piątek, 27 lutego 2015

Od Rosalin

Było tylu chłopaków, a ona rozpłakała się przez jednego! Jednego, rozumiecie?! Przytuliłam ją do siebie, nieco zaskakując. Akurat dla mnie jest to normalne. Czy ja się martwię?
- Już dobrze - stwierdziłam pocieszająco. Tak, ja się martwię. To jest najdziwniejsza noc tego stulecia. Ezra nie mogła przestać. Pomijając resztę tej pogiętej nocy... Za kilka dni Wielkie Zebranie! Będę musiała znów się spotkać z tą starą, irytującą, wypominającą, głupią kobietą! Po prostu świetnie! 

Kilka dni później

Wszystko, co miało miejsce w trakcie balu, jakoś ucichło. Kończyłam pakować moje rzeczy na wyjazd. Nie zajęło to długo, bo nie było tego dużo. Zapakowałam rzeczy oraz siebie na Fumus'a. Ezra w zbroi stała obok mnie patrzyła się... Trudno określić jej sposób patrzenia w tamtym momencie. Powiedzmy, że przyglądała się mi z politowaniem. 
- Nadal uważam, iż nie powinnaś tam jechać sama - stwierdziła swym suchym tonem.
- Spokojnie. Tam mam większy autorytet, niżeli tutaj - odparłam pewnie. Nie zważając na to, co mówi  dalej, poleciałam w drogę. Niebo było czyste, niemal bezchmurne. Przede mną długa droga... Muszę przelecieć przez prawie całe Summer... 

Trzy dni później

Nareszcie dotarłam! Jak się cieszę! Ruszyłam w stronę ogromnego budynku z cegły mieszczącego się w środku lasu. Przeciągnęłam się po długiej wyprawie, a Fumus i Kasai szli powoli za mną. Po kilku minutach byłam już na miejscu. Usłyszałam szelest w krzakach. Wyciągnęłam broń i odwróciłam się w tamtym kierunku.
- No proszę kogo my tu mamy? - spytał ze złośliwym uśmiechem chłopak. Jak ja go nienawidzę... 
- Kto by pomyślał, że nie opuścisz tego spotkania, Ezreal! - odpowiedziałam złośliwie. Syknął zdenerwowany. Kim jest Ezreal? To osoba, której absolutnie nienawidzę. Od roku ma tak samo wysoką pozycję w klanie, co ja. Od jakiegoś roku ze sobą bez przerwy rywalizujemy. Po chwili z krzaków wyszła dziewczyna, niesamowicie podobna do Ezry... Chwila, czy to jest...
- Przerywając naszą wspaniałą rozmowę, kto to jest i czy przypadkiem nie ma na nazwisko Fate? - powiedziałam na jednym oddechu. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Tak, ma tak na nazwisko. To moja siostra, co cię to obchodzi? - zapytał podejrzliwie. Co?! TO jest brat Ezry?! Żartujecie sobie, prawda!? Prawda?!
- Żartujesz sobie?! TY jesteś jej bratem?! - krzyknęłam na cały głos.
- Co? Czyim bratem? - spytał zdezorientowany.
- Ezry! Jak wy mogliście zrobić jej coś takiego! Nie! Mam kolejny powód do nienawidzenia cię! - stwierdziłam i pobiegłam na spotkanie. Pierwsze, co rozpoczęło spotkanie? Oczywiście temat uczniów. Na środek wyszła młoda blondynka. Natychmiast zaczęły padać pytania o nią.
- Co z nią zrobimy? Wie, gdzie są nasze kryjówki... - mówił jeden.
- Należałoby wykonać egzekucję - uznała kobieta, której nie cierpię. Wszyscy się z nią zgodzili. Wstałam zirytowana z miejsce, a wszyscy w sali spojrzeli na mnie. Widziałam teczkę z jej umiejętnościami i uwagami na jej temat. Ma ogromny talent. 
- Egzekucję!? Kto jej pozwolił decydować o tym czy kobiety zostają assassynkami?! Wszyscy wiedzą, że zaczęła tak oceniać od śmierci mojego ojca i mistrza oraz obwinia mnie za jego śmierć! Im dziewczyna jest bardziej podobna i ma większy talent, tym większa pewność, iż odrzuci tę dziewczynę! Powinna zostać przyjęta! - zdenerwowana wykrzyczałam na całą salę. Nastała cisza, a po chwili było słychać jakieś szepty. Ezreal wstał nagle z miejsca.
- Zgadzam się z nią - powiedział lekko obojętnym głosem. On się ze mną zgadza...? Z tym obojętnym tonem naprawdę przypominał Ezrę. - Czy serio ktokolwiek z tutaj obecnych sądzi, że ona nie ma zadatków ani predyspozycji by być assassynem? - dodał pytanie. Znów nastała głucha cisza. Było im głupio się odezwać. Chrząknęłam, zwracając na siebie uwagę.
- Wracając, najlepszym argumentem za tym, że zasługuje na bycie assassynką, jest zgoda moja wraz z Ezrealem. Wszyscy wiedzą jak złe relacje nas łączą - argumentowałam. Znów było słychać szepty "Przecież oni zawsze się kłócą... Coś musi być na rzeczy" i tego typu.
- W tej sytuacji, mamy dla ciebie propozycję - stwierdzili zgodnie. Spojrzałam na nich pytająco. - Weź ją na okres próbny. Jeśli się sprawdzi do następnego spotkania, przyjmiemy ją podczas następnego zebrania - oznajmili. Zgodziłam się. Pominę resztę zebrania, gdyż była nudna. Po jego zakończeniu, chłopak, z którym wiecznie się spieram, podszedł do mnie.
- Co wiesz o Ezrze? - zażądał wyjaśnień natychmiastowo.
- Mamy tego samego pana. Sprowadził mnie, bo jestem jej jedyną przyjaciółką. Precz ode mnie - powiedziałam na jego pytanie. Chciałam już odejść, ale zawołał nas ktoś z najważniejszych osób w naszej radzie. Wyjaśnił, że musimy współpracować, aby utrzymać nasze pozycje. To będzie ciekawe...

