Obudziłam się dość wcześnie. Leżałam na plecach i
wpatrywałam się w sufit. Po dobrych 5 minutach, uznałam, że warto by było
wstać. Halcon zapewne czeka. Wyjęłam coś z szuflady i poszłam do łazienki. Zahaczyłam o kuchnię. Szybko zjadłam i
wybiegłam z domu prosto do stajni. Dałam koniowi śniadanie, a zaraz po tym
ruszyłam po szczotki i ogłowie. Odłożyłam wszystko na bok, i usiadłam na snopku siana w oczekiwaniu, aż Halcon skończy. Oparłam się o ścianę boksu. Dało się słyszeć jedynie przeżuwanie. Wstałam, otrzepałam się i spojrzałam na konia. Wzięłam do ręki szczotki, weszłam do boksu i zaczęłam czyścić. Szybkim ruchem zarzuciłam ogłowie na jego łeb i wyprowadziłam. Wsiadłam, a potem spokojnie pojechaliśmy w stronę miasta. Uznałam, że dziś dla odmiany pojadę do lasu. Skierowałam konia w tamtą stronę i ruszyłam szybszym tempem. Gdy już wjechaliśmy zauważyłam, że na drzewie widnieje jakaś kartka. Podjechałam bliżej. Pisało tam, że jakaś dziewczynka z sierocińca się zgubiła... Miała dość długie, ciemne włosy i jasną cerę. Oczy były duże, ciemno szare. Pisało też, że miała dwa lata. Pomyślałam sobie, że mogła bym ją spróbować znaleźć. Sprowadziłam konia na ścieżkę, a sama zaczęłam myśleć. Gdzie by poszło dwuletnie dziecko. Głupie pytanie! Wszędzie. Kiedy już wybudziłam się z zamyślenia, spostrzegłam, że właśnie wyjeżdżam z lasu. Zawróciłam, a następnie skręciłam w głąb lasu. Usłyszałam jakieś szelesty. Zwróciłam Halcona w stronę dźwięku. Koń szedł opornie i powoli.
- Ach! - Krzyknęłam. Nagle niespodziewanie znalazłam się na ziemi. Halcon potknął się o wystającą gałąź. Podniósł się. Ja tak samo, otrzepałam się z liści i podeszłam, aby obejrzeć mu nogę. Na szczęście wszystko było w porządku. Poprowadziłam konia do kamienia, który leżał na ziemi. Był spory, więc weszłam na niego, a następnie odbiłam się i wskoczyłam na grzbiet rumaka. Ten cicho zarżał. Ruszyliśmy dalej. Zauważyłam dwie postacie. Białowłosą, wysoką dziewczynę, i małe dziecko z ciemnymi włosami. Zdałam sobie sprawę, że to dziecko z ogłoszenia! Ruszyłam szybszym tempem, i zatrzymałam konia obok dziewczyny.
- Coś się stało? - Spytała nadal patrząc przed siebie. Cały czas szła.
- Emm... W sumie, to nic. Ja tylko chciałam... - ...I nie dokończyłam.
- Skoro nic, to równie dobrze byś mogła jechać dalej - Odpowiedziała jakby ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Nazywam się Appalosa. Appalosa Plains. A ty?
- Qui Loquitur - odpowiedziała
- Dobrze wiedzieć. - Burknęłam pod nosem.
- Co tam mruczysz? - Spytała z irytacją.
- Nic, nie ważne. To ta dziewczynka z ogłoszenia, prawda?
- Zgadza się.
- Nie odprowadzisz jej może do sierocińca? - Spytałam z ironią w głosie
- Miałam zamiar ją wyprowadzić z lasu.
- Mhm...
- Jeśli ci tak bardzo na niej zależy, to możesz ją wziąć. - Stanęła przodem do mnie, a dziecko postawiła przed sobą. Zsiadłam z konia, przytrzymałam wodze i wzięłam małą za rękę. Dziewczyna poszła dalej, a ja ruszyłam w stronę sierocińca. Gdy już doszłam... Nagle mała wyrwała mi się z ręki. Przez ten ułamek sekundy nie wiedziałam co się stało. Obróciłam się, a ona zafascynowana biegała za ognikami. Uderzyłam się w czoło i ruszyłam za nią. Gdy ją dogoniłam, tamta dziewczyna, emm... Qui Loquitur...Tak... Trzymała już ją za rękę.
- Trudno ci utrzymać dziecko? Dobrze, że chociaż koń ci nie uciekł.
- Nie, nie trudno. Po prostu... Wyrwała mi się. - Odpowiedziałam lekko zakłopotana. Usłyszałam jedynie westchnienie.
Co dalej Qui?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz