużyli! Gdyby Rei nie zginął... Jeśli mistrz i ojciec by nie zginął... Nie... Gdyby już oni nie umarli, nie stałoby się to wszystko. Każdy z nich mógłby wciąż trwać... Nigdy nie poznałabym żadnego z pozostałych. Nie byłoby mnie tutaj, a on nadal by żył. W jednej chwili, dźwięk czyjegoś ruchu, wyrwał mnie z zamyślenie. Wyciągnęłam szybko kilka sztyletów i rzuciłam nimi w człowieka, który spowodował śmierć mojego brata. Przez ranę nie był się w stanie przez jakiś czas poruszać, więc podbiegłam do niego i wyciągnęłam sznur. Proszę nie pytać, gdzie ja to chowam. Powiedzmy, że akurat miałam to przy sobie i tyle. Związałam chłopaka, może nawet zbyt mocno. Wykrzyknęłam imię wilka, a ten w jednej chwili zjawił się obok mnie. Wrzuciłam na jego grzbiet moją ofiarę, a następnie położyłam na nim również martwe ciało, co sprawiło, iż zawarczał, czując dyskomfort. Sama też na niego wsiadłam. Poleciałam do mojego "wuja" z pewną prośbą. Po niedługim czasie znalazłam się przed jego domem. Zsiadłam z Fumus'a, podeszłam do drzwi oraz zapukałam. Po chwili mężczyzna otworzył je, zaskoczył go mój widok.
- Co się stało? - spytał spokojnym tonem. Spojrzałam w stronę wilka.
- Popilnujesz kogoś dla mnie? - zadałam pytanie drżącym głosem. Kiwnął głową i zajęliśmy się przeniesieniem chłopaka w odpowiednie miejsce. Po zrobieniu tego, pobiegłam z powrotem to wilka oraz zabrałam ciało mojego brata daleko od wszelkich miast. Tam ułożyłam stos z materiałów łatwo palnych, a na nim martwego. Zapaliłam wszystko i wpatrywałam się w ogień. Właściwie... To już nie po raz pierwszy muszę robić coś takiego... To szósty pogrzeb, jaki odprawiam. Już przywykłam do tego widoku, ale... Czemu? Czemu znowu mnie to spotyka? Każdego dnia po trochu umieramy, ale nie rozumiem, dlaczego osoby, które nie zasłużyły umierają? Może się wydawać, że skoro jestem mordercą to sama zabijam niewinnych, lecz nie jest do końca to prawdą. Najpierw dokonuje oceny czy dany człowiek zasłużył na śmierć, czy też nie. Jest niemal tak samo, jak wtedy... To chyba nawet ten sam zabójca... Tak, to przecież on zabił mego mistrza! Widziałam jego twarz. Gdy wszystko spłonęło wróciłam na moim wilku do Albus'a. Czekał, aż wyjaśnię mu, co się stało. Poczęłam opowiadać wszystko do teraz z tych zdarzeń, które miały miejsce. Dopowiedziałam też to, czego się domyśliłam. Dość prostym jest to, co zaczęliśmy robić następnie.
- Dla kogo pracujesz?! - krzyknęłam łapiąc chłopaka za szyję. Był w stanie mówić, a ja w jednej chwili mogłam go udusić. Pomijając te tortury wszystkie, choć wiem, że niektórzy żałują, iż to pomijam. No cóż... W końcu udało się wydobyć z niego tę informację. Ponad to chce zabić panienkę Yuzu. Przetrzymamy go tutaj przez pewien czas i zastanowimy, co z nim zrobić. Udałam się do zamku. Mam już dość tego dnia... Jest okropny. Trzeci najgorszy dzień mojego życia. Po pewnym czasie znalazłam się z pałacu, a potem odszukałam Ezrę.
- Ezra... Rei... Nie... Żyje... - wyjąkałam, wprawiając ją w osłupienie i ledwo widoczny smutek. Poczułam na policzkach ciepłą ciecz. To były łzy. Nim się obejrzałam, upadłam przed nią na kolana oraz zaczęłam łkać. Zobaczyłam przez krople tylko idącego w naszą stronę Ezreal'a...
Ezra? Ezreal? Które z rodzeństwa dokończy?
środa, 11 marca 2015
Od Rei'a: Jesień. [*]
Wieczna jesień. Ten rejon jest moim domem, najlepiej czuje się właśnie tu. Choć jestem na dworze, nie mogę się cieszyć ciepłym słońcem, ponieważ jestem obwieszony, pakunkami panny Yuzu. Dostałem wczoraj od Rosalin list. Siostrzyczka jak widać, ma dużo rozrywki. Hmm... ciekawi mnie kim jest ten Ezrael. No cóż... Wracając. Przez kilka dni usychałem z miłość. Dosłownie... Nie jadłem.... nie piłem... Nie żyłem... Ale list od Rosy, pobudził mnie do życia. Gdy opowiedziałem, panience Yuzu o tym, że chciałem ją odwiedzić, to panienka od razu zaczęła mnie pakować. Eh... I jesteśmy w chwili obecnej. Gdy Panienka Yuzu nie patrzyła odniosłem rzeczy które mi spakowała. Nawet nie zauważyła. Pożegnała mnie i popędziła do domu. Najpewniej poszła spać. Popatrzyłem na cudowne drzewa. Zawsze, żółto-czerwone. Niekiedy soczysto zielone. Wgapiłem się w liść... liść klonu o pięknej złotej barwie niczym włosy... Elis. Nagle przypomniałem sobie ją... całą w bieli... jej uśmiech... jej włosy... jej śliczną cerę. Zapamiętałem ją w każdym detalu. Ach... Liść... Spadał wolno od niechcenia... za to na jego miejscu już pojawił się pąk... był żółty i pęczniał z każdą chwilą. Nie minęły dwie minuty a był już tam kolejny liść. Podszedłem, do liścia który upadł wcześniej. Gdy wiozłem go do ręki, wydawał mi się niewinny... Delikatny, na tyle by jeden podmuch silniejszego wiatru wstanie był go unieść, aż do rejonu Winter... Jego kolor z bliska wydawał mi się bardziej żywy... cieplejszy. Wchłaniał ciepłe promienie słońca i nabierając barwy... Czy jeśli stanę się liściem w moim kolejnym wcieleniu... to czy też będę wchłaniać ciepło? Nie ważne... Kogo to teraz obchodzi... ale liść zostawię dla siebie. Wsiadłem na Moonlight, i tak zaczęła się nasza podróż, aż do miasta. Po krótkim czasie, wyjechałem z lasu. Chwile potem były równiny, a równiny przeistaczały się w wyżyny. Przypominały mi garby, ciał martwych wojowników. Trawa powoli przechodziła z koloru soczysto zielonego po szmaragd. Ujrzałem lisa z młodymi. W rejonie wyżyn powoli przechodzących w góry miał on inny odcień futra... Ciepły rudy kolor, niczym rdza. Śliczne błękitne oczy, ruchliwy nosek i białe łapy. Puszysty ogon idealnie komponował się z całą resztą. Góry... Majestatyczne i wyniosłe. Zaczęła się trudna trasa. Pojawił się już śnieg. A z każdą milą coraz mocniej sypał. Zauważyłem, małą cieśninę. Moonli świetnie radziła sobie na tych terenach. Gdy przejechaliśmy przez cieśninę byliśmy już, w Winter. Przejechałem, przez Lus, i trafiłem do Sensu. Chciałem, jechać do Secretum ale jak się okazało, potrzeby takiej nie było. Białowłosą, siostrzyczkę, znalazłem już w Sensu. Zeskoczyłem, z pantery i zagwizdałem. Rosalin obejrzała się, zaskoczona. Potem uśmiechnęła się i zaczęła biec w moim kierunku.
-Reiuś!!!!- Krzyknęła i zwiesiła się na mojej szyi.- Co ty tu robisz?
-Postanowiłem cie odwiedzić... A właśnie, jak tam ci się, żyje Assasynko?
-Aaa, świetnie... Ale kiedy tylko ten idiota Ezrael się pojawia mój świat zamienia się w koszmar!
-Właśnie kim jest Ezrael?- Zapytałem, a ona zaczęła opowiadać jakże niezwykłą Historie, przesyconą złością? Nie... Raczej rywalizacją... tak to lepsze słowo. Wyjąłem liść z kieszeni płaszcza, przy tym uwalniając się z objęć siostry. Wpiąłem jej we włosy. To był śliczny kontrast. Może nawet jej oczy troszkę się rozjaśniły. Cera, nabrała blasku. - Wyglądasz prześlicznie.- Zaśmiała się, jej uroczym śmiechem. Ja też się dołączyłem do śmiechu. Śmialibyśmy się tak gdyby nie... Strzała... która przebiła moją głowę. Aksamitna ciemność. To Koniec. Kocham cie Elis.
Rosalin spal moje zwłoki. Kocham cie siostrzyczko[*]
-Reiuś!!!!- Krzyknęła i zwiesiła się na mojej szyi.- Co ty tu robisz?
-Postanowiłem cie odwiedzić... A właśnie, jak tam ci się, żyje Assasynko?
-Aaa, świetnie... Ale kiedy tylko ten idiota Ezrael się pojawia mój świat zamienia się w koszmar!
-Właśnie kim jest Ezrael?- Zapytałem, a ona zaczęła opowiadać jakże niezwykłą Historie, przesyconą złością? Nie... Raczej rywalizacją... tak to lepsze słowo. Wyjąłem liść z kieszeni płaszcza, przy tym uwalniając się z objęć siostry. Wpiąłem jej we włosy. To był śliczny kontrast. Może nawet jej oczy troszkę się rozjaśniły. Cera, nabrała blasku. - Wyglądasz prześlicznie.- Zaśmiała się, jej uroczym śmiechem. Ja też się dołączyłem do śmiechu. Śmialibyśmy się tak gdyby nie... Strzała... która przebiła moją głowę. Aksamitna ciemność. To Koniec. Kocham cie Elis.
Rosalin spal moje zwłoki. Kocham cie siostrzyczko[*]
piątek, 6 marca 2015
Od Rosalin
Coś mi tu nie gra... Na pewno coś knuje... Nie ważne. Chętnie się z nim pobawię.
- Skoro chcesz się ze mną bawić to proszę~! - stwierdziłam. Pomijając tę nudną konkurencję, przejdę do tego, iż na moje nieszczęście wygrał pewien idiota. Gdy dotarłam na miejsce, zaraz zostałam zasypana pytaniami, czemu zaatakowałam członka klanu i tym podobne.
- Wiedziałam, że coś knujesz! - warknęłam do niego. Rozpoczęła się dziecinna kłótnia, zapewne zrobiła bym coś nieprzyjemnego Ezrealowi, gdyby mój "wujek" mnie nie powstrzymał. Kim on jest? To barman w siedzibie klanu Umbra, a także... Młodszy brat człowieka, który był dla mnie niczym ojciec przez 11 lat. Który mnie wychował. Który mnie uczył...
- Rosa, zachowuj się. Robisz sobie wstyd! - upomniał mnie. Syknęłam.
- Ale... Ale... - próbowałam się wymigać od odpowiedzialności. Odwróciłam wzrok od starszego mężczyzny. Chciałam odejść na pewną odległość, jednak ten złapał mój nadgarstek.
- Co ty masz na szyi? - spytał zdenerwowany. Lekko się zaczerwieniłam.
- T-to nic - wyjąkałam cicho w odpowiedzi. Spojrzał na Ezreala i pociągnął mnie do baru, gdzie kazał usiąść. Natychmiast rozkazał mi to wyjaśnić. Mając na twarzy tysiąc odcieni czerwieni, ale jakoś opowiedziałam, co miało miejsce od wczorajszego wieczora. Wujek nie był tym zbyt zadowolony.
- Doprawdy... Wiem, że lubisz dla zabawy flirtować z facetami, ale to już przesada! - skarcił mnie.
- Wiem, wiem! - odparłam zawstydzona zaistniałą sytuacją.
- Napijesz się czegoś? - westchnął odrobinę spokojniejszy.
- Wody, proszę - odpowiedziałam również nieco mniej zdenerwowana. Mężczyzna podał mi napój, a ja powoli zaczęłam sączyć płyn. Nie zwróciłam uwagi na to, co robił chłopak, który był powodem mojego wstydu. Tym razem na przeźroczysta ciecz w równie przeźroczystym naczyniu, na szczęście, nie zmieniła swojego stanu skupienia tak, jak miało to miejsce ostatnim razem. W sumie... Woda była czysta, niczym dusza nieskalana grzechami i wszelkim złem naszego świata, który choć piękny, to i brutalny. Tak... Nieskazitelne istnienie... Coś z czym nigdy w swoim życiu się nie spotkałam... Życie jest długie, pełne wielu niebezpieczeństw, dobra, zła, brutalności, pomocy i miłości... Tak... Miłość... Co to właściwie za uczucie? Co to znaczy się zakochać? Czym jest to niepojęte uczucie dla którego nie jedne oddał życie? Czy ktokolwiek kiedyś pozna uczucie tej jedynej, prawdziwej miłości? Bez zdrad, bez kłamstw, tylko szczerość i czystość... Nie... O czym ja w sumie myślę? To nie ma sensu. To nie jest możliwe. Jaki jest w życiu cel? Jeśli każdy ma inny to jaki jest ten mój? Cze kiedykolwiek ktoś to pojmie? Popatrzyłam na mężczyznę stojącego za barem. Miał śnieżnobiałe włosy, zupełnie jak moje. Posiadał również błękitne oczy. Wielu nowych, myśli, iż naprawdę jesteśmy rodziną, jednak wypadkowa naszych wyglądów jest zupełnie spontaniczna. Po prostu tak się trafiło. Osoba, którą traktuję, jak jedyną rodzinę, nie jest ze mną spokrewniona. Nie łączą nas więzy krwi, więc wiele osób jest w błędzie ze swoimi założeniami. Westchnęłam znudzona tymi przemyśleniami. Mężczyzna o białych włosach odwrócił się w moją stronę, po chwili pytając czy coś się stało. Pokręciłam głową. Dopiłam wodę, a następnie oddałam szklankę.
- Znowu rozmyślasz na sensem istnienia? - spytał kontynuując swoją pracę.
- Jak zawsze... - mruknęłam w odpowiedzi. Mężczyzna nazywa się Albus. Jest równe siedem lat starszy ode mnie. Położyłam się na blacie. Poczułam lekki ból głowy, który po chwili zniknął. Niebieskooki odwrócił się w moją stronę i cicho westchnął.