niedziela, 22 lutego 2015

Od Amy

 Kolejna dziesiątka, a co za tym idzie? Kolejne smutne westchnienie Passer'a. Nie wiem o co mu może chodzić. Przecierz nie spudłowałam ani razu. W każdej z łuczniczych tarcz, na samym środku, widoczna była albo mała strzałka z miniaturowej kuszy, albo sztylecik. Uśmiechnęłam się smutno spoglądając na mały ostry przedmiot wbity w czerwone kółko na tarczy.
 Odwróciłam się by spojrzeć w oczy nauczycielowi. Był w nich głęboki smutek. On pewnie też ma złe przeczucia.
-Cztery lata-uśmiechnął się, ale w jego oczach nie płonęły te wesołe ogniki co dziś na dachu-Cztery lata, a ja nadal nie rozumiem.
 Skrzywił się. Nie spuszczałam z niego oczu. Nie musiałam pytać, sam mi to zaraz wytłumaczy. Na chwilę przestał krążyć po pomieszczeniu.
-Cztery lata, a ja nadal widzę to...-westchnął spuszczając głowę i wznowił swą bezsensowną wędrówkę po sali.
Żal było patrzeć na smutnego Wróbla. Również spuściłam głowę. Nie sądziłam, że aż tak przejmie się tym spotkaniem. Przez ten cały czas był dla mnie jak starszy brat. To dzięki niemu teraz żyję, jestem wolna...prawie wolna.
 Podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu. Gdyby stanął obok czubek mojej głowy sięgał by niewiele ponad jego barki.
-Jutro zadecyduje o wszystkim-powiedział przyciszonym głosem schylając się lekko.
Przy tej odległości musiałabym zadzierać głowę do góry by spojrzeć mu w oczy, ale spuściłam ją.
-Czy...-zawahałam się-Czy...czy to już koniec na dzisiaj?-podniosłam na niego wzrok.
Przez chwilę milczał patrząc na mnie smutno. Zmarszczył brwi.
-Tak...Sciu...-westchnął.
Przez chwile jeszcze mnie tak trzymał po czym odsunął się i odszedł na drugą stronę sali.
 Ruszyłam ku drzwiom. Otworzyłam je. Będąc już po drugiej stronie zajrzałam jeszcze raz do pomieszczenia. Passer przeczesywał palcami włosy, był zdołowany. Usiadł na koźle i...zamknęłam drzwi.