- Źle się czujesz? - zadał pytanie zmartwiony. No tak... W końcu jestem jedynym, co zostało po jego ukochanym bracie... Ojciec i mistrz zawsze przed misją prosił swojego brata, że jeśli coś mu się stanie, ma się mną zaopiekować. Zawsze myślał o wszystkim.
- Nie - odpowiedziałam podnosząc się. Poprosiłam go o papier i pióro. Dostałam to o co prosiłam. Zaczęłam pisać list do mojego braciszka. Lepiej jest mieć z nim kontakt, prawda? Gdy już zakończyłam pisanie, jakże długiego listu. Pobiegłam szybko go wysłać, a następnie wróciłam do mojego wuja. Siedziałam tam przez kilka godzin, oczekując zakończenie jego pracy. Robiło się już ciemno, kiedy poczułam ostry ból głowy. Syknęłam nie mogąc wytrzymać.
- Skończyłem. Odprowadzę Cię do domu - stwierdził sucho i poszedł ze mną do miejsca mojego zamieszkania. Po tym, jak położyłam się do łóżka, wyszedł. Mieszkał ze mną po sąsiedzku. Zasnęłam.
Em... Ktoś to dokończy? Czy nie?
- Skoro chcesz się ze mną bawić to proszę~! - stwierdziłam. Pomijając tę nudną konkurencję, przejdę do tego, iż na moje nieszczęście wygrał pewien idiota. Gdy dotarłam na miejsce, zaraz zostałam zasypana pytaniami, czemu zaatakowałam członka klanu i tym podobne.
- Wiedziałam, że coś knujesz! - warknęłam do niego. Rozpoczęła się dziecinna kłótnia, zapewne zrobiła bym coś nieprzyjemnego Ezrealowi, gdyby mój "wujek" mnie nie powstrzymał. Kim on jest? To barman w siedzibie klanu Umbra, a także... Młodszy brat człowieka, który był dla mnie niczym ojciec przez 11 lat. Który mnie wychował. Który mnie uczył...
- Rosa, zachowuj się. Robisz sobie wstyd! - upomniał mnie. Syknęłam.
- Ale... Ale... - próbowałam się wymigać od odpowiedzialności. Odwróciłam wzrok od starszego mężczyzny. Chciałam odejść na pewną odległość, jednak ten złapał mój nadgarstek.
- Co ty masz na szyi? - spytał zdenerwowany. Lekko się zaczerwieniłam.
- T-to nic - wyjąkałam cicho w odpowiedzi. Spojrzał na Ezreala i pociągnął mnie do baru, gdzie kazał usiąść. Natychmiast rozkazał mi to wyjaśnić. Mając na twarzy tysiąc odcieni czerwieni, ale jakoś opowiedziałam, co miało miejsce od wczorajszego wieczora. Wujek nie był tym zbyt zadowolony.
- Doprawdy... Wiem, że lubisz dla zabawy flirtować z facetami, ale to już przesada! - skarcił mnie.
- Wiem, wiem! - odparłam zawstydzona zaistniałą sytuacją.
- Napijesz się czegoś? - westchnął odrobinę spokojniejszy.
- Wody, proszę - odpowiedziałam również nieco mniej zdenerwowana. Mężczyzna podał mi napój, a ja powoli zaczęłam sączyć płyn. Nie zwróciłam uwagi na to, co robił chłopak, który był powodem mojego wstydu. Tym razem na przeźroczysta ciecz w równie przeźroczystym naczyniu, na szczęście, nie zmieniła swojego stanu skupienia tak, jak miało to miejsce ostatnim razem. W sumie... Woda była czysta, niczym dusza nieskalana grzechami i wszelkim złem naszego świata, który choć piękny, to i brutalny. Tak... Nieskazitelne istnienie... Coś z czym nigdy w swoim życiu się nie spotkałam... Życie jest długie, pełne wielu niebezpieczeństw, dobra, zła, brutalności, pomocy i miłości... Tak... Miłość... Co to właściwie za uczucie? Co to znaczy się zakochać? Czym jest to niepojęte uczucie dla którego nie jedne oddał życie? Czy ktokolwiek kiedyś pozna uczucie tej jedynej, prawdziwej miłości? Bez zdrad, bez kłamstw, tylko szczerość i czystość... Nie... O czym ja w sumie myślę? To nie ma sensu. To nie jest możliwe. Jaki jest w życiu cel? Jeśli każdy ma inny to jaki jest ten mój? Cze kiedykolwiek ktoś to pojmie? Popatrzyłam na mężczyznę stojącego za barem. Miał śnieżnobiałe włosy, zupełnie jak moje. Posiadał również błękitne oczy. Wielu nowych, myśli, iż naprawdę jesteśmy rodziną, jednak wypadkowa naszych wyglądów jest zupełnie spontaniczna. Po prostu tak się trafiło. Osoba, którą traktuję, jak jedyną rodzinę, nie jest ze mną spokrewniona. Nie łączą nas więzy krwi, więc wiele osób jest w błędzie ze swoimi założeniami. Westchnęłam znudzona tymi przemyśleniami. Mężczyzna o białych włosach odwrócił się w moją stronę, po chwili pytając czy coś się stało. Pokręciłam głową. Dopiłam wodę, a następnie oddałam szklankę.
- Znowu rozmyślasz na sensem istnienia? - spytał kontynuując swoją pracę.
- Jak zawsze... - mruknęłam w odpowiedzi. Mężczyzna nazywa się Albus. Jest równe siedem lat starszy ode mnie. Położyłam się na blacie. Poczułam lekki ból głowy, który po chwili zniknął. Niebieskooki odwrócił się w moją stronę i cicho westchnął.
- Źle się czujesz? - zadał pytanie zmartwiony. No tak... W końcu jestem jedynym, co zostało po jego ukochanym bracie... Ojciec i mistrz zawsze przed misją prosił swojego brata, że jeśli coś mu się stanie, ma się mną zaopiekować. Zawsze myślał o wszystkim.
- Nie - odpowiedziałam podnosząc się. Poprosiłam go o papier i pióro. Dostałam to o co prosiłam. Zaczęłam pisać list do mojego braciszka. Lepiej jest mieć z nim kontakt, prawda? Gdy już zakończyłam pisanie, jakże długiego listu. Pobiegłam szybko go wysłać, a następnie wróciłam do mojego wuja. Siedziałam tam przez kilka godzin, oczekując zakończenie jego pracy. Robiło się już ciemno, kiedy poczułam ostry ból głowy. Syknęłam nie mogąc wytrzymać.
- Skończyłem. Odprowadzę Cię do domu - stwierdził sucho i poszedł ze mną do miejsca mojego zamieszkania. Po tym, jak położyłam się do łóżka, wyszedł. Mieszkał ze mną po sąsiedzku. Zasnęłam.
Em... Ktoś to dokończy? Czy nie?
Od Ezreal'a
Zwiedzałem zamek z niewielkim zachwytem. Był taki jak każdy inny. Wielki z mnóstwem niepotrzebnych nikomu pomieszczeń. Westchnąłem bezgłośnie. Czy tutaj jest przynajmniej jakaś biblioteka? Tak, czasy gdy chciałem zostać uczonym dawno minęły jednak dalej lubiłem zagłębiać się w książki. Może to idiotyczne, ale widok tylu liter układających się w wyrazy, które układają się w zdania najzwyczajniej ekscytował mnie. Rozmyślanie nad każdym osobnym słowem, wyobrażanie sobie niezwykłych zdarzeń...Czy to nie świetne? Choć pociągają mnie wszystkie książki zarówno naukowe jak i fabularne. Nie mam także określonego ulubionego gatunku. Książki to książki, każda z nich jest interesująca, trzeba po prostu potrafić to dostrzec. Gwałtownie zatrzymałem się widząc Rosalin opierającą się o ścianę. Czy to nie ciekawy przypadek? Dostałem propozycję pracy dla pana mojego największego wroga oraz siostry której szukałem tyle lat. Nikt nie potrafi przewidzieć tego co przyniesie los. Tak, racja, istnieją magowie którzy przewidują przyszłość jednak to inna sytuacja. Uśmiechnąłem się sam do siebie, zupełnie bez powodu. Ciekaw jestem o czym myśli. Zawsze mnie to interesuje. W końcu każdy człowiek myśli w inny sposób...Co więc możemy nazwać myślami? Odrzucając od siebie wszystkie codzienne przemyślenia godne udręczonego poety zacząłem zbliżać się do białowłosej zabójczyni.
-Śnieg...-stwierdziła nagle wpatrując się w białe płatki powolnie opadające na ziemię. Zawsze zwracałem uwagę na otaczający nasz świat, a biały puch osiadający na ziemi rzeczywiście miał w sobie coś urzekającego na tyle by czynić go wyjątkowym. Ona jednak w przeciwieństwie do mnie nie podróżuje aż tak wiele, prawda?
-Tak. Co z tego?-spytałem. Czy tutaj kiedykolwiek nie pada śnieg? Przecież to rejon Winter. Tak jak wspomniałem, uwielbiam obserwować świat, ale nigdy nie zmieniające się zjawisko prędko zaczęłoby mnie nudzić. Usłyszałem cichy syk który mógł oznaczać zirytowanie dziewczyny. Na ten dźwięk od razu zachciało mi się śmiać. Mimo to zdołałem powstrzymać się i zachować prawie że idealną ciszę. Jak ja uwielbiałem irytować ludzi...Każdy reaguje inaczej dlatego żadnej reakcji nie można nazwać nudną.
-Potrzebujesz czegoś?-zapytała w końcu łaskawie zwracając się w moją stronę. Choć i tak lekko zaskoczyła mnie jej uprzejmość. Czyżby pani wariatka na terenie zamku robiła się milsza? Kto by pomyślał. No nic! Zastanowiłem się nad jej pytaniem. Czy chciałem od niej coś konkretnego? Widząc ją najzwyczajniej podszedłem. Gdyby ktoś zapytał z jakiego powodu odpowiedziałbym...Po prostu nawyk? Już wiem! Wpadłem na jeden świetny pomysł.
-Skoro znów remisujemy to może wyścig? Tamten był troszkę nie fair nie sądzisz? Kto pierwszy dotrze do siedziby ten wygrywa-oznajmiłem z chytrym uśmieszkiem. Już zdążyłem "troszkę" namieszać więc wrócenie do siedziby było by dla mnie teraz korzystne. Ezreal, jesteś geniuszem~! Spojrzałem na Rosalin która jakby nie była chętna na kolejną konkurencje, a przynajmniej nie teraz. Niech no pomyśle...-No chyba że boisz się porażki-powiedziałem a mój uśmiech poszerzył się. Najzwyklejsza prowokacja. Może zdawać się to dziecinne, ale to po prostu zabawne. Spojrzałem wyczekująco na Rosalin.
Więc? Zgadasz się czy może jednak się boisz?
-Śnieg...-stwierdziła nagle wpatrując się w białe płatki powolnie opadające na ziemię. Zawsze zwracałem uwagę na otaczający nasz świat, a biały puch osiadający na ziemi rzeczywiście miał w sobie coś urzekającego na tyle by czynić go wyjątkowym. Ona jednak w przeciwieństwie do mnie nie podróżuje aż tak wiele, prawda?
-Tak. Co z tego?-spytałem. Czy tutaj kiedykolwiek nie pada śnieg? Przecież to rejon Winter. Tak jak wspomniałem, uwielbiam obserwować świat, ale nigdy nie zmieniające się zjawisko prędko zaczęłoby mnie nudzić. Usłyszałem cichy syk który mógł oznaczać zirytowanie dziewczyny. Na ten dźwięk od razu zachciało mi się śmiać. Mimo to zdołałem powstrzymać się i zachować prawie że idealną ciszę. Jak ja uwielbiałem irytować ludzi...Każdy reaguje inaczej dlatego żadnej reakcji nie można nazwać nudną.
-Potrzebujesz czegoś?-zapytała w końcu łaskawie zwracając się w moją stronę. Choć i tak lekko zaskoczyła mnie jej uprzejmość. Czyżby pani wariatka na terenie zamku robiła się milsza? Kto by pomyślał. No nic! Zastanowiłem się nad jej pytaniem. Czy chciałem od niej coś konkretnego? Widząc ją najzwyczajniej podszedłem. Gdyby ktoś zapytał z jakiego powodu odpowiedziałbym...Po prostu nawyk? Już wiem! Wpadłem na jeden świetny pomysł.
-Skoro znów remisujemy to może wyścig? Tamten był troszkę nie fair nie sądzisz? Kto pierwszy dotrze do siedziby ten wygrywa-oznajmiłem z chytrym uśmieszkiem. Już zdążyłem "troszkę" namieszać więc wrócenie do siedziby było by dla mnie teraz korzystne. Ezreal, jesteś geniuszem~! Spojrzałem na Rosalin która jakby nie była chętna na kolejną konkurencje, a przynajmniej nie teraz. Niech no pomyśle...-No chyba że boisz się porażki-powiedziałem a mój uśmiech poszerzył się. Najzwyklejsza prowokacja. Może zdawać się to dziecinne, ale to po prostu zabawne. Spojrzałem wyczekująco na Rosalin.
Więc? Zgadasz się czy może jednak się boisz?
poniedziałek, 2 marca 2015
Od Rosalin
Przybił mnie do łóżka sztyletami? Niech nie myśli, że tak łatwo mu odpuszczę. Jeszcze dziś znowu zremisuję, a może nawet lepiej. Zerwałam się z posłania i niedługo potem znalazłam się na Fumusie. Poklepałam go po karku, aby ruszył do zamku. Ani Fumus, ani Kasai nie przepadają za Ezrealem oraz Cogtium. Nie ma co opisywać podróży. Dotarłam na zamku przed chłopakiem. Czekałam na niego przed bramą, a gdy w końcu dotarł stanęłam obok niego.
- Znowu remis - stwierdziłam ze złośliwym uśmiechem.
- Szlak... Nie wziąłem tego pod uwagę jako konkurencji - mruknął pod nosem. Pomachałam mu na pożegnanie i ruszyłam z lekkim uśmiechem. Nie zwracałam już uwagi na mojego wroga. W jednym z korytarzy dostrzegłam Ezre. Na moje szczęście nie było tam tego idioty. Powitałam ją z uśmiechem.
- Coś ty taka wesoła? - spytała trochę podejrzliwie. Coś nie tak?
- Nie ma konkretnego powodu - odpowiedziałam, zmieniając wyraz twarzy na poważny.