 Dwóch młodszych assasynów, w tym Passer, otworzyło dwuczęściowe drzwi. Do pomieszczenia, dumnym krokiem wkroczyła wysoka kobieta. Twarz miała drobną, policzki wydatne, skórę pomarszczoną. Ale strój miała tradycyjny, właściwy asasynowi. Nie miała żadnych ozdóbek, nawet kolczyka. Emanowała z niej inteligencja, powaga, spokój i oczywiście surowość. Przypominała mi surowe mięso dinozaura.
 Wszyscy tegoroczni stali obok siebie, pojedynczo. W odległości mniej więcej metra od siebie. Ku swojej uciesze, a jednocześnie obawie, byłam najbardziej wysuniętą, na prawo od niej, uczennicą.
 Podeszła do stojącego najbardziej po lewej chłopaka. Wyjrzałam zza rudowłosej dziewczyny by zobaczyć co się dzieje.
 Zmierzyła go uważnym wzrokiem. Przewodzący jego nauczaniu Asaassyn podszedł do niech i podał jej kartkę. najpewniej były tam zapisane wszelkie uwagi dotyczące jego edukacji. Kobieta bez słowa przebiegła wzrokiem po kartce po czym rozpoczęła oględziny jego barków i ,,kaloryfera".
 Salmo uchodził za najsilniejszego z nas. Świetnie też szło mu z szermierką, miał za to fatalnego cela.
 Ku mojej uldze pokiwała głową. Lubiłam Salmo, nie był może zbyt inteligentny, ani bystry, ale dobry był z niego kolega i godny przeciwnik podczas wspólnych treningów.
 Dalej poszło już gładko. Wielu przepuściła, wielu z pomarszczonym czołem odtrąciła ku rozczarowaniu uczniów i mentorów. Co raz bardziej się denerwowałam.
 Kiedy doszła do rudej ta zarumieniła się. Zmartwiłam się widząc jak dziewczyna trzęsie się ze strachu. Stanowczo pokręciła głową. Wyraz twarzy dziewczyny był dziwny. Spuściła głowę, jej twarz wykrzywił dziwaczny grymas, z oczu popłynęły łzy. Pytanie tylko czy smutku czy też szczęścia.
 Za zamyślenia wyrwało mnie głośnie chrząknięcie. Spojrzałam na nią, szybko jednak spuściłam głowę. Patrzyła na mnie bardzo surowym wzrokiem. Passer podszedł i podał jej wyjątkowo grubą teczkę. Wyraz twarzy kobiety stał się jeszcze bardziej krytykujący. Po raz pierwszy pod czas całego spotkania odezwała się.
-Sciurus-skrzywiła się. Jej głos był beznamiętny i dziwnie przerażający, nie mówiła głośno, ale i tak wszyscy na pewno dobrze ją słyszeli-Mistrzyni kuszy i wicemistrzyni szermierki.
 To dało mi nikłą nadzieję, którą niestety szybko i brutalnie mi odebrała. O mało z resztą nie doprowadzając do płaczu.
-Mała Sciurus wyciągnięta przez Passer'a ze slumsów-jej głos był ,,słodki", prawie jakby mi współczuła- Mała Sciurus, która opuściła swą rodzinę i pobratymców pod murami Heat-słyszałam jak upada teczka podana jej przez Wróbla-Mała Sciurus-pochyliła się opierając się dłońmi o kolana i patrząc na mnie z dołu by spojrzeć mi w oczy-płakała chociaż za tatusiem? Za mamusią?
 Zacisnęłam wargi w cienkie szparki. Powstrzymywałam się zarówno od płaczu jak i od wycięcia jej serca, którego najprawdopodobniej i tak nie posiadała.
 Kobieta wyprostowała się. Poczułam jak wbija mi palec w brzuch, napotkała opór, dotknęła ramienia, opór. Wyraźnie irytowało ją, że nie może znaleźć czegoś czego mogłaby się przyczepić. W końcu jednak coś znalazła.
-Figura-mruknęła.
Podniosłam wzrok, zamrugałam lekko zaskoczona. Widząc mój wyraz twarzy uśmiechnęła się jadowicie.
-Naprawdę?-zwróciła się do stojącego z tyłu Passer'a-Było ją dać do alfonsa-jej głos był co raz bardziej kpiący-Względnie...
 Alfonsowi? Za kogo się ta jędza uważa?!Nie dałam jej dokończyć.
-Naprawdę?-powiedziałam głosem z udaną nadzieją-Naprawdę tak pani myśli?-spojrzałam jej w oczy-Tak...ale pani do by już nie przyjął.
W jej oczach zapłonęły ogniki. Usłyszałam szmery. Wokół słyszalne były szepty.
-Hmm-zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem-Właśnie zamknęłaś sobie drogę do świetlanej przyszłości, Sciuris ze slumsów.
 Długo patrzyła mi w oczy. Nie zamierzałam ich spuszczać wzroku. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczułam do kogoś nienawiść.
~Wypatroszę cię-pomyślałam-Poodcinam ci po kolei palce, wydłubie oczy-zmrużyłam oczy Wypatroszę jak świnię, którą jesteś.

Od Ezry

Nie wiem co we mnie wstąpiło. Czułam się zupełnie jakbym...Nie była sobą. I tak też się zachowywałam. W jednym momencie zapomniałam o dostojnej postawie, wyniosłym stylu mówienia, poważnej minie. Zupełnie jakbym za każdym razem nakładała na siebie bezuczuciową maskę, a teraz upuściła ją i zgubiła. Twarz mężczyzny stojącego na przeciw mnie zdawała się dziwnie znajoma, a zarazem niepokojąco obca. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Patrzyłam z uwagą na każdy detal. Ta twarz była...Idealna. Do rzeczywistości przywołał mnie znajomy głos. Wtedy też dotarło do mnie imię osoby stojącej przede mną. Rei...To jego spotkałyśmy parę dni wcześniej. Wszystko stało się jasne. To dlatego kojarzyłam jego twarz. Nim się spostrzegłam Fidus postanowił skoczyć ku niemu i już po chwili chłopak znalazł się w wodzie. Nagle w okolicy zabrzmiał cichy chichot. Z pewnością nie była to Rosalin, a tym bardziej Rei...Więc kto był osobą o takiej barwie śmiechu? Spojrzałam na Rosalin która które od razu zbladła. Ona także patrzyła na mnie. Czy to możliwe, że...Zatkałam jedną ręką swoje usta, a śmiech od razu ucichł. To...To niedopuszczalne! Jak mogłam pozwolić sobie na śmiech!? Powoli zapominam kim jestem! Rzeczywiście przez chwilę poczułam się tak...Beztrosko. Pomyśleć że chwilowo zdawało mi się nawet że Rei jest...Nie, nie! Nie mogę sobie zaprzątać myśli takimi rzeczami. Są one zupełnie nieistotne. Szybko i nerwowo podniosłam się. -Wybaczcie, ale...Muszę iść-powiedziałam pewniej, jednak dalej cicho. Następnie odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Fidus natychmiastowo pognał za mną. Teraz jednak nie to było istotne. Zimny wiatr Nie mogłam zrozumieć całej tej sytuacji. Dotychczas myślałam że w moim życiu wszystko mi odpowiada. Dzisiejszego wieczoru poczułam jednak że jest inaczej. Zupełnie jakbym...Od początku życia miała jeden cel, a dopiero podczas realizacji go poczuła, iż czegoś jednak mi brakuje. Wróciłam do rzeczywistości gdy poczułam czyjąś dłoń ściskającą mój nadgarstek i równocześnie uniemożliwiającą mi ruch. Szybko obróciłam głowę w tył. Przede mną stała Rosalin. Na jej twarzy widoczne było równoczesne zdziwienie oraz lekki zmartwienie. Otwarła usta jednak powstrzymała się od wypowiedzenia czegokolwiek jakby zastanawiała się co powiedzieć. Stałyśmy tak przez chwilę w kompletnym bez ruchu.
-Ezra...Wszystko w porządku?-spytała po dłuższej chwili ciszy. Choć często traktuje ją jakby była tylko i wyłącznie moim problem w rzeczywistości wiele dla mnie znaczy. W końcu była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką....I to od wielu lat. Ona jako jedyna akceptowała moje ambicje i nie wyśmiewała mnie.
-Wszystko jest dob...-zaczęłam mówić jednak w połowie mój głos się załamał. Poczułam dziwne duszenie w gardle. Mogłam jedynie ruszać bez sensu ustami nie wymawiając przy tym ani jednego słowa. Na policzkach poczułam coś wilgotnego. Przecierając delikatnie twarz spostrzegłam, że na moich dłoniach zostają przeźroczyste krople wody. To były łzy...Po raz pierwszy czułam się zupełnie bezradnie. Musiałam wyglądać żałośnie...Słabo. Tak nie zachowuje się rycerz...

Rosalin?

sobota, 21 lutego 2015

Od Appalosy

Obudziłam się dość wcześnie. Leżałam na plecach i wpatrywałam się w sufit. Po dobrych 5 minutach, uznałam, że warto by było wstać. Halcon zapewne czeka. Wyjęłam coś z szuflady i poszłam do łazienki. Zahaczyłam o kuchnię. Szybko zjadłam i wybiegłam z domu prosto do stajni. Dałam koniowi śniadanie, a zaraz po tym ruszyłam po szczotki i ogłowie. Odłożyłam wszystko na bok, i usiadłam na snopku siana w oczekiwaniu, aż Halcon skończy. Oparłam się o ścianę boksu. Dało się słyszeć jedynie przeżuwanie. Wstałam, otrzepałam się i spojrzałam na konia. Wzięłam do ręki szczotki, weszłam do boksu i zaczęłam czyścić. Szybkim ruchem zarzuciłam ogłowie na jego łeb i wyprowadziłam. Wsiadłam, a potem spokojnie pojechaliśmy w stronę miasta. Uznałam, że dziś dla odmiany pojadę do lasu. Skierowałam konia w tamtą stronę i ruszyłam szybszym tempem. Gdy już wjechaliśmy zauważyłam, że na drzewie widnieje jakaś kartka. Podjechałam bliżej. Pisało tam, że jakaś dziewczynka z sierocińca się zgubiła... Miała dość długie, ciemne włosy i jasną cerę. Oczy były duże, ciemno szare. Pisało też, że miała dwa lata. Pomyślałam sobie, że mogła bym ją spróbować znaleźć. Sprowadziłam konia na ścieżkę, a sama zaczęłam myśleć. Gdzie by poszło dwuletnie dziecko. Głupie pytanie! Wszędzie. Kiedy już wybudziłam się z zamyślenia, spostrzegłam, że właśnie wyjeżdżam z lasu. Zawróciłam, a następnie skręciłam w głąb lasu. Usłyszałam jakieś szelesty. Zwróciłam Halcona w stronę dźwięku. Koń szedł opornie i powoli.
- Ach! - Krzyknęłam. Nagle niespodziewanie znalazłam się na ziemi. Halcon potknął się o wystającą gałąź. Podniósł się. Ja tak samo, otrzepałam się z liści i podeszłam, aby obejrzeć mu nogę. Na szczęście wszystko było w porządku. Poprowadziłam konia do kamienia, który leżał na ziemi. Był spory, więc weszłam na niego, a następnie odbiłam się i wskoczyłam na grzbiet rumaka. Ten cicho zarżał. Ruszyliśmy dalej. Zauważyłam dwie postacie. Białowłosą, wysoką dziewczynę, i małe dziecko z ciemnymi włosami. Zdałam sobie sprawę, że to dziecko z ogłoszenia! Ruszyłam szybszym tempem, i zatrzymałam konia obok dziewczyny.
- Coś się stało? - Spytała nadal patrząc przed siebie. Cały czas szła.
- Emm... W sumie, to nic. Ja tylko chciałam... - ...I nie dokończyłam.
- Skoro nic, to równie dobrze byś mogła jechać dalej - Odpowiedziała jakby ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Nazywam się Appalosa. Appalosa Plains. A ty?
- Qui Loquitur - odpowiedziała
- Dobrze wiedzieć. - Burknęłam pod nosem.
- Co tam mruczysz? - Spytała z irytacją.
- Nic, nie ważne. To ta dziewczynka z ogłoszenia, prawda?
- Zgadza się.
- Nie odprowadzisz jej może do sierocińca? - Spytałam z ironią w głosie
- Miałam zamiar ją wyprowadzić z lasu.
- Mhm...
- Jeśli ci tak bardzo na niej zależy, to możesz ją wziąć. - Stanęła przodem do mnie, a dziecko postawiła przed sobą. Zsiadłam z konia, przytrzymałam wodze i wzięłam małą za rękę. Dziewczyna poszła dalej, a ja ruszyłam w stronę sierocińca. Gdy już doszłam... Nagle mała wyrwała mi się z ręki. Przez ten ułamek sekundy nie wiedziałam co się stało. Obróciłam się, a ona zafascynowana biegała za ognikami. Uderzyłam się w czoło i ruszyłam za nią. Gdy ją dogoniłam, tamta dziewczyna, emm... Qui Loquitur...Tak... Trzymała już ją za rękę.
- Trudno ci utrzymać dziecko? Dobrze, że chociaż koń ci nie uciekł.
- Nie, nie trudno. Po prostu... Wyrwała mi się. - Odpowiedziałam lekko zakłopotana. Usłyszałam jedynie westchnienie.