- Co masz na szyi? - zadała kolejne pytanie. Zaskoczyło mnie ono. Dotknęłam miejsca o którym mówiła i zrozumiałam, o co jej chodziło. Przypomniała mi się "zabawa" z wcześniej. Dziwne uczucie. To chyba... Wstyd? No cóż, może jednak mam coś jeszcze z moralności.
- N-nic - wymamrotałam cicho. To mi się nie zdarza, więc dziewczyna była jeszcze bardziej zdziwiona moim zachowaniem. Pewnie nie domyśliłaby się o co chodzi, gdyby nie to, że przyszedł Ezreal! Popatrzyła najpierw na mnie, a potem na niego. Mieliśmy podobne ślady. Nie jestem pewna, dlaczego, ale Ezra uderzyła swojego brata. Z moich ust dało się słyszeć ciszy chichot.
- Czemu to zrobiłeś? - zapytała go wskazując na ranę. Mogę przysiąc, iż na chwilę się zaczerwienił. To, w jaki sposób rywalizujemy, powinno pozostawać między nami. Z braku pomysłu wymyślamy coraz to nowsze i bardziej nietypowe konkurencje. Ezreal odwrócił wzrok od swojej siostry i nadal nie odpowiadał na jej pytanie. Spojrzała na mnie z nadzieję na odpowiedź.
- Ech... Lepiej nie wnikaj. Pogadajcie lepiej o swoich sprawach - udzieliłam wyjaśnienia. Odwróciłam się oraz poszłam porozmawiać z królem. Byłam ciekawa, jaką karę dostał złodziej, którego udało mi się niedawno złapać. Przez cały czas odczuwałam na sobie wzrok służby. Po paru minutach udało mi się znaleźć mego pana. Dyskutował o czymś ze swoim bratem, wyraźnie był niezadowolony z tejże rozmowy. Zaczekałam, aż skończą swoją konwersację, nim go zagadnęłam.
- Coś się stało, Rosa? - zapytał mnie. Złożyłam niewielki ukłon.
- Nie, Magna. Chciałam się tylko dowiedzieć, jaką karę uzyskał złodziej, złapany w trakcie ostatniego balu. Udzielisz mi tej informacji? - powiedziałam bardzo poważnie.
- Niestety, jeszcze nie został ukarany - odparł po chwili. Zaskoczyło mnie to. - Wciąż czeka na proces. Liczba przestępstw w całej Macarii jest tak ogromna, że nie przyszła nadal jego kolej - dodał w wytłumaczeniu. Westchnęłam ledwie słyszalnie. Wiem, że władcy nie podoba się, iż ten, który próbował ukraść pamiątkę po jego ukochanej żonie, nadal nie otrzymał odpowiedniej kary. Mam nadzieję, że otrzyma wysoką i sprawiedliwą.
- Ach! Rosa, jak sprawuje się twój nowy partner? - zadał pytanie zaciekawiony. Przygryzłam wargę.
- Niestety, mój panie, ale nie mogę wypowiedzieć się na jego temat. Jest to związane z moją ciągłą rywalizacją, z nim. Bardzo przepraszam - przeprosiłam ze skuchą w głosie. Była fałszywa. Zresztą, jak większość mojego charakteru... Moje życie jest pełne tragedii. Najpierw straciłam rodziców wraz z dwójką starszych braci. W trakcie spaceru odbiegłam od nich naprzód, a wtedy... Spadła na nich lawina i przysypała ich. Na moje nieszczęście, nie przeżyli tego. Kilka dni po tym wydarzeniu, odnalazł mnie mój mistrz i ojciec. On nauczył mnie podstaw, a potem już dalej samo poszło. Nie byłam nigdy oporna w nauce. Pierwszego zabójstwa dokonałam jeszcze nim skończyłam 13 lat, więc gdy dołączyłam do klanu, miałam szacunek pozostałych. Ponad to większość stałych bywalców siedziby, zna moją historię. Pozostali się tego nie dowiedzieli, ponieważ ja tego nie pragnęłam. Czemu? Nie byłoby przyjemnie słuchać podszeptów typu "Patrz... To ta mała, co straciła rodziców". Irytujące, czyż nie? Kiedyś, gdy ktoś próbował o tym mówić... Było ciekawie. Koło niego przebiegał szczur, dlatego rzuciłam w tym kierunku, zabijając zwierzę. Po pytaniu, czemu to zrobiłam, powiedziałam tylko "Nie lubię szczurów". Pewnie zrobiłby coś, myśląc, iż nazwałam go gryzoniem, ale inny go powstrzymał, widząc martwe stworzenie. Generalnie, to jest mniej więcej moje życie, jeśli kogoś to ciekawi. Pewnie nie. W końcu jestem niczym. Stałam oparta o ścianę na przeciwko okna z zamkniętymi oczami. Powolnie je otworzyłam i zobaczyłam padający śnieg.
- Śnieg... - stwierdziłam spokojnym i obojętnym głosem.
- Tak. Co z tego? - spytał ktoś nagle. Ten idiota... Nie ma co robić, tylko mnie nękać?! Syknęłam zdenerwowana. Przymrużyłam delikatnie oczy i odwróciłam się w jego stronę.
- Potrzebujesz czegoś? - odpowiedziałam pytaniem. Chyba robię się dla niego miła...
Ezreal? Potrzebujesz czegoś, czy też przychodzisz mnie nękać?
- Znowu remis - stwierdziłam ze złośliwym uśmiechem.
- Szlak... Nie wziąłem tego pod uwagę jako konkurencji - mruknął pod nosem. Pomachałam mu na pożegnanie i ruszyłam z lekkim uśmiechem. Nie zwracałam już uwagi na mojego wroga. W jednym z korytarzy dostrzegłam Ezre. Na moje szczęście nie było tam tego idioty. Powitałam ją z uśmiechem.
- Coś ty taka wesoła? - spytała trochę podejrzliwie. Coś nie tak?
- Nie ma konkretnego powodu - odpowiedziałam, zmieniając wyraz twarzy na poważny.
- Co masz na szyi? - zadała kolejne pytanie. Zaskoczyło mnie ono. Dotknęłam miejsca o którym mówiła i zrozumiałam, o co jej chodziło. Przypomniała mi się "zabawa" z wcześniej. Dziwne uczucie. To chyba... Wstyd? No cóż, może jednak mam coś jeszcze z moralności.
- N-nic - wymamrotałam cicho. To mi się nie zdarza, więc dziewczyna była jeszcze bardziej zdziwiona moim zachowaniem. Pewnie nie domyśliłaby się o co chodzi, gdyby nie to, że przyszedł Ezreal! Popatrzyła najpierw na mnie, a potem na niego. Mieliśmy podobne ślady. Nie jestem pewna, dlaczego, ale Ezra uderzyła swojego brata. Z moich ust dało się słyszeć ciszy chichot.
- Czemu to zrobiłeś? - zapytała go wskazując na ranę. Mogę przysiąc, iż na chwilę się zaczerwienił. To, w jaki sposób rywalizujemy, powinno pozostawać między nami. Z braku pomysłu wymyślamy coraz to nowsze i bardziej nietypowe konkurencje. Ezreal odwrócił wzrok od swojej siostry i nadal nie odpowiadał na jej pytanie. Spojrzała na mnie z nadzieję na odpowiedź.
- Ech... Lepiej nie wnikaj. Pogadajcie lepiej o swoich sprawach - udzieliłam wyjaśnienia. Odwróciłam się oraz poszłam porozmawiać z królem. Byłam ciekawa, jaką karę dostał złodziej, którego udało mi się niedawno złapać. Przez cały czas odczuwałam na sobie wzrok służby. Po paru minutach udało mi się znaleźć mego pana. Dyskutował o czymś ze swoim bratem, wyraźnie był niezadowolony z tejże rozmowy. Zaczekałam, aż skończą swoją konwersację, nim go zagadnęłam.
- Coś się stało, Rosa? - zapytał mnie. Złożyłam niewielki ukłon.
- Nie, Magna. Chciałam się tylko dowiedzieć, jaką karę uzyskał złodziej, złapany w trakcie ostatniego balu. Udzielisz mi tej informacji? - powiedziałam bardzo poważnie.
- Niestety, jeszcze nie został ukarany - odparł po chwili. Zaskoczyło mnie to. - Wciąż czeka na proces. Liczba przestępstw w całej Macarii jest tak ogromna, że nie przyszła nadal jego kolej - dodał w wytłumaczeniu. Westchnęłam ledwie słyszalnie. Wiem, że władcy nie podoba się, iż ten, który próbował ukraść pamiątkę po jego ukochanej żonie, nadal nie otrzymał odpowiedniej kary. Mam nadzieję, że otrzyma wysoką i sprawiedliwą.
- Ach! Rosa, jak sprawuje się twój nowy partner? - zadał pytanie zaciekawiony. Przygryzłam wargę.
- Niestety, mój panie, ale nie mogę wypowiedzieć się na jego temat. Jest to związane z moją ciągłą rywalizacją, z nim. Bardzo przepraszam - przeprosiłam ze skuchą w głosie. Była fałszywa. Zresztą, jak większość mojego charakteru... Moje życie jest pełne tragedii. Najpierw straciłam rodziców wraz z dwójką starszych braci. W trakcie spaceru odbiegłam od nich naprzód, a wtedy... Spadła na nich lawina i przysypała ich. Na moje nieszczęście, nie przeżyli tego. Kilka dni po tym wydarzeniu, odnalazł mnie mój mistrz i ojciec. On nauczył mnie podstaw, a potem już dalej samo poszło. Nie byłam nigdy oporna w nauce. Pierwszego zabójstwa dokonałam jeszcze nim skończyłam 13 lat, więc gdy dołączyłam do klanu, miałam szacunek pozostałych. Ponad to większość stałych bywalców siedziby, zna moją historię. Pozostali się tego nie dowiedzieli, ponieważ ja tego nie pragnęłam. Czemu? Nie byłoby przyjemnie słuchać podszeptów typu "Patrz... To ta mała, co straciła rodziców". Irytujące, czyż nie? Kiedyś, gdy ktoś próbował o tym mówić... Było ciekawie. Koło niego przebiegał szczur, dlatego rzuciłam w tym kierunku, zabijając zwierzę. Po pytaniu, czemu to zrobiłam, powiedziałam tylko "Nie lubię szczurów". Pewnie zrobiłby coś, myśląc, iż nazwałam go gryzoniem, ale inny go powstrzymał, widząc martwe stworzenie. Generalnie, to jest mniej więcej moje życie, jeśli kogoś to ciekawi. Pewnie nie. W końcu jestem niczym. Stałam oparta o ścianę na przeciwko okna z zamkniętymi oczami. Powolnie je otworzyłam i zobaczyłam padający śnieg.
- Śnieg... - stwierdziłam spokojnym i obojętnym głosem.
- Tak. Co z tego? - spytał ktoś nagle. Ten idiota... Nie ma co robić, tylko mnie nękać?! Syknęłam zdenerwowana. Przymrużyłam delikatnie oczy i odwróciłam się w jego stronę.
- Potrzebujesz czegoś? - odpowiedziałam pytaniem. Chyba robię się dla niego miła...
Ezreal? Potrzebujesz czegoś, czy też przychodzisz mnie nękać?
niedziela, 1 marca 2015
Od Ezreal'a: Poranna wygrana
Czas snu...Dziwne uczucie, prawda? Chyba oczywistym jest że w czasie nocy posiadamy parę snów z których na ogół mało pamiętamy. Czasami jednak jest inaczej...Bynajmniej w moim przypadku. Mimo że mam sny podczas śnienia ich znajduję się z moją świadomością w kompletnej pustce. Idąc na logikę może być to absurdalne, jednak dowodem na to jest fakt, iż rano pamiętam przynajmniej jeden sen. Zauważyłem ten przejaw już w dzieciństwie. Na początku obawiałem się jednak z czasem sam przekonałem się o zaletach tego zjawiska...Dryfowanie w zupełnie ciemnej pustce to świetny czas na przemyślenia. A tym razem miałem o czym myśleć...Ezra. Z początku nie mogłem uwierzyć że to ona. Zmieniła się, była całkiem inna niż mała dziewczynka którą pamiętałem. Nie zmieniło się tylko jedno, mianowicie jej zupełnie obojętna twarz. Pomimo tego zdawało mi się że na zaledwie ułamek sekundy przeszło przez nią zdziwienie. Sam byłem niezwykle zdziwiony. Więc jednak zdołała zostać rycerzem. Nie wiedzieć czemu byłem niezwykle dumny, choć sądzę że reszta naszej rodziny by tego nie pochwaliła. W rozmowie była zupełnie oschła. Czyżby dalej chowała do mnie urazę? Racja, przez całe dzieciństwo byłem zupełnie obojętny na tą sytuacje. Koniec końców wyszło że przełożyliśmy tą rozmowę na inny dzień. Z pustki wyrwało mnie lekki uczucie bólu w okolicach szyi. Otwarłem sennie oczy. Wprost przed nimi ujrzałem białe włosy które po chwili oddaliły się. Ujrzałem przed sobą zadowoloną twarz Rosalin. W kąciku jej ust dostrzegłem kroplę krwi. Dotknąłem delikatnie bolącego miejsca na swojej szyi. Czy to było ugryzienie? Doprawdy kompletnie oszalała...
-Jak się spało skarbie?-spytała z beztroską miną. Nie miałem pojęcia czy powinienem się teraz śmiać czy może ją zabić. Mimo wahania potrzeby śmiechu zwyciężyła. Nie to że nie byłem na nią zły. Po prostu jej pomysły zadziwiają mnie coraz bardziej. To zmusza mnie do zadania sobie po raz kolejny tego samego pytania: Jakim cudem ktoś taki jest asasynem? Lekko podniosłem się.
-Co tam sny? Pobudka była o wiele lepsza kochanie-powiedziałem słodkim głosem kontynuując tą "zabawę". Czy Rosalin tego chce czy nie jestem świetnym aktorem. Przez jej twarz przebiegło zaskoczenie jednak po chwili wrócił na nią jej szyderczy uśmiech. W jeden chwili legnęła na mnie przybijając swoim ciężarem do niewygodnego łóżka.
-Jestem jeszcze taka śpiąca~ Nie przeszkadza ci to że się na tobie położę, prawda misiu?-zapytała. Chce mnie sprowokować? Jeżeli sądzi że to takie łatwe bardzo się myli. Chyba czas odwdzięczyć się jej za to co zrobiła mi wcześniej.
-W takim razie może jakoś cię rozbudzę?-odpowiedziałem pytaniem. Następnie zebrałem w sobie tyle siły aby przeturlać się. Teraz role się odwróciły i to ja leżałem na niej. Dziewczyna wyglądała na zupełnie niewzruszoną tą sytuacją. Zbliżyłem się do jej szyi gryząc ją na tyle mocno by po chwili spłynęło po niej trochę czerwonej cieczy. Następnie zlizałem ją aby jej zasmakować. Uśmiechnąłem się-Idealna, zupełnie jak ty-dopowiedziałem. Oh, jakie słodkie słówka w obliczu największego wroga. Naprawdę długo tak nie wytrzymam. Wtedy wpadłem na kolejny genialny plan. Przybliżyłem się bliżej jej twarzy z poważną miną.
-Rosalin...Muszę powiedzieć ci coś całkiem poważnie..-zacząłem. Następnie niezauważalnie wyciągnąłem z płaszcza, tak spałem w nim, dwa sztylety które sprawnie wbiłem w jej ubrania przykuwając ją do łóżka. Zaśmiałem się szybko schodząc z niej-Pamiętaj, że zawsze będę lepszy! 256 wygrana, widzimy się w zamku~!-zawołałem wesoło wyskakując przez okno. Racja, mogłem użyć drzwi jednak tak było zabawniej. Świetnie czasem udawać idiotę, jednak czas wrócić do rzeczywistości. Ruszyłem już zupełnie bez rozbawienia na twarzy w stronę zamku. Nie obchodzi mnie bycie asasynem jednak dostałem szansę...Szansę bycia przy mojej siostrze. Skoro jestem już na usługach tego króla nie mogę tego zaprzepaścić.
Rosalin?
-Jak się spało skarbie?-spytała z beztroską miną. Nie miałem pojęcia czy powinienem się teraz śmiać czy może ją zabić. Mimo wahania potrzeby śmiechu zwyciężyła. Nie to że nie byłem na nią zły. Po prostu jej pomysły zadziwiają mnie coraz bardziej. To zmusza mnie do zadania sobie po raz kolejny tego samego pytania: Jakim cudem ktoś taki jest asasynem? Lekko podniosłem się.
-Co tam sny? Pobudka była o wiele lepsza kochanie-powiedziałem słodkim głosem kontynuując tą "zabawę". Czy Rosalin tego chce czy nie jestem świetnym aktorem. Przez jej twarz przebiegło zaskoczenie jednak po chwili wrócił na nią jej szyderczy uśmiech. W jeden chwili legnęła na mnie przybijając swoim ciężarem do niewygodnego łóżka.
-Jestem jeszcze taka śpiąca~ Nie przeszkadza ci to że się na tobie położę, prawda misiu?-zapytała. Chce mnie sprowokować? Jeżeli sądzi że to takie łatwe bardzo się myli. Chyba czas odwdzięczyć się jej za to co zrobiła mi wcześniej.
-W takim razie może jakoś cię rozbudzę?-odpowiedziałem pytaniem. Następnie zebrałem w sobie tyle siły aby przeturlać się. Teraz role się odwróciły i to ja leżałem na niej. Dziewczyna wyglądała na zupełnie niewzruszoną tą sytuacją. Zbliżyłem się do jej szyi gryząc ją na tyle mocno by po chwili spłynęło po niej trochę czerwonej cieczy. Następnie zlizałem ją aby jej zasmakować. Uśmiechnąłem się-Idealna, zupełnie jak ty-dopowiedziałem. Oh, jakie słodkie słówka w obliczu największego wroga. Naprawdę długo tak nie wytrzymam. Wtedy wpadłem na kolejny genialny plan. Przybliżyłem się bliżej jej twarzy z poważną miną.
-Rosalin...Muszę powiedzieć ci coś całkiem poważnie..-zacząłem. Następnie niezauważalnie wyciągnąłem z płaszcza, tak spałem w nim, dwa sztylety które sprawnie wbiłem w jej ubrania przykuwając ją do łóżka. Zaśmiałem się szybko schodząc z niej-Pamiętaj, że zawsze będę lepszy! 256 wygrana, widzimy się w zamku~!-zawołałem wesoło wyskakując przez okno. Racja, mogłem użyć drzwi jednak tak było zabawniej. Świetnie czasem udawać idiotę, jednak czas wrócić do rzeczywistości. Ruszyłem już zupełnie bez rozbawienia na twarzy w stronę zamku. Nie obchodzi mnie bycie asasynem jednak dostałem szansę...Szansę bycia przy mojej siostrze. Skoro jestem już na usługach tego króla nie mogę tego zaprzepaścić.
Rosalin?
Od Rosalin: Zadanie z idiotą...
No cóż! Jestem chodzącą apokalipsą i nieszczęściem, więc i tym razem nie będzie inaczej! Dostaliśmy kartkę z nazwiskiem i paroma informacjami na temat osoby, którą mamy zabić. Dyrektor jakiegoś banku dostał od trzech klanów karę śmierci. Natychmiast zabraliśmy się za zadanie i jeszcze tego samego dnia ukończyliśmy zlecenie. Ja wróciłam do zamku i nie uwierzycie, co tam zastałam. Gdy król mnie ujrzał pomachał do mnie, abym podeszła. Wykonałam polecenie. Oczywiście był tam Ezreal! Co on tam niby robił.
- Ty! - krzyknęliśmy w tym samym czasie. Czemu on mnie naśladuje?!
- Przestań mnie naśladować! - znów krzyknęliśmy jednocześnie. Przypomniało mi się, że nie należy kłócić się w towarzystwie, zwłaszcza tak dostojnej, jak jego wysokość.
- Wybacz mi, Magna. Nie powinnam zachowywać się tak haniebnie - przeprosiłam składając lekki ukłon. - Lecz co on tutaj robi? - dopytałam się mego pana.
- Och, myślałem o zatrudnieniu kogoś do pomocy tobie - odpowiedział. Stanęłam, jak wryta.
- Dziękuję za twą łaskawość, ale poradzę sobie sama. Natomiast Ezreal powinien spotkać się z Ezrą - stwierdziłam. Chłopak spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nie robię tego, bo go lubię, ale po to, aby udowodnić, że mówiłam wcześniej prawdę. Szybko doszło do ich spotkania. Pomijając ich konwersację i moje przyznanie, że nie jest całkowicie idiotą, przejdę dalej. Ponieważ król nie ufa Ezrealowi, poprosił mnie, żebym go przetrzymała. Zgodziłam się tylko i wyłącznie dla dobra jego wysokości. W mieście ze zdenerwowaniem ciągnęłam go za rękę w kierunku mojego mieszkania, które również mam w spadku. Wrzuciłam go przez drzwi, zamknęłam je i opadłam na ziemie, chcąc się uspokoić. Przymknęłam oczy, a gdy je otworzyłam ujrzałam Ezreala... Przeglądającego moje rzeczy?! Jakim prawem on to robi?!
- Co ty robisz? - zapytałam go ponownie się irytując.
- Szukam twoich słabości - odpowiedział ze złośliwym uśmiechem. Najgorszą rzeczą jest to, iż posiadam tylko jedno łóżko i... To dla dwóch osób. Ja będę musiała spać w jednym posłani z nim, rozumiecie?! Z Ezrealem! Po prostu nie wierzę.
- Zwróciłeś na to uwagę? - spytałam się chłopaka, który był po drugiej stronie pokoju.
- Na co? - odpowiedział pytaniem.
- Jedno łóżko, wiesz, co to oznacza? - zadałam mu kolejne pytanie. Pobladł nagle. Może nie jest, jednak tak głupi na jakiego wygląda? Pomijając to, co działo się potem, przejdę do ranka. Obudziłam się z twarzą tuż przed twarzą Ezreala... Momentalnie się zarumieniłam. Podniosłam lekko głowę. Nadal spał. Poza tym trzymał swoją rękę na moim biodrze. Jakim prawem?! Rozumiem, że przez sen nie wie, co robi, ale co musiało mu się śnić, żeby robił coś takiego?! Zboczeniec! Chwila... Mam pewien pomysł... Uśmiechnęłam się szyderczo i uniosłam lekko jego podbródek. Kiedy śpi jest nawet uroczy... Zaraz... O czym ja myślę?! Sprawię mu, jakże zacną pobudkę. Hi hi... Zbliżyłam swoje usta do jego szyi. Pora pobawić się w krwiopijcę~! Ugryzłam go do krwi i zaczęłam ją zlizywać.
Ezreal? Jak twoje "przeżycia"?
- Ty! - krzyknęliśmy w tym samym czasie. Czemu on mnie naśladuje?!
- Przestań mnie naśladować! - znów krzyknęliśmy jednocześnie. Przypomniało mi się, że nie należy kłócić się w towarzystwie, zwłaszcza tak dostojnej, jak jego wysokość.
- Wybacz mi, Magna. Nie powinnam zachowywać się tak haniebnie - przeprosiłam składając lekki ukłon. - Lecz co on tutaj robi? - dopytałam się mego pana.
- Och, myślałem o zatrudnieniu kogoś do pomocy tobie - odpowiedział. Stanęłam, jak wryta.
- Dziękuję za twą łaskawość, ale poradzę sobie sama. Natomiast Ezreal powinien spotkać się z Ezrą - stwierdziłam. Chłopak spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nie robię tego, bo go lubię, ale po to, aby udowodnić, że mówiłam wcześniej prawdę. Szybko doszło do ich spotkania. Pomijając ich konwersację i moje przyznanie, że nie jest całkowicie idiotą, przejdę dalej. Ponieważ król nie ufa Ezrealowi, poprosił mnie, żebym go przetrzymała. Zgodziłam się tylko i wyłącznie dla dobra jego wysokości. W mieście ze zdenerwowaniem ciągnęłam go za rękę w kierunku mojego mieszkania, które również mam w spadku. Wrzuciłam go przez drzwi, zamknęłam je i opadłam na ziemie, chcąc się uspokoić. Przymknęłam oczy, a gdy je otworzyłam ujrzałam Ezreala... Przeglądającego moje rzeczy?! Jakim prawem on to robi?!
- Co ty robisz? - zapytałam go ponownie się irytując.
- Szukam twoich słabości - odpowiedział ze złośliwym uśmiechem. Najgorszą rzeczą jest to, iż posiadam tylko jedno łóżko i... To dla dwóch osób. Ja będę musiała spać w jednym posłani z nim, rozumiecie?! Z Ezrealem! Po prostu nie wierzę.
- Zwróciłeś na to uwagę? - spytałam się chłopaka, który był po drugiej stronie pokoju.
- Na co? - odpowiedział pytaniem.
- Jedno łóżko, wiesz, co to oznacza? - zadałam mu kolejne pytanie. Pobladł nagle. Może nie jest, jednak tak głupi na jakiego wygląda? Pomijając to, co działo się potem, przejdę do ranka. Obudziłam się z twarzą tuż przed twarzą Ezreala... Momentalnie się zarumieniłam. Podniosłam lekko głowę. Nadal spał. Poza tym trzymał swoją rękę na moim biodrze. Jakim prawem?! Rozumiem, że przez sen nie wie, co robi, ale co musiało mu się śnić, żeby robił coś takiego?! Zboczeniec! Chwila... Mam pewien pomysł... Uśmiechnęłam się szyderczo i uniosłam lekko jego podbródek. Kiedy śpi jest nawet uroczy... Zaraz... O czym ja myślę?! Sprawię mu, jakże zacną pobudkę. Hi hi... Zbliżyłam swoje usta do jego szyi. Pora pobawić się w krwiopijcę~! Ugryzłam go do krwi i zaczęłam ją zlizywać.
Ezreal? Jak twoje "przeżycia"?
Od Ezreal'a
Szedłem wiele lat. Szukałem w praktycznie każdym zakątku świata, a odpowiedź znajdowała się bliżej niż myślałem. Z początku potraktowałem to za kolejne zagranie Rosalin przeciwko mnie, coś w stylu zrobienia mi fałszywej nadziei aby uśpić moją czujność i wykonać kolejny atak. W końcu ile razy to już walczyliśmy przez ostatni rok? Sądzę że obecny wynik naszych walk wynosi dokładnie...255 do 255. Skąd jednak miałaby wiedzieć o Ezrze? To ona poruszyła temat mojej siostry, jakby zupełnie nieświadoma tego że coś może mnie z nią łączyć. Nie cierpiałem tego, ale musiałem podejść do całej tej sytuacji używając logicznego myślenia. To było najlepsze rozwiązanie. Miałem zamiar zadać jej kolejne pytanie jednak wtedy zawołał nas jeden z najwyżej postawionych członków naszej rady.
-To jakiś kiepski żart-mruknąłem usłyszawszy to co miał do powiedzenia. Oświadczył nam że musimy podołać kolejnemu testowi. Racja, nie byłoby to cokolwiek trudnego gdyby nie jeden, "malutki", szczegół. Ja i Rosalin mieliśmy współpracować. Spojrzałem na nią nienawistym spojrzeniem. Znienawidziłem ją już przy naszym pierwszym spotkaniu. Jej styl bycia, zachowanie...Doprawdy. Może i ma trochę "talentu", ale jak ktoś taki mógł zostać asasynem!? A no tak, zapomniałbym! Podczas gdy inni ciężko pracują by zdobyć swoją pozycje ona najzwyczajniej miała tyle szczęścia aby ją odziedziczyć. Za to też wręcz jej nie cierpię. Nigdy szczególnie nie zależało mi na byciu wspaniałym asasynem więc nie przemawia przeze mnie zazdrość. To po prostu niesprawiedliwe. Straszy z rady widząc moje spojrzenie wygłosił nam krótki wykład na temat tego dlaczego akurat my mamy współpracować. Jako członkowie klanu nie musimy się lubić jednak mimo wszystko gdybyśmy dostali wspólne zlecenie będziemy zmuszeni do pracy zespołowej, nasz klan słynie w końcu ze zgrania i tak dalej...Szczerze powiedziawszy rozumiem to, tyle że współpraca z nią jest prawie niemożliwa. Gdy starszy odszedł westchnąłem bezgłośnie.
-Zawrzemy tymczasowy sojusz?-spytaliśmy jednocześnie. Znów spojrzałem na nią zirytowany. Ona odwzajemniała to spojrzenie. Czy naprawdę musi aż tak się do mnie upodabniać? Nie wiem jaki ma w tym cel. I tak nigdy nie dorówna mojemu poziomowi. Nagle dziewczyna zaśmiała się.