Co dalej Qui?

Od Amy

 Ze znudzona miną oparłam się o ceglany komin. Przerzuciłam lewą nogę na drugą stronę spadzistego dachu siadając na nim okrakiem.  Wzdychając głośno wsadziłam obie ręce za głowę, wcześniej solidnie się przeciągając.
-Widzę, że naprawdę ci się nudzi-powiedział Wróbel przypatrując mi się z rosnącym rozbawieniem.
Popołudniowe słońce oślepiło mnie zmuszając do zmrużenia oczu. Zasłoniłam je ręką.
-Nie masz ciekawszych zajęć?-spytałam rzucając mu znaczące spojrzenie-O wiele łatwiej byłoby się skupić.
-To ty się skupiasz?!-udał zaskoczenie-Och bardzo przepraszam jaśnie panią. Pragnę jednak zwrócić uwagę iż pani cel właśnie się zjawił-To powiedziawszy wykonał płynny ruch ręką wskazując na odzianego w bogato zdobiony,zielony płaszcz mężczyznę.
-Kolejny szlachcic-mruknęłam-Tego nie będzie mi żal.
Chwyciłam leżącą pomiędzy nami kuszę i przypięłam do spodniej części prawego przed ramienia. Napięłam. Przykucnęłam, wystawiłam rękę przed siebie. Chwilę pomierzyłam z policzkiem przyciśniętym do ramienia po czym, przyciskając mały przycisk umieszczony tak by można było to zrobić bez używania lewej ręki, posłałam strzałę w powietrze. Obiekt gładko wbił się w boczną część gardła szlachcica.
 Kiedy ten upadał ja ześlizgiwałam się po drugiej stronie dachu. Zeskoczyłam z niego lądując na grzbiecie konia.

 Zdążyliśmy już oddalić się od miejsca zbrodni okryci czarnymi płaszczami z kapturem.
-Ładny strzał Sciurus-mruknął, czuć było tu sporo kpiny- Przyczepić się mogą tylko jednej rzeczy.
Westchnęłam.
-Co tym razem panu nie odpowiada?-spytałam unosząc ręce ku niebu.
Zaśmiał się głośno. Widocznie rozbawiło go, że nadal nie zauważyłam swojej pomyłki. Wytarł oczy. Co ja zrobiłam takiego, żeby go aż do płaczu doprowadzić?
 Kiedy dostrzegł zdziwienie malujące się na twarzy ponownie wybuchnął. Poczułam jak rośnie we mnie irytacja. Zachowałam jednak milczenie wiedząc, że dopytując tylko pogorszę sytuację.
-Nie ten koń!-palnął śmiejąc się jeszcze głośniej.
Osłupiałam. Spojrzałam na konia. Był bułany. Strzeliłam się w czoło. Zatrzymałam klacz i zeszłam z siodła.
-Złaź!-mój głos nie był głośny, ale zdecydowanie rozkazujący, nieznoszący sprzeciwu.
-Nie mogę-powiedział robiąc poważną minę i wydymając wargi- To by było oszustwo!Mentor musi wiedzieć o tym na czym się potknęłaś, aby to skorygować-to powiedziawszy uśmiechnął się szelmowsko.
Zmarszczyłam brwi.
-W takim razie mu powiesz, ale oddaj mi Takan'a.
Chłopak zarechotał po czym zeskoczył z ogiera. Podałam mu wodzę Vanilli. Passer wspiął się na swą ukochaną kobyłę.
-Brakowało mi cię Vanillo-powiedział poklepując klacz po zadzie-Ten twój jest strasznie niewygodny.
Prychnęłam.