-To raczej ty upodabniasz się do mnie!-zawołała. Ah no tak, to jej "czytanie w myślach". I jak tu znaleźć w niej cokolwiek mało denerwującego? Jeśli miałbym wymienić w niej jakąś zaletę byłaby tylko jedna: Jest osobą której zachowanie nigdy mnie nie znudzi. Zaklaskałem powolnie, sarkastycznie w dłonie.
-Brawo pani wiedźmo. Może powinni spalić cię na stosie?-spytałem z wrednym uśmieszkiem mimo faktu że to zwykły stereotyp. Gdyby tak nie było magowie nie mieliby prawa żyć. Tak samo jak jej charakter nigdy nie znuży mnie dogryzanie jej. Oczywiście znam umiar. W końcu nie mam zamiaru zniżać się do jej poziomu intelektualnego. Chwilę po tym zostaliśmy zwołani na zadanie.
Rosalin? Co dalej?
-To jakiś kiepski żart-mruknąłem usłyszawszy to co miał do powiedzenia. Oświadczył nam że musimy podołać kolejnemu testowi. Racja, nie byłoby to cokolwiek trudnego gdyby nie jeden, "malutki", szczegół. Ja i Rosalin mieliśmy współpracować. Spojrzałem na nią nienawistym spojrzeniem. Znienawidziłem ją już przy naszym pierwszym spotkaniu. Jej styl bycia, zachowanie...Doprawdy. Może i ma trochę "talentu", ale jak ktoś taki mógł zostać asasynem!? A no tak, zapomniałbym! Podczas gdy inni ciężko pracują by zdobyć swoją pozycje ona najzwyczajniej miała tyle szczęścia aby ją odziedziczyć. Za to też wręcz jej nie cierpię. Nigdy szczególnie nie zależało mi na byciu wspaniałym asasynem więc nie przemawia przeze mnie zazdrość. To po prostu niesprawiedliwe. Straszy z rady widząc moje spojrzenie wygłosił nam krótki wykład na temat tego dlaczego akurat my mamy współpracować. Jako członkowie klanu nie musimy się lubić jednak mimo wszystko gdybyśmy dostali wspólne zlecenie będziemy zmuszeni do pracy zespołowej, nasz klan słynie w końcu ze zgrania i tak dalej...Szczerze powiedziawszy rozumiem to, tyle że współpraca z nią jest prawie niemożliwa. Gdy starszy odszedł westchnąłem bezgłośnie.
-Zawrzemy tymczasowy sojusz?-spytaliśmy jednocześnie. Znów spojrzałem na nią zirytowany. Ona odwzajemniała to spojrzenie. Czy naprawdę musi aż tak się do mnie upodabniać? Nie wiem jaki ma w tym cel. I tak nigdy nie dorówna mojemu poziomowi. Nagle dziewczyna zaśmiała się.
-To raczej ty upodabniasz się do mnie!-zawołała. Ah no tak, to jej "czytanie w myślach". I jak tu znaleźć w niej cokolwiek mało denerwującego? Jeśli miałbym wymienić w niej jakąś zaletę byłaby tylko jedna: Jest osobą której zachowanie nigdy mnie nie znudzi. Zaklaskałem powolnie, sarkastycznie w dłonie.
-Brawo pani wiedźmo. Może powinni spalić cię na stosie?-spytałem z wrednym uśmieszkiem mimo faktu że to zwykły stereotyp. Gdyby tak nie było magowie nie mieliby prawa żyć. Tak samo jak jej charakter nigdy nie znuży mnie dogryzanie jej. Oczywiście znam umiar. W końcu nie mam zamiaru zniżać się do jej poziomu intelektualnego. Chwilę po tym zostaliśmy zwołani na zadanie.
Rosalin? Co dalej?
Profil Ezreal'a
Imię: Ezreal
Nazwisko: Fate
Wiek: 17 lat
Płeć: mężczyzna
Partner: Nie zainteresowany.
Staż: 0
Charakter: Na pierwszy rzut oka można śmiało stwierdzić że nie brakuje mu pewności siebie. Dość często wtrąca wiele uszczypliwych uwag. Posiada wielkie poczucie humoru i wręcz uwielbia irytować wrogów. Jeśli wybierze sobie jeden cel nie przestanie dążyć do zrealizowania go. Jest sprytny oraz inteligenty. Cechuje go także troskliwość której stara się nie okazywać. Choć zdaje się niewiniątkiem niech nikogo to nie zmyli. Jest świetnym aktorem i wręcz uwielbia ten dar wykorzystywać. W swoim wyobrażeniu jest on "tym złym" i wmawia sobie to. W rzeczywistości jednak częściej wygrywa jego dobra strona. Bardzo szybko zaczyna się nudzić. Zawsze szuka nowych przygód i odkryć. W jeden chwili z rozbawionego potrafi stać się śmiertelnie poważny jeśli wymaga tego sytuacja. Umie się postawić i nie da sobą pomiatać.
Historia: Od dziecka nie miał problemów. Narodził się wraz z bliźniaczką w zamożnej, szanowanej rodzinie. W ciągu upływu paru lat co chwila przybywało mu rodzeństwa jednak nie widział w tym żadnej różnicy. Czasem zdarzało mu się nawet mylić imiona swoich braci czy sióstr. Bardziej niż miłość rodziny interesował go świat nauki. Jako małe dziecko zagłębiając się w książki obiecał sobie że niegdyś zostanie sławnym uczonym. Co prawda po paru latach miał na to predyspozycje, jednak szybko uświadomił sobie coś. Taki styl życia byłby...Najzwyczajniej nudny. Nie podobało mu się samo przeglądnie książek. Chciał czegoś więcej. Chciał zobaczyć wszystkie te miejsca o których czytał. Ujrzeć je własnymi oczyma, a nie tylko w wyobrażeniach. Były to jednak póki co niewinne marzenia. Wszystko zmieniło się w wieku 12 lat. To właśnie wtedy dowiedział się o ucieczce z domu jednej z sióstr. Rzeczywiście zauważał że rodzeństwo nie raz wyśmiewało się z jej jedynego marzenia...Do dziś je pamięta. "Zostanie rycerzem". Według niego marzenie siostryczki także było absurdem. Jednak mimo tego potajemnie wierzył że być może kiedyś jej się uda. Dlatego też postanowił kompletnie nie wypowiadać się na ten temat i interesować własnymi sprawami. Każdy sądził, że Ezra niebawem wróci do domu. Nie nastąpiło to jednak przez długi czas. Kompletnie nie rozumiał jednego..Czemu twarz jego rodziców była tak bardzo obojętna? Była to ich córka...Czy naprawdę aż tak zhańbiła rodzinę żeby nie zwracać na nią uwagi? Czy może nawet więcej...Zapomnieć ją? Nie mógł tego zaakceptować. Wtedy wpadł na pomysł. Obiecał że osobiście ją odszuka. W wieku 13 lat wyruszył w drogę okłamując rodziców. Wmówił im że wyrusza aby zatrudnić się u jednego z sławnych uczonych. Tymczasem poszukiwał swojej siostry. Na marne jednak. Przy okazji jego podróży udało mu się wpaść raz na paru młodych asasynów którzy byli w poważnych tarapatach. Jako że posiadał broń i znał się trochę na tym postanowił im pomóc. W podzięce zaprowadzili go do swojego nauczyciela. Po opowiedzeniu całej historii ten zaproponował mu naukę u niego. Choć z początku wahał się wpadł na pomysł. Jako asasyn będzie miał więcej kontaktów i szybciej odnajdzie siostrę. Zgodził się więc. Dzięki ciężkiej pracy mimo młodego wieku szybko zyskał niesłychany szacunek. Dalej jednak pamięta jego główny cel...Znaleźć Ezre.
Klan: Umbra
Klasa: Assassin
Rodzaje broni: Zawsze chowa w płaszczu pokaźny komplet sztyletów którymi rzuca. Mimo tego jako główną broń umiłował sobie 2 ono kamy.
Transport: Cogtium
Towarzysz: Cogtium
Właściciel: Miriam1111
Zdjęcie:
Nazwisko: Fate
Wiek: 17 lat
Płeć: mężczyzna
Partner: Nie zainteresowany.
Staż: 0
Charakter: Na pierwszy rzut oka można śmiało stwierdzić że nie brakuje mu pewności siebie. Dość często wtrąca wiele uszczypliwych uwag. Posiada wielkie poczucie humoru i wręcz uwielbia irytować wrogów. Jeśli wybierze sobie jeden cel nie przestanie dążyć do zrealizowania go. Jest sprytny oraz inteligenty. Cechuje go także troskliwość której stara się nie okazywać. Choć zdaje się niewiniątkiem niech nikogo to nie zmyli. Jest świetnym aktorem i wręcz uwielbia ten dar wykorzystywać. W swoim wyobrażeniu jest on "tym złym" i wmawia sobie to. W rzeczywistości jednak częściej wygrywa jego dobra strona. Bardzo szybko zaczyna się nudzić. Zawsze szuka nowych przygód i odkryć. W jeden chwili z rozbawionego potrafi stać się śmiertelnie poważny jeśli wymaga tego sytuacja. Umie się postawić i nie da sobą pomiatać.
Historia: Od dziecka nie miał problemów. Narodził się wraz z bliźniaczką w zamożnej, szanowanej rodzinie. W ciągu upływu paru lat co chwila przybywało mu rodzeństwa jednak nie widział w tym żadnej różnicy. Czasem zdarzało mu się nawet mylić imiona swoich braci czy sióstr. Bardziej niż miłość rodziny interesował go świat nauki. Jako małe dziecko zagłębiając się w książki obiecał sobie że niegdyś zostanie sławnym uczonym. Co prawda po paru latach miał na to predyspozycje, jednak szybko uświadomił sobie coś. Taki styl życia byłby...Najzwyczajniej nudny. Nie podobało mu się samo przeglądnie książek. Chciał czegoś więcej. Chciał zobaczyć wszystkie te miejsca o których czytał. Ujrzeć je własnymi oczyma, a nie tylko w wyobrażeniach. Były to jednak póki co niewinne marzenia. Wszystko zmieniło się w wieku 12 lat. To właśnie wtedy dowiedział się o ucieczce z domu jednej z sióstr. Rzeczywiście zauważał że rodzeństwo nie raz wyśmiewało się z jej jedynego marzenia...Do dziś je pamięta. "Zostanie rycerzem". Według niego marzenie siostryczki także było absurdem. Jednak mimo tego potajemnie wierzył że być może kiedyś jej się uda. Dlatego też postanowił kompletnie nie wypowiadać się na ten temat i interesować własnymi sprawami. Każdy sądził, że Ezra niebawem wróci do domu. Nie nastąpiło to jednak przez długi czas. Kompletnie nie rozumiał jednego..Czemu twarz jego rodziców była tak bardzo obojętna? Była to ich córka...Czy naprawdę aż tak zhańbiła rodzinę żeby nie zwracać na nią uwagi? Czy może nawet więcej...Zapomnieć ją? Nie mógł tego zaakceptować. Wtedy wpadł na pomysł. Obiecał że osobiście ją odszuka. W wieku 13 lat wyruszył w drogę okłamując rodziców. Wmówił im że wyrusza aby zatrudnić się u jednego z sławnych uczonych. Tymczasem poszukiwał swojej siostry. Na marne jednak. Przy okazji jego podróży udało mu się wpaść raz na paru młodych asasynów którzy byli w poważnych tarapatach. Jako że posiadał broń i znał się trochę na tym postanowił im pomóc. W podzięce zaprowadzili go do swojego nauczyciela. Po opowiedzeniu całej historii ten zaproponował mu naukę u niego. Choć z początku wahał się wpadł na pomysł. Jako asasyn będzie miał więcej kontaktów i szybciej odnajdzie siostrę. Zgodził się więc. Dzięki ciężkiej pracy mimo młodego wieku szybko zyskał niesłychany szacunek. Dalej jednak pamięta jego główny cel...Znaleźć Ezre.
Klan: Umbra
Klasa: Assassin
Rodzaje broni: Zawsze chowa w płaszczu pokaźny komplet sztyletów którymi rzuca. Mimo tego jako główną broń umiłował sobie 2 ono kamy.
Transport: Cogtium
Towarzysz: Cogtium
Właściciel: Miriam1111
Zdjęcie:
Profil ducha Cogtium
Imię: Cogtium
Gatunek: Koń
Cechy charakterystyczne: Cogtium jest dostojnym, schludnym zwierzakiem. Jest niezwykle wytrzymały i szybki. Cechuje go także niezwykła lojalność w stosunku do swojego pana. Mimo na ogół wyniosłego charakteru jest niezwykle ciekawym koniem.
Właściciel: Ezreal Fate
Gatunek: Koń
Cechy charakterystyczne: Cogtium jest dostojnym, schludnym zwierzakiem. Jest niezwykle wytrzymały i szybki. Cechuje go także niezwykła lojalność w stosunku do swojego pana. Mimo na ogół wyniosłego charakteru jest niezwykle ciekawym koniem.
Właściciel: Ezreal Fate
piątek, 27 lutego 2015
Od Rosalin
Było tylu chłopaków, a ona rozpłakała się przez jednego! Jednego, rozumiecie?! Przytuliłam ją do siebie, nieco zaskakując. Akurat dla mnie jest to normalne. Czy ja się martwię?
- Już dobrze - stwierdziłam pocieszająco. Tak, ja się martwię. To jest najdziwniejsza noc tego stulecia. Ezra nie mogła przestać. Pomijając resztę tej pogiętej nocy... Za kilka dni Wielkie Zebranie! Będę musiała znów się spotkać z tą starą, irytującą, wypominającą, głupią kobietą! Po prostu świetnie!
Kilka dni później
Wszystko, co miało miejsce w trakcie balu, jakoś ucichło. Kończyłam pakować moje rzeczy na wyjazd. Nie zajęło to długo, bo nie było tego dużo. Zapakowałam rzeczy oraz siebie na Fumus'a. Ezra w zbroi stała obok mnie patrzyła się... Trudno określić jej sposób patrzenia w tamtym momencie. Powiedzmy, że przyglądała się mi z politowaniem.
- Nadal uważam, iż nie powinnaś tam jechać sama - stwierdziła swym suchym tonem.
- Spokojnie. Tam mam większy autorytet, niżeli tutaj - odparłam pewnie. Nie zważając na to, co mówi dalej, poleciałam w drogę. Niebo było czyste, niemal bezchmurne. Przede mną długa droga... Muszę przelecieć przez prawie całe Summer...