Usiadłam na twardym łóżku w swojej kwaterze. Głośno wypuściłam powietrze. Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że aż tak mi się oberwie za tego nieszczęsnego konia.
 A do tego mam jeszcze dzisiaj sporo roboty. Nie jestem jeszcze formalnie asasynem, tylko otrzymałam zezwolenie na wykonywanie zleceń...oczywiście pod nadzorem. Oczywiście to Passer zgłosił się na ochotnika. Wciąż jestem klasyfikowana do kategorii ,,uczeń", czy coś koło tego. Większość uczących mnie asasynów jest zgodna co do tego, że jestem już prawie gotowa, ale nie mogą uznać mnie za jedną z nich dopóki wniosku o przyjęcie nie zatwierdzi jeden z bardziej wpływowych członków klanu. Jutro miało być spotkanie z pewną kobietą o niezbyt dobrej sławie. Słynęła ze swej surowości wobec dziewczyn chcących zostać asasynami. Dziwiło to większość nowicjuszy bo sama kiedyś była na ich miejscu.
 Obecnie stacjonowała w poza Summer, ale parę dni temu wróciła by ocenić wszystkich pretendentów.
~To koniec-pomyślałam spuszczając głowę-Za chińskiego boga mnie nie przyjmie.
 Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.
-Proszę-zawołałam podnosząc głowę.
Drzwi otworzyły się, wyszła z nich młoda, rudowłosa dziewczyna. Znałam ją głównie z widzenia, miała pokój obok mojego.
-Wróbel chce się z tobą widzieć Sciurus-powiedziała jak zwykle przyciszonym głosem.
Nigdy nie rozumiałam dlaczego tak się wszystkiego boi i wstydzi. Jak ona zamierza zostać asasynem?
-Gdzie?-spytałam wstając.
-N-na sali-wydukała,
 W drodze do podziemnej sali treningowej rozmyślałam nad tym dlaczego ta dziewczyna tak się zachowuje. Zdaje się bać nawet mnie. Może ona wcale nie chce zostać asasynem? Może boi się zabijania?
 Otrząsnęłam się z zamyślenia czując ból głowy. Przywaliłam w drzwi. Padłam na plecy.
-Sciurus?
Podniosłam się. Przede mną stał Pardus, ktoś na tyle ważny by by zaczerwienić się jak burak...przynajmniej jak burak.
-Co robiłaś na podłodze?-spytał patrząc jak otrzepuję ubranie z kurzu.
Zesztywniałam.
~Czy w ogóle warto odpowiadać?-spytałam sama siebie.
Jak zwykle spanikowałam w obecności Pardus'a. Miał zbyt duży wpływ na moją przyszłość. Jeśli nie zdam testu to...nie wiem co ze mną zrobi...znam położenie siedziby Ignis...Właśnie...co oni robią z tymi, którzy nie zdadzą.
 Wyminął mnie. Głośno wypuściłam powietrze.
-Sciurus?-znowu zostałam nazwana wiewiórką.
-Mógłbyś czasem użyć mojego imienia...-westchnęłam-To chyba nie trudne!
Zasępił się. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
-A mogłabyś mi je przypomnieć?

Królowa Risa Hasha

Imię: Risa

Nazwisko: Hasha

Wiek: 25 lat

Płeć: Kobieta

Charakter: Jej poddani opisują ją jako kobietę o wielkim sercu. Czasami jest bardzo uległa,jednak w rządzeniu pomaga jej mąż, Astor. Jest bardzo miła,pomocna i szczodra. Prowadzi szpital i przedszkole dla dzieci z sierocińca. Jest bardzo wrażliwa,co nasiliło się po śmierci jej małej córeczki. Jest to temat tabu w zamku królewskim.

Rejon: Spring

Rodzina: Mąż Astor

Wygląd:
Risa

Astor

Król Heimes Shorklatche

Imię: Heimes

Nazwisko: Shorklatche

Wiek: 31 lat

Płeć: Mężczyzna

Charakter: Jest dosyć wesołym i miłym człowiekiem. Nawet po śmierci żony z jego twarzy nie znikał uśmiech, choć był tym załamany. Stara się pomagać wszystkim, którzy tego potrzebują. Bardzo lubi flirtować z dziewczynami, a także trzymać je blisko siebie. Kiedy tylko jest to konieczne, umie zachować powagę.Kolejnym ciosem była dla niego strata ukochanego syna, po której kompletnie się załamał. Wciąż nie daje tego po sobie poznać, jednak gdy tylko ma okazję, rozpacza nad tym.

Rejon: Winter

Rodzina: Brat Yuu,Syn

Wygląd:
Król Heimes

Yuu

Syn



Król Maunuts Etuss

Imię: Maunuts

Nazwisko: Etuss

Wiek: 42 lata

Płeć: Mężczyzna

Charakter: Jest wielkim wojownikiem.Zwyciężał na wojnach więc to oczywiste że siedząc cały czas w zamku cały czas się nudzi. Zawsze chodzi opanowany,poważny i czujny. Jest zrzędą. Po mimo swojego wyglądu i ciężkiego,czasem nawet nieznośnego usposobienia potrafi być bardzo miły,opiekuńczy i troskliwy. Uwielbia bawić się ze swoim synem i szkolić całymi popołudniami go na rycerza.