Trzy dni później
Nareszcie dotarłam! Jak się cieszę! Ruszyłam w stronę ogromnego budynku z cegły mieszczącego się w środku lasu. Przeciągnęłam się po długiej wyprawie, a Fumus i Kasai szli powoli za mną. Po kilku minutach byłam już na miejscu. Usłyszałam szelest w krzakach. Wyciągnęłam broń i odwróciłam się w tamtym kierunku.
- No proszę kogo my tu mamy? - spytał ze złośliwym uśmiechem chłopak. Jak ja go nienawidzę...
- Kto by pomyślał, że nie opuścisz tego spotkania, Ezreal! - odpowiedziałam złośliwie. Syknął zdenerwowany. Kim jest Ezreal? To osoba, której absolutnie nienawidzę. Od roku ma tak samo wysoką pozycję w klanie, co ja. Od jakiegoś roku ze sobą bez przerwy rywalizujemy. Po chwili z krzaków wyszła dziewczyna, niesamowicie podobna do Ezry... Chwila, czy to jest...
- Przerywając naszą wspaniałą rozmowę, kto to jest i czy przypadkiem nie ma na nazwisko Fate? - powiedziałam na jednym oddechu. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Tak, ma tak na nazwisko. To moja siostra, co cię to obchodzi? - zapytał podejrzliwie. Co?! TO jest brat Ezry?! Żartujecie sobie, prawda!? Prawda?!
- Żartujesz sobie?! TY jesteś jej bratem?! - krzyknęłam na cały głos.
- Co? Czyim bratem? - spytał zdezorientowany.
- Ezry! Jak wy mogliście zrobić jej coś takiego! Nie! Mam kolejny powód do nienawidzenia cię! - stwierdziłam i pobiegłam na spotkanie. Pierwsze, co rozpoczęło spotkanie? Oczywiście temat uczniów. Na środek wyszła młoda blondynka. Natychmiast zaczęły padać pytania o nią.
- Co z nią zrobimy? Wie, gdzie są nasze kryjówki... - mówił jeden.
- Należałoby wykonać egzekucję - uznała kobieta, której nie cierpię. Wszyscy się z nią zgodzili. Wstałam zirytowana z miejsce, a wszyscy w sali spojrzeli na mnie. Widziałam teczkę z jej umiejętnościami i uwagami na jej temat. Ma ogromny talent.
- Egzekucję!? Kto jej pozwolił decydować o tym czy kobiety zostają assassynkami?! Wszyscy wiedzą, że zaczęła tak oceniać od śmierci mojego ojca i mistrza oraz obwinia mnie za jego śmierć! Im dziewczyna jest bardziej podobna i ma większy talent, tym większa pewność, iż odrzuci tę dziewczynę! Powinna zostać przyjęta! - zdenerwowana wykrzyczałam na całą salę. Nastała cisza, a po chwili było słychać jakieś szepty. Ezreal wstał nagle z miejsca.
- Zgadzam się z nią - powiedział lekko obojętnym głosem. On się ze mną zgadza...? Z tym obojętnym tonem naprawdę przypominał Ezrę. - Czy serio ktokolwiek z tutaj obecnych sądzi, że ona nie ma zadatków ani predyspozycji by być assassynem? - dodał pytanie. Znów nastała głucha cisza. Było im głupio się odezwać. Chrząknęłam, zwracając na siebie uwagę.
- Wracając, najlepszym argumentem za tym, że zasługuje na bycie assassynką, jest zgoda moja wraz z Ezrealem. Wszyscy wiedzą jak złe relacje nas łączą - argumentowałam. Znów było słychać szepty "Przecież oni zawsze się kłócą... Coś musi być na rzeczy" i tego typu.
- W tej sytuacji, mamy dla ciebie propozycję - stwierdzili zgodnie. Spojrzałam na nich pytająco. - Weź ją na okres próbny. Jeśli się sprawdzi do następnego spotkania, przyjmiemy ją podczas następnego zebrania - oznajmili. Zgodziłam się. Pominę resztę zebrania, gdyż była nudna. Po jego zakończeniu, chłopak, z którym wiecznie się spieram, podszedł do mnie.
- Co wiesz o Ezrze? - zażądał wyjaśnień natychmiastowo.
- Mamy tego samego pana. Sprowadził mnie, bo jestem jej jedyną przyjaciółką. Precz ode mnie - powiedziałam na jego pytanie. Chciałam już odejść, ale zawołał nas ktoś z najważniejszych osób w naszej radzie. Wyjaśnił, że musimy współpracować, aby utrzymać nasze pozycje. To będzie ciekawe...
niedziela, 22 lutego 2015
Od Amy
Kolejna dziesiątka, a co za tym idzie? Kolejne smutne westchnienie Passer'a. Nie wiem o co mu może chodzić. Przecierz nie spudłowałam ani razu. W każdej z łuczniczych tarcz, na samym środku, widoczna była albo mała strzałka z miniaturowej kuszy, albo sztylecik. Uśmiechnęłam się smutno spoglądając na mały ostry przedmiot wbity w czerwone kółko na tarczy.
Odwróciłam się by spojrzeć w oczy nauczycielowi. Był w nich głęboki smutek. On pewnie też ma złe przeczucia.
-Cztery lata-uśmiechnął się, ale w jego oczach nie płonęły te wesołe ogniki co dziś na dachu-Cztery lata, a ja nadal nie rozumiem.
Skrzywił się. Nie spuszczałam z niego oczu. Nie musiałam pytać, sam mi to zaraz wytłumaczy. Na chwilę przestał krążyć po pomieszczeniu.
-Cztery lata, a ja nadal widzę to...-westchnął spuszczając głowę i wznowił swą bezsensowną wędrówkę po sali.
Żal było patrzeć na smutnego Wróbla. Również spuściłam głowę. Nie sądziłam, że aż tak przejmie się tym spotkaniem. Przez ten cały czas był dla mnie jak starszy brat. To dzięki niemu teraz żyję, jestem wolna...prawie wolna.
Podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu. Gdyby stanął obok czubek mojej głowy sięgał by niewiele ponad jego barki.
-Jutro zadecyduje o wszystkim-powiedział przyciszonym głosem schylając się lekko.
Przy tej odległości musiałabym zadzierać głowę do góry by spojrzeć mu w oczy, ale spuściłam ją.
-Czy...-zawahałam się-Czy...czy to już koniec na dzisiaj?-podniosłam na niego wzrok.
Przez chwilę milczał patrząc na mnie smutno. Zmarszczył brwi.
-Tak...Sciu...-westchnął.
Przez chwile jeszcze mnie tak trzymał po czym odsunął się i odszedł na drugą stronę sali.
Ruszyłam ku drzwiom. Otworzyłam je. Będąc już po drugiej stronie zajrzałam jeszcze raz do pomieszczenia. Passer przeczesywał palcami włosy, był zdołowany. Usiadł na koźle i...zamknęłam drzwi.
Dwóch młodszych assasynów, w tym Passer, otworzyło dwuczęściowe drzwi. Do pomieszczenia, dumnym krokiem wkroczyła wysoka kobieta. Twarz miała drobną, policzki wydatne, skórę pomarszczoną. Ale strój miała tradycyjny, właściwy asasynowi. Nie miała żadnych ozdóbek, nawet kolczyka. Emanowała z niej inteligencja, powaga, spokój i oczywiście surowość. Przypominała mi surowe mięso dinozaura.
Wszyscy tegoroczni stali obok siebie, pojedynczo. W odległości mniej więcej metra od siebie. Ku swojej uciesze, a jednocześnie obawie, byłam najbardziej wysuniętą, na prawo od niej, uczennicą.
Podeszła do stojącego najbardziej po lewej chłopaka. Wyjrzałam zza rudowłosej dziewczyny by zobaczyć co się dzieje.
Zmierzyła go uważnym wzrokiem. Przewodzący jego nauczaniu Asaassyn podszedł do niech i podał jej kartkę. najpewniej były tam zapisane wszelkie uwagi dotyczące jego edukacji. Kobieta bez słowa przebiegła wzrokiem po kartce po czym rozpoczęła oględziny jego barków i ,,kaloryfera".
Salmo uchodził za najsilniejszego z nas. Świetnie też szło mu z szermierką, miał za to fatalnego cela.
Ku mojej uldze pokiwała głową. Lubiłam Salmo, nie był może zbyt inteligentny, ani bystry, ale dobry był z niego kolega i godny przeciwnik podczas wspólnych treningów.
Dalej poszło już gładko. Wielu przepuściła, wielu z pomarszczonym czołem odtrąciła ku rozczarowaniu uczniów i mentorów. Co raz bardziej się denerwowałam.
Kiedy doszła do rudej ta zarumieniła się. Zmartwiłam się widząc jak dziewczyna trzęsie się ze strachu. Stanowczo pokręciła głową. Wyraz twarzy dziewczyny był dziwny. Spuściła głowę, jej twarz wykrzywił dziwaczny grymas, z oczu popłynęły łzy. Pytanie tylko czy smutku czy też szczęścia.
Za zamyślenia wyrwało mnie głośnie chrząknięcie. Spojrzałam na nią, szybko jednak spuściłam głowę. Patrzyła na mnie bardzo surowym wzrokiem. Passer podszedł i podał jej wyjątkowo grubą teczkę. Wyraz twarzy kobiety stał się jeszcze bardziej krytykujący. Po raz pierwszy pod czas całego spotkania odezwała się.
-Sciurus-skrzywiła się. Jej głos był beznamiętny i dziwnie przerażający, nie mówiła głośno, ale i tak wszyscy na pewno dobrze ją słyszeli-Mistrzyni kuszy i wicemistrzyni szermierki.
To dało mi nikłą nadzieję, którą niestety szybko i brutalnie mi odebrała. O mało z resztą nie doprowadzając do płaczu.
-Mała Sciurus wyciągnięta przez Passer'a ze slumsów-jej głos był ,,słodki", prawie jakby mi współczuła- Mała Sciurus, która opuściła swą rodzinę i pobratymców pod murami Heat-słyszałam jak upada teczka podana jej przez Wróbla-Mała Sciurus-pochyliła się opierając się dłońmi o kolana i patrząc na mnie z dołu by spojrzeć mi w oczy-płakała chociaż za tatusiem? Za mamusią?
Zacisnęłam wargi w cienkie szparki. Powstrzymywałam się zarówno od płaczu jak i od wycięcia jej serca, którego najprawdopodobniej i tak nie posiadała.
Kobieta wyprostowała się. Poczułam jak wbija mi palec w brzuch, napotkała opór, dotknęła ramienia, opór. Wyraźnie irytowało ją, że nie może znaleźć czegoś czego mogłaby się przyczepić. W końcu jednak coś znalazła.
-Figura-mruknęła.
Podniosłam wzrok, zamrugałam lekko zaskoczona. Widząc mój wyraz twarzy uśmiechnęła się jadowicie.
-Naprawdę?-zwróciła się do stojącego z tyłu Passer'a-Było ją dać do alfonsa-jej głos był co raz bardziej kpiący-Względnie...
Alfonsowi? Za kogo się ta jędza uważa?!Nie dałam jej dokończyć.
-Naprawdę?-powiedziałam głosem z udaną nadzieją-Naprawdę tak pani myśli?-spojrzałam jej w oczy-Tak...ale pani do by już nie przyjął.
W jej oczach zapłonęły ogniki. Usłyszałam szmery. Wokół słyszalne były szepty.
-Hmm-zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem-Właśnie zamknęłaś sobie drogę do świetlanej przyszłości, Sciuris ze slumsów.
Długo patrzyła mi w oczy. Nie zamierzałam ich spuszczać wzroku. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczułam do kogoś nienawiść.
~Wypatroszę cię-pomyślałam-Poodcinam ci po kolei palce, wydłubie oczy-zmrużyłam oczy Wypatroszę jak świnię, którą jesteś.
Odwróciłam się by spojrzeć w oczy nauczycielowi. Był w nich głęboki smutek. On pewnie też ma złe przeczucia.
-Cztery lata-uśmiechnął się, ale w jego oczach nie płonęły te wesołe ogniki co dziś na dachu-Cztery lata, a ja nadal nie rozumiem.
Skrzywił się. Nie spuszczałam z niego oczu. Nie musiałam pytać, sam mi to zaraz wytłumaczy. Na chwilę przestał krążyć po pomieszczeniu.
-Cztery lata, a ja nadal widzę to...-westchnął spuszczając głowę i wznowił swą bezsensowną wędrówkę po sali.
Żal było patrzeć na smutnego Wróbla. Również spuściłam głowę. Nie sądziłam, że aż tak przejmie się tym spotkaniem. Przez ten cały czas był dla mnie jak starszy brat. To dzięki niemu teraz żyję, jestem wolna...prawie wolna.
Podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu. Gdyby stanął obok czubek mojej głowy sięgał by niewiele ponad jego barki.
-Jutro zadecyduje o wszystkim-powiedział przyciszonym głosem schylając się lekko.
Przy tej odległości musiałabym zadzierać głowę do góry by spojrzeć mu w oczy, ale spuściłam ją.
-Czy...-zawahałam się-Czy...czy to już koniec na dzisiaj?-podniosłam na niego wzrok.
Przez chwilę milczał patrząc na mnie smutno. Zmarszczył brwi.
-Tak...Sciu...-westchnął.
Przez chwile jeszcze mnie tak trzymał po czym odsunął się i odszedł na drugą stronę sali.
Ruszyłam ku drzwiom. Otworzyłam je. Będąc już po drugiej stronie zajrzałam jeszcze raz do pomieszczenia. Passer przeczesywał palcami włosy, był zdołowany. Usiadł na koźle i...zamknęłam drzwi.
Dwóch młodszych assasynów, w tym Passer, otworzyło dwuczęściowe drzwi. Do pomieszczenia, dumnym krokiem wkroczyła wysoka kobieta. Twarz miała drobną, policzki wydatne, skórę pomarszczoną. Ale strój miała tradycyjny, właściwy asasynowi. Nie miała żadnych ozdóbek, nawet kolczyka. Emanowała z niej inteligencja, powaga, spokój i oczywiście surowość. Przypominała mi surowe mięso dinozaura.
Wszyscy tegoroczni stali obok siebie, pojedynczo. W odległości mniej więcej metra od siebie. Ku swojej uciesze, a jednocześnie obawie, byłam najbardziej wysuniętą, na prawo od niej, uczennicą.
Podeszła do stojącego najbardziej po lewej chłopaka. Wyjrzałam zza rudowłosej dziewczyny by zobaczyć co się dzieje.
Zmierzyła go uważnym wzrokiem. Przewodzący jego nauczaniu Asaassyn podszedł do niech i podał jej kartkę. najpewniej były tam zapisane wszelkie uwagi dotyczące jego edukacji. Kobieta bez słowa przebiegła wzrokiem po kartce po czym rozpoczęła oględziny jego barków i ,,kaloryfera".
Salmo uchodził za najsilniejszego z nas. Świetnie też szło mu z szermierką, miał za to fatalnego cela.
Ku mojej uldze pokiwała głową. Lubiłam Salmo, nie był może zbyt inteligentny, ani bystry, ale dobry był z niego kolega i godny przeciwnik podczas wspólnych treningów.
Dalej poszło już gładko. Wielu przepuściła, wielu z pomarszczonym czołem odtrąciła ku rozczarowaniu uczniów i mentorów. Co raz bardziej się denerwowałam.
Kiedy doszła do rudej ta zarumieniła się. Zmartwiłam się widząc jak dziewczyna trzęsie się ze strachu. Stanowczo pokręciła głową. Wyraz twarzy dziewczyny był dziwny. Spuściła głowę, jej twarz wykrzywił dziwaczny grymas, z oczu popłynęły łzy. Pytanie tylko czy smutku czy też szczęścia.
Za zamyślenia wyrwało mnie głośnie chrząknięcie. Spojrzałam na nią, szybko jednak spuściłam głowę. Patrzyła na mnie bardzo surowym wzrokiem. Passer podszedł i podał jej wyjątkowo grubą teczkę. Wyraz twarzy kobiety stał się jeszcze bardziej krytykujący. Po raz pierwszy pod czas całego spotkania odezwała się.
-Sciurus-skrzywiła się. Jej głos był beznamiętny i dziwnie przerażający, nie mówiła głośno, ale i tak wszyscy na pewno dobrze ją słyszeli-Mistrzyni kuszy i wicemistrzyni szermierki.
To dało mi nikłą nadzieję, którą niestety szybko i brutalnie mi odebrała. O mało z resztą nie doprowadzając do płaczu.
-Mała Sciurus wyciągnięta przez Passer'a ze slumsów-jej głos był ,,słodki", prawie jakby mi współczuła- Mała Sciurus, która opuściła swą rodzinę i pobratymców pod murami Heat-słyszałam jak upada teczka podana jej przez Wróbla-Mała Sciurus-pochyliła się opierając się dłońmi o kolana i patrząc na mnie z dołu by spojrzeć mi w oczy-płakała chociaż za tatusiem? Za mamusią?
Zacisnęłam wargi w cienkie szparki. Powstrzymywałam się zarówno od płaczu jak i od wycięcia jej serca, którego najprawdopodobniej i tak nie posiadała.
Kobieta wyprostowała się. Poczułam jak wbija mi palec w brzuch, napotkała opór, dotknęła ramienia, opór. Wyraźnie irytowało ją, że nie może znaleźć czegoś czego mogłaby się przyczepić. W końcu jednak coś znalazła.
-Figura-mruknęła.
Podniosłam wzrok, zamrugałam lekko zaskoczona. Widząc mój wyraz twarzy uśmiechnęła się jadowicie.
-Naprawdę?-zwróciła się do stojącego z tyłu Passer'a-Było ją dać do alfonsa-jej głos był co raz bardziej kpiący-Względnie...
Alfonsowi? Za kogo się ta jędza uważa?!Nie dałam jej dokończyć.
-Naprawdę?-powiedziałam głosem z udaną nadzieją-Naprawdę tak pani myśli?-spojrzałam jej w oczy-Tak...ale pani do by już nie przyjął.
W jej oczach zapłonęły ogniki. Usłyszałam szmery. Wokół słyszalne były szepty.
-Hmm-zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem-Właśnie zamknęłaś sobie drogę do świetlanej przyszłości, Sciuris ze slumsów.
Długo patrzyła mi w oczy. Nie zamierzałam ich spuszczać wzroku. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczułam do kogoś nienawiść.
~Wypatroszę cię-pomyślałam-Poodcinam ci po kolei palce, wydłubie oczy-zmrużyłam oczy Wypatroszę jak świnię, którą jesteś.
Od Ezry
Nie wiem co we mnie wstąpiło. Czułam się zupełnie jakbym...Nie była sobą. I tak też się zachowywałam. W jednym momencie zapomniałam o dostojnej postawie, wyniosłym stylu mówienia, poważnej minie. Zupełnie jakbym za każdym razem nakładała na siebie bezuczuciową maskę, a teraz upuściła ją i zgubiła. Twarz mężczyzny stojącego na przeciw mnie zdawała się dziwnie znajoma, a zarazem niepokojąco obca. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Patrzyłam z uwagą na każdy detal. Ta twarz była...Idealna. Do rzeczywistości przywołał mnie znajomy głos. Wtedy też dotarło do mnie imię osoby stojącej przede mną. Rei...To jego spotkałyśmy parę dni wcześniej. Wszystko stało się jasne. To dlatego kojarzyłam jego twarz. Nim się spostrzegłam Fidus postanowił skoczyć ku niemu i już po chwili chłopak znalazł się w wodzie. Nagle w okolicy zabrzmiał cichy chichot. Z pewnością nie była to Rosalin, a tym bardziej Rei...Więc kto był osobą o takiej barwie śmiechu? Spojrzałam na Rosalin która które od razu zbladła. Ona także patrzyła na mnie. Czy to możliwe, że...Zatkałam jedną ręką swoje usta, a śmiech od razu ucichł. To...To niedopuszczalne! Jak mogłam pozwolić sobie na śmiech!? Powoli zapominam kim jestem! Rzeczywiście przez chwilę poczułam się tak...Beztrosko. Pomyśleć że chwilowo zdawało mi się nawet że Rei jest...Nie, nie! Nie mogę sobie zaprzątać myśli takimi rzeczami. Są one zupełnie nieistotne. Szybko i nerwowo podniosłam się. -Wybaczcie, ale...Muszę iść-powiedziałam pewniej, jednak dalej cicho. Następnie odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Fidus natychmiastowo pognał za mną. Teraz jednak nie to było istotne. Zimny wiatr Nie mogłam zrozumieć całej tej sytuacji. Dotychczas myślałam że w moim życiu wszystko mi odpowiada. Dzisiejszego wieczoru poczułam jednak że jest inaczej. Zupełnie jakbym...Od początku życia miała jeden cel, a dopiero podczas realizacji go poczuła, iż czegoś jednak mi brakuje. Wróciłam do rzeczywistości gdy poczułam czyjąś dłoń ściskającą mój nadgarstek i równocześnie uniemożliwiającą mi ruch. Szybko obróciłam głowę w tył. Przede mną stała Rosalin. Na jej twarzy widoczne było równoczesne zdziwienie oraz lekki zmartwienie. Otwarła usta jednak powstrzymała się od wypowiedzenia czegokolwiek jakby zastanawiała się co powiedzieć. Stałyśmy tak przez chwilę w kompletnym bez ruchu.
-Ezra...Wszystko w porządku?-spytała po dłuższej chwili ciszy. Choć często traktuje ją jakby była tylko i wyłącznie moim problem w rzeczywistości wiele dla mnie znaczy. W końcu była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką....I to od wielu lat. Ona jako jedyna akceptowała moje ambicje i nie wyśmiewała mnie.
-Wszystko jest dob...-zaczęłam mówić jednak w połowie mój głos się załamał. Poczułam dziwne duszenie w gardle. Mogłam jedynie ruszać bez sensu ustami nie wymawiając przy tym ani jednego słowa. Na policzkach poczułam coś wilgotnego. Przecierając delikatnie twarz spostrzegłam, że na moich dłoniach zostają przeźroczyste krople wody. To były łzy...Po raz pierwszy czułam się zupełnie bezradnie. Musiałam wyglądać żałośnie...Słabo. Tak nie zachowuje się rycerz...
Rosalin?
-Ezra...Wszystko w porządku?-spytała po dłuższej chwili ciszy. Choć często traktuje ją jakby była tylko i wyłącznie moim problem w rzeczywistości wiele dla mnie znaczy. W końcu była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką....I to od wielu lat. Ona jako jedyna akceptowała moje ambicje i nie wyśmiewała mnie.
-Wszystko jest dob...-zaczęłam mówić jednak w połowie mój głos się załamał. Poczułam dziwne duszenie w gardle. Mogłam jedynie ruszać bez sensu ustami nie wymawiając przy tym ani jednego słowa. Na policzkach poczułam coś wilgotnego. Przecierając delikatnie twarz spostrzegłam, że na moich dłoniach zostają przeźroczyste krople wody. To były łzy...Po raz pierwszy czułam się zupełnie bezradnie. Musiałam wyglądać żałośnie...Słabo. Tak nie zachowuje się rycerz...
Rosalin?
sobota, 21 lutego 2015
Od Appalosy
Obudziłam się dość wcześnie. Leżałam na plecach i
wpatrywałam się w sufit. Po dobrych 5 minutach, uznałam, że warto by było
wstać. Halcon zapewne czeka. Wyjęłam coś z szuflady i poszłam do łazienki. Zahaczyłam o kuchnię. Szybko zjadłam i
wybiegłam z domu prosto do stajni. Dałam koniowi śniadanie, a zaraz po tym
ruszyłam po szczotki i ogłowie. Odłożyłam wszystko na bok, i usiadłam na snopku siana w oczekiwaniu, aż Halcon skończy. Oparłam się o ścianę boksu. Dało się słyszeć jedynie przeżuwanie. Wstałam, otrzepałam się i spojrzałam na konia. Wzięłam do ręki szczotki, weszłam do boksu i zaczęłam czyścić. Szybkim ruchem zarzuciłam ogłowie na jego łeb i wyprowadziłam. Wsiadłam, a potem spokojnie pojechaliśmy w stronę miasta. Uznałam, że dziś dla odmiany pojadę do lasu. Skierowałam konia w tamtą stronę i ruszyłam szybszym tempem. Gdy już wjechaliśmy zauważyłam, że na drzewie widnieje jakaś kartka. Podjechałam bliżej. Pisało tam, że jakaś dziewczynka z sierocińca się zgubiła... Miała dość długie, ciemne włosy i jasną cerę. Oczy były duże, ciemno szare. Pisało też, że miała dwa lata. Pomyślałam sobie, że mogła bym ją spróbować znaleźć. Sprowadziłam konia na ścieżkę, a sama zaczęłam myśleć. Gdzie by poszło dwuletnie dziecko. Głupie pytanie! Wszędzie. Kiedy już wybudziłam się z zamyślenia, spostrzegłam, że właśnie wyjeżdżam z lasu. Zawróciłam, a następnie skręciłam w głąb lasu. Usłyszałam jakieś szelesty. Zwróciłam Halcona w stronę dźwięku. Koń szedł opornie i powoli.
- Ach! - Krzyknęłam. Nagle niespodziewanie znalazłam się na ziemi. Halcon potknął się o wystającą gałąź. Podniósł się. Ja tak samo, otrzepałam się z liści i podeszłam, aby obejrzeć mu nogę. Na szczęście wszystko było w porządku. Poprowadziłam konia do kamienia, który leżał na ziemi. Był spory, więc weszłam na niego, a następnie odbiłam się i wskoczyłam na grzbiet rumaka. Ten cicho zarżał. Ruszyliśmy dalej. Zauważyłam dwie postacie. Białowłosą, wysoką dziewczynę, i małe dziecko z ciemnymi włosami. Zdałam sobie sprawę, że to dziecko z ogłoszenia! Ruszyłam szybszym tempem, i zatrzymałam konia obok dziewczyny.
- Coś się stało? - Spytała nadal patrząc przed siebie. Cały czas szła.
- Emm... W sumie, to nic. Ja tylko chciałam... - ...I nie dokończyłam.
- Skoro nic, to równie dobrze byś mogła jechać dalej - Odpowiedziała jakby ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Nazywam się Appalosa. Appalosa Plains. A ty?
- Qui Loquitur - odpowiedziała
- Dobrze wiedzieć. - Burknęłam pod nosem.
- Co tam mruczysz? - Spytała z irytacją.
- Nic, nie ważne. To ta dziewczynka z ogłoszenia, prawda?
- Zgadza się.
- Nie odprowadzisz jej może do sierocińca? - Spytałam z ironią w głosie
- Miałam zamiar ją wyprowadzić z lasu.
- Mhm...
- Jeśli ci tak bardzo na niej zależy, to możesz ją wziąć. - Stanęła przodem do mnie, a dziecko postawiła przed sobą. Zsiadłam z konia, przytrzymałam wodze i wzięłam małą za rękę. Dziewczyna poszła dalej, a ja ruszyłam w stronę sierocińca. Gdy już doszłam... Nagle mała wyrwała mi się z ręki. Przez ten ułamek sekundy nie wiedziałam co się stało. Obróciłam się, a ona zafascynowana biegała za ognikami. Uderzyłam się w czoło i ruszyłam za nią. Gdy ją dogoniłam, tamta dziewczyna, emm... Qui Loquitur...Tak... Trzymała już ją za rękę.
- Trudno ci utrzymać dziecko? Dobrze, że chociaż koń ci nie uciekł.
- Nie, nie trudno. Po prostu... Wyrwała mi się. - Odpowiedziałam lekko zakłopotana. Usłyszałam jedynie westchnienie.
Co dalej Qui?
- Ach! - Krzyknęłam. Nagle niespodziewanie znalazłam się na ziemi. Halcon potknął się o wystającą gałąź. Podniósł się. Ja tak samo, otrzepałam się z liści i podeszłam, aby obejrzeć mu nogę. Na szczęście wszystko było w porządku. Poprowadziłam konia do kamienia, który leżał na ziemi. Był spory, więc weszłam na niego, a następnie odbiłam się i wskoczyłam na grzbiet rumaka. Ten cicho zarżał. Ruszyliśmy dalej. Zauważyłam dwie postacie. Białowłosą, wysoką dziewczynę, i małe dziecko z ciemnymi włosami. Zdałam sobie sprawę, że to dziecko z ogłoszenia! Ruszyłam szybszym tempem, i zatrzymałam konia obok dziewczyny.
- Coś się stało? - Spytała nadal patrząc przed siebie. Cały czas szła.