Rejon: Autumn

Rodzina: Żona Evangelina, syn Faust

Wygląd:
Maunuts

Faust

Evangelina

piątek, 20 lutego 2015

Profil Vegas

Imię: Vegas
Gatunek: Wilk
Cechy charakterystyczne: Zwykle znika na dość długo, ale zawsze wraca do domu. Raczej nie wychodzi po za granice Autumn. Jest typem samotnika.
Właściciel: Appalosa

Profil Halcon'a

Imię: Halcon
Rasa: Koń
Cechy charakterystyczne: Krnąbrny ogier. Nie lubi czyszczenia, a o siodłaniu to już nie wspomnę, to też ma związek z częstą jazdą na oklep. Jest wygodny, ale często wali bryki. Nie jest zbytnio płochliwy. Ogółem – trudna z niego kobyła.
Właściciel: Appalosa
Zdjęcie:

Profil Appalosy Plains

Imię: Appalosa
Nazwisko: Plains
Wiek: 17
Płeć: kobieta
Partner: aktualnie nie
Staż: 0
Charakter: Główną cechą jej charakteru to optymizm. Potrafi być poważna i skryta, ale także nagle może stać się roześmiana i głośna. Dosyć łatwo zdobywa przyjaciół, ale też wrogów.
Historia: Błądziłam po łąkach i lasach na Halconie. Była obolała i zmęczona. Jechałam w niewygodnym siodle, a po za tym głównym powodem były upadki. Nagle koń postawił uszy – coś się dzieje. Zaczął niepewnie iść, a ja lekko się zestresowałam. Nie chciałam zaliczyć kolejnej gleby. Szedł powoli, niepewnie stąpając w wysokiej trawie. Odchylił się w dół. Była tu droga w dół. Cofnęłam go o klika kroków, i wspięłam się, by coś zauważyć. W dole było miasto. Pogrążone w jesieni. Właściwie, tam nie było żadnego miasta. To był mój domysł, ponieważ kilka osób wybiegło z pośród drzew. Dałam mu znak do powolnego kroku w przód. Położył uszy. Znów ma humorki. Zbytnio nie zwracałam na to uwagi, póki spokojnie szedł. Kiedy byłam już na dole, postanowiłam, że wjadę między drzewa. Musiałam wypatrzeć jakąś najodpowiedniejszą drogę, żeby niespodziewanie nie spaść z grzbietu rumaka przez gałąź. Znalazłam cos w rodzaju ścieżki i od razu na nią wjechałam. Przeszłam do kłusu. Pod kopytami było słychać szelest bądź małe potknięcia o kamienie. Gdy już prawie wyjechaliśmy, to oczywiście koń musiał przestraszyć się jakiegoś powiewu wiatru, który wprawił w ruch głośno szeleszczące liście. Na moje szczęście jakoś się tym razem utrzymałam. Uspokoiłam ogiera i wróciliśmy do naszego tymczasowego celu. Wyjechałam z kolorowego lasu i zobaczyłam biegające dzieci. Śmiały się, krzyczały… Postanowiłam jechać dalej. Zaczęłam się rozglądać. Słyszałam już o takich miastach. Zatrzymałam konia i przywiązałam go. Zniżył głowę, aby się napić wody, przynajmniej tak mi się zdawało. Obok był kupiec. Miałam kilka monet, które znalazłam gdzieś na ulicy… Jednak los czasem sprzyja. Kupiłam coś do przegryzienia. Odwiązałam go i znów ruszyłam w drogę. Robiło się co raz zimniej… Zaczął padać… Śnieg? Tak, to był śnieg. Leciał mi prosto w twarz, wraz z zimnym wiatrem. Ogier stanął w miejscu. Poganiałam go, ale nie chciał się ruszyć. Musiałam zawrócić. Znów było jesiennie. Nie za zimno, nie za ciepło… Idealna pogoda. Powoli się ściemniało. Wjechałam do lasu i uznałam, że tam spędzę noc. Przywiązałam konia do któregoś z drzew, zdjęłam siodło, a sama usiadłam pośród liści.
Klan: Umbra
Klasa: Assasin
Rodzaje broni: W pochwie przy pasie ma włożony swój sztylet.
Transport: Koń - Halcon
Towarzysz: Wilk - Vegas
Właściciel: Bogota1992

Od Rei'a: Panienka w Bieli.