- Emm... W sumie, to nic. Ja tylko chciałam... - ...I nie dokończyłam.
- Skoro nic, to równie dobrze byś mogła jechać dalej - Odpowiedziała jakby ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Nazywam się Appalosa. Appalosa Plains. A ty?
- Qui Loquitur - odpowiedziała
- Dobrze wiedzieć. - Burknęłam pod nosem.
- Co tam mruczysz? - Spytała z irytacją.
- Nic, nie ważne. To ta dziewczynka z ogłoszenia, prawda?
- Zgadza się.
- Nie odprowadzisz jej może do sierocińca? - Spytałam z ironią w głosie
- Miałam zamiar ją wyprowadzić z lasu.
- Mhm...
- Jeśli ci tak bardzo na niej zależy, to możesz ją wziąć. - Stanęła przodem do mnie, a dziecko postawiła przed sobą. Zsiadłam z konia, przytrzymałam wodze i wzięłam małą za rękę. Dziewczyna poszła dalej, a ja ruszyłam w stronę sierocińca. Gdy już doszłam... Nagle mała wyrwała mi się z ręki. Przez ten ułamek sekundy nie wiedziałam co się stało. Obróciłam się, a ona zafascynowana biegała za ognikami. Uderzyłam się w czoło i ruszyłam za nią. Gdy ją dogoniłam, tamta dziewczyna, emm... Qui Loquitur...Tak... Trzymała już ją za rękę.
- Trudno ci utrzymać dziecko? Dobrze, że chociaż koń ci nie uciekł.
- Nie, nie trudno. Po prostu... Wyrwała mi się. - Odpowiedziałam lekko zakłopotana. Usłyszałam jedynie westchnienie.
Co dalej Qui?
Od Amy
Ze znudzona miną oparłam się o ceglany komin. Przerzuciłam lewą nogę na drugą stronę spadzistego dachu siadając na nim okrakiem. Wzdychając głośno wsadziłam obie ręce za głowę, wcześniej solidnie się przeciągając.
-Widzę, że naprawdę ci się nudzi-powiedział Wróbel przypatrując mi się z rosnącym rozbawieniem.
Popołudniowe słońce oślepiło mnie zmuszając do zmrużenia oczu. Zasłoniłam je ręką.
-Nie masz ciekawszych zajęć?-spytałam rzucając mu znaczące spojrzenie-O wiele łatwiej byłoby się skupić.
-To ty się skupiasz?!-udał zaskoczenie-Och bardzo przepraszam jaśnie panią. Pragnę jednak zwrócić uwagę iż pani cel właśnie się zjawił-To powiedziawszy wykonał płynny ruch ręką wskazując na odzianego w bogato zdobiony,zielony płaszcz mężczyznę.
-Kolejny szlachcic-mruknęłam-Tego nie będzie mi żal.
Chwyciłam leżącą pomiędzy nami kuszę i przypięłam do spodniej części prawego przed ramienia. Napięłam. Przykucnęłam, wystawiłam rękę przed siebie. Chwilę pomierzyłam z policzkiem przyciśniętym do ramienia po czym, przyciskając mały przycisk umieszczony tak by można było to zrobić bez używania lewej ręki, posłałam strzałę w powietrze. Obiekt gładko wbił się w boczną część gardła szlachcica.
Kiedy ten upadał ja ześlizgiwałam się po drugiej stronie dachu. Zeskoczyłam z niego lądując na grzbiecie konia.
Zdążyliśmy już oddalić się od miejsca zbrodni okryci czarnymi płaszczami z kapturem.
-Ładny strzał Sciurus-mruknął, czuć było tu sporo kpiny- Przyczepić się mogą tylko jednej rzeczy.
Westchnęłam.
-Co tym razem panu nie odpowiada?-spytałam unosząc ręce ku niebu.
Zaśmiał się głośno. Widocznie rozbawiło go, że nadal nie zauważyłam swojej pomyłki. Wytarł oczy. Co ja zrobiłam takiego, żeby go aż do płaczu doprowadzić?
Kiedy dostrzegł zdziwienie malujące się na twarzy ponownie wybuchnął. Poczułam jak rośnie we mnie irytacja. Zachowałam jednak milczenie wiedząc, że dopytując tylko pogorszę sytuację.
-Nie ten koń!-palnął śmiejąc się jeszcze głośniej.
Osłupiałam. Spojrzałam na konia. Był bułany. Strzeliłam się w czoło. Zatrzymałam klacz i zeszłam z siodła.
-Złaź!-mój głos nie był głośny, ale zdecydowanie rozkazujący, nieznoszący sprzeciwu.
-Nie mogę-powiedział robiąc poważną minę i wydymając wargi- To by było oszustwo!Mentor musi wiedzieć o tym na czym się potknęłaś, aby to skorygować-to powiedziawszy uśmiechnął się szelmowsko.
Zmarszczyłam brwi.
-W takim razie mu powiesz, ale oddaj mi Takan'a.
Chłopak zarechotał po czym zeskoczył z ogiera. Podałam mu wodzę Vanilli. Passer wspiął się na swą ukochaną kobyłę.
-Brakowało mi cię Vanillo-powiedział poklepując klacz po zadzie-Ten twój jest strasznie niewygodny.
Prychnęłam.
Usiadłam na twardym łóżku w swojej kwaterze. Głośno wypuściłam powietrze. Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że aż tak mi się oberwie za tego nieszczęsnego konia.
A do tego mam jeszcze dzisiaj sporo roboty. Nie jestem jeszcze formalnie asasynem, tylko otrzymałam zezwolenie na wykonywanie zleceń...oczywiście pod nadzorem. Oczywiście to Passer zgłosił się na ochotnika. Wciąż jestem klasyfikowana do kategorii ,,uczeń", czy coś koło tego. Większość uczących mnie asasynów jest zgodna co do tego, że jestem już prawie gotowa, ale nie mogą uznać mnie za jedną z nich dopóki wniosku o przyjęcie nie zatwierdzi jeden z bardziej wpływowych członków klanu. Jutro miało być spotkanie z pewną kobietą o niezbyt dobrej sławie. Słynęła ze swej surowości wobec dziewczyn chcących zostać asasynami. Dziwiło to większość nowicjuszy bo sama kiedyś była na ich miejscu.
Obecnie stacjonowała w poza Summer, ale parę dni temu wróciła by ocenić wszystkich pretendentów.
~To koniec-pomyślałam spuszczając głowę-Za chińskiego boga mnie nie przyjmie.
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.
-Proszę-zawołałam podnosząc głowę.
Drzwi otworzyły się, wyszła z nich młoda, rudowłosa dziewczyna. Znałam ją głównie z widzenia, miała pokój obok mojego.
-Wróbel chce się z tobą widzieć Sciurus-powiedziała jak zwykle przyciszonym głosem.
Nigdy nie rozumiałam dlaczego tak się wszystkiego boi i wstydzi. Jak ona zamierza zostać asasynem?
-Gdzie?-spytałam wstając.
-N-na sali-wydukała,
W drodze do podziemnej sali treningowej rozmyślałam nad tym dlaczego ta dziewczyna tak się zachowuje. Zdaje się bać nawet mnie. Może ona wcale nie chce zostać asasynem? Może boi się zabijania?
Otrząsnęłam się z zamyślenia czując ból głowy. Przywaliłam w drzwi. Padłam na plecy.
-Sciurus?
Podniosłam się. Przede mną stał Pardus, ktoś na tyle ważny by by zaczerwienić się jak burak...przynajmniej jak burak.
-Co robiłaś na podłodze?-spytał patrząc jak otrzepuję ubranie z kurzu.
Zesztywniałam.
~Czy w ogóle warto odpowiadać?-spytałam sama siebie.
Jak zwykle spanikowałam w obecności Pardus'a. Miał zbyt duży wpływ na moją przyszłość. Jeśli nie zdam testu to...nie wiem co ze mną zrobi...znam położenie siedziby Ignis...Właśnie...co oni robią z tymi, którzy nie zdadzą.
Wyminął mnie. Głośno wypuściłam powietrze.
-Sciurus?-znowu zostałam nazwana wiewiórką.
-Mógłbyś czasem użyć mojego imienia...-westchnęłam-To chyba nie trudne!
Zasępił się. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
-A mogłabyś mi je przypomnieć?
-Widzę, że naprawdę ci się nudzi-powiedział Wróbel przypatrując mi się z rosnącym rozbawieniem.
Popołudniowe słońce oślepiło mnie zmuszając do zmrużenia oczu. Zasłoniłam je ręką.
-Nie masz ciekawszych zajęć?-spytałam rzucając mu znaczące spojrzenie-O wiele łatwiej byłoby się skupić.
-To ty się skupiasz?!-udał zaskoczenie-Och bardzo przepraszam jaśnie panią. Pragnę jednak zwrócić uwagę iż pani cel właśnie się zjawił-To powiedziawszy wykonał płynny ruch ręką wskazując na odzianego w bogato zdobiony,zielony płaszcz mężczyznę.
-Kolejny szlachcic-mruknęłam-Tego nie będzie mi żal.
Chwyciłam leżącą pomiędzy nami kuszę i przypięłam do spodniej części prawego przed ramienia. Napięłam. Przykucnęłam, wystawiłam rękę przed siebie. Chwilę pomierzyłam z policzkiem przyciśniętym do ramienia po czym, przyciskając mały przycisk umieszczony tak by można było to zrobić bez używania lewej ręki, posłałam strzałę w powietrze. Obiekt gładko wbił się w boczną część gardła szlachcica.
Kiedy ten upadał ja ześlizgiwałam się po drugiej stronie dachu. Zeskoczyłam z niego lądując na grzbiecie konia.
Zdążyliśmy już oddalić się od miejsca zbrodni okryci czarnymi płaszczami z kapturem.
-Ładny strzał Sciurus-mruknął, czuć było tu sporo kpiny- Przyczepić się mogą tylko jednej rzeczy.
Westchnęłam.
-Co tym razem panu nie odpowiada?-spytałam unosząc ręce ku niebu.
Zaśmiał się głośno. Widocznie rozbawiło go, że nadal nie zauważyłam swojej pomyłki. Wytarł oczy. Co ja zrobiłam takiego, żeby go aż do płaczu doprowadzić?
Kiedy dostrzegł zdziwienie malujące się na twarzy ponownie wybuchnął. Poczułam jak rośnie we mnie irytacja. Zachowałam jednak milczenie wiedząc, że dopytując tylko pogorszę sytuację.
-Nie ten koń!-palnął śmiejąc się jeszcze głośniej.
Osłupiałam. Spojrzałam na konia. Był bułany. Strzeliłam się w czoło. Zatrzymałam klacz i zeszłam z siodła.
-Złaź!-mój głos nie był głośny, ale zdecydowanie rozkazujący, nieznoszący sprzeciwu.
-Nie mogę-powiedział robiąc poważną minę i wydymając wargi- To by było oszustwo!Mentor musi wiedzieć o tym na czym się potknęłaś, aby to skorygować-to powiedziawszy uśmiechnął się szelmowsko.
Zmarszczyłam brwi.
-W takim razie mu powiesz, ale oddaj mi Takan'a.
Chłopak zarechotał po czym zeskoczył z ogiera. Podałam mu wodzę Vanilli. Passer wspiął się na swą ukochaną kobyłę.
-Brakowało mi cię Vanillo-powiedział poklepując klacz po zadzie-Ten twój jest strasznie niewygodny.
Prychnęłam.
Usiadłam na twardym łóżku w swojej kwaterze. Głośno wypuściłam powietrze. Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że aż tak mi się oberwie za tego nieszczęsnego konia.
A do tego mam jeszcze dzisiaj sporo roboty. Nie jestem jeszcze formalnie asasynem, tylko otrzymałam zezwolenie na wykonywanie zleceń...oczywiście pod nadzorem. Oczywiście to Passer zgłosił się na ochotnika. Wciąż jestem klasyfikowana do kategorii ,,uczeń", czy coś koło tego. Większość uczących mnie asasynów jest zgodna co do tego, że jestem już prawie gotowa, ale nie mogą uznać mnie za jedną z nich dopóki wniosku o przyjęcie nie zatwierdzi jeden z bardziej wpływowych członków klanu. Jutro miało być spotkanie z pewną kobietą o niezbyt dobrej sławie. Słynęła ze swej surowości wobec dziewczyn chcących zostać asasynami. Dziwiło to większość nowicjuszy bo sama kiedyś była na ich miejscu.
Obecnie stacjonowała w poza Summer, ale parę dni temu wróciła by ocenić wszystkich pretendentów.
~To koniec-pomyślałam spuszczając głowę-Za chińskiego boga mnie nie przyjmie.
Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.
-Proszę-zawołałam podnosząc głowę.
Drzwi otworzyły się, wyszła z nich młoda, rudowłosa dziewczyna. Znałam ją głównie z widzenia, miała pokój obok mojego.
-Wróbel chce się z tobą widzieć Sciurus-powiedziała jak zwykle przyciszonym głosem.
Nigdy nie rozumiałam dlaczego tak się wszystkiego boi i wstydzi. Jak ona zamierza zostać asasynem?
-Gdzie?-spytałam wstając.
-N-na sali-wydukała,
W drodze do podziemnej sali treningowej rozmyślałam nad tym dlaczego ta dziewczyna tak się zachowuje. Zdaje się bać nawet mnie. Może ona wcale nie chce zostać asasynem? Może boi się zabijania?
Otrząsnęłam się z zamyślenia czując ból głowy. Przywaliłam w drzwi. Padłam na plecy.
-Sciurus?
Podniosłam się. Przede mną stał Pardus, ktoś na tyle ważny by by zaczerwienić się jak burak...przynajmniej jak burak.
-Co robiłaś na podłodze?-spytał patrząc jak otrzepuję ubranie z kurzu.
Zesztywniałam.
~Czy w ogóle warto odpowiadać?-spytałam sama siebie.
Jak zwykle spanikowałam w obecności Pardus'a. Miał zbyt duży wpływ na moją przyszłość. Jeśli nie zdam testu to...nie wiem co ze mną zrobi...znam położenie siedziby Ignis...Właśnie...co oni robią z tymi, którzy nie zdadzą.
Wyminął mnie. Głośno wypuściłam powietrze.
-Sciurus?-znowu zostałam nazwana wiewiórką.
-Mógłbyś czasem użyć mojego imienia...-westchnęłam-To chyba nie trudne!
Zasępił się. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
-A mogłabyś mi je przypomnieć?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