Rosalin, wbito nóż w plecy. Przepchnąłem się przez tłum. Zauważyłem Rosalin. Rosuś miała na plecach, ślad po dźgnięciu nożem. Podszedłem do niej a ona znów zwiesiła mi się na szyi.
-Reiuś! Co tu robisz?- Zapytała-Nie powinieneś być przy panience Yuzu?- Zarechotała. Śliczna krótka sukienka troszkę jej się poplamiła i porozrywała.
-Panienka Yuzu, odesłała mnie, żebym zostawił ją sam na sam.- Odpowiedziałem, dość pośpiesznie.
-Aha. Emmm a z kim?-Rosuś zachichotała po raz kolejny- Z jakimś uroczym szlachcicem?
-Heh... Akurat tym szczęściarzem, były czekoladki i fontanna białej czekolady, lodów o smaku mango i chyba... a tak, śmietanowym deserze z posypką owoców leśnych.-Zaśmiałem się rozbawiony, a Rosuś wraz ze mną, po chwili cały gwar na sali ucichł i nawet orkiestra przestała grać. Tylko my się śmieliśmy, jeszcze głośniej z powodu, że przez nas zapadła głucha cisza.Niechcący dotknąłem rany Rosalin. Spojrzałem najpierw na szkarłat na mojej dłoni potem na nią nie przestając się śmiać. Rosalin spojrzała na krew, ten widok obudził w niej demona śmiechu. Była od mnie trochę niższa.
-Ups, prawie zapomniałam- Powiedziała nie przestając się śmiać, Rosalia zarzuciła mi rękę na ramiona, zrobiłem to co ona.- A więc chodźmy muszę się przebrać- Krzyknęła a my ruszyliśmy w głąb korytarza. Zostawiłam ją w połowie drogi.
-Wybacz siostrzyczko ale, nie będę mógł ci towarzyszyć w dalszej podróży- Zaśmiałem się.- Muszę sprawdzić czy Panienka Yuzu nie zjadła całej czekolady.
-Rozumiem, braciszku powodzenia- puściła mnie i pobiegła dalej. Gdy szukałem panienki Yuzu, zobaczyłem ją z... jakimś młodym szlachcicem, blondynem, Miał ładne dziko-zielone oczy. Niestety panienka Yuzu nadal trzymała w dłoni pucharek z lodami tym razem były to na pewno lody jagodowo, truskawkowo, śmietanowe z dużą ilością bitej śmietany i trzema wisienkami na szczycie. ciekawe... Oooo ten szlachcic miał kucyka. Nie zauważyłem. No nic... miejmy nadzieje, że panienka Yuzu zrobi dobre wrażenie. Wszyłem przed zamek. Zimne ale przyjemne powietrze. Usłyszałem cichy chlupot, gdzieś koło fontanny. Oczywiście poszedłem zobaczyć, co się wydarzyło. Gdy tylko zobaczyłem... skamieniałem. Przy fontannie siedziała przepiękna dziewczyna. Miała zielonkawo niebieskie oczy, złote włosy, śliczną cerę, Przez chwile patrzyłem się tylko w jej przecudne oczy, i poczułem, że tonę. Była ubrana w śliczną prostą białą sukienkę, która podkreślała jej urodę. Dziwne uczucie wypełniło mnie i rozlało się po całym ciele. Poczułem lekki zawrót głowy. Dziewczyna dalej bawiła się lilią wodną. Spojrzała na mnie i tak patrzyła...

Minęła dość długa chwila zanim zdobyłem się na odwagę by przemówić.
-Wi-witaj -powiedziałem, zarumieniła się, ja raczej też. Ogarnęła mnie zakłopotanie. Kiedy ostatnio tak się zachowałem. - Mamy dziś prześliczny wieczór I ponownie zacząłem patrzyć w jej oczy.- I masz piękne oczy.- Powiedziałem niczego nieświadomy. Ona uśmiechnęła się? Miałem wrażenie jakby to było tak zwyczajne ale tak bardzo niezwykłe. Poprosiłem ją do tańca... Tak przy fontannie. Nie obchodzi mnie to teraz.
-J-jak się nazywasz?- Spytałem. Ona popatrzyła na mnie i bardzo cicho odpowiedział.Znalem skądś ten głos... ale nie wiem z skąd...
-Elis- Uśmiechnęła się znów ale od razu odwróciła głowę by to ukryć. Potem usłyszałem kilkakrotnie jej imię... ale wypowiadane przez...
-Reiś! Elis!-Krzyczała Rosalin. Nagle coś białego skoczyło na mnie i zaczęło drapać mą twarz. To była fretka... Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee.... Tylko nie fretka.
-Ayami- Pisnąłem. mój czarny kot zjawił się natychmiast... i zaczął drapać i psuć mój piękny kucyk. Zamiauczała tak jakby ją ze skóry obdzierano. Miało najpewniej to znaczyć ,,Nie patrz się tak na nią zboczeńcu!'' I wpadłem do fontanny. Futrzaki uciekły gdy tylko dotknęły wody, a ja siedziałem teraz cały mokry, w fontannie. Rosuś, pomogła mi wstać. A Elis Rumieniła się, nie wiem dlaczego... Ale... chyba trochę ją rozbawiłem. Usłyszałem cichy chichot, taki słodki... taki... niewinny? Niestety bardzo... emm... smutny? To Elis się śmiała. Rosuś zbledła i musiałem ją podtrzymać, żeby i ona nie wpadła do fontanny. Zarumieniłem się trochę... dziwne. Kiedy ostatnio byłem ,,taki'' przy dziewczynie. Czy ja... Cz-czy... czy ja się zakochałem?


Elis, Rosuś... Dokończy któraś?








Profil Amy Muris

Imię:Amy (ale większość członków klanu mówi na nią Sciurus)

Nazwisko: Muris

Wiek: 16 lat

Płeć: kobieta

Partner: Brak

Staż: 0

Charakter:Nie da się ukryć, że Amy nie jest duszą towarzystwa, a przynajmniej od czasu wstąpienia w szeregi asasynów. Jest dość cicha. Nie ufa prawie nikomu. Jest bardzo ostrożna, każda poważniejszą decyzję musi najpierw dobrze przemyśleć, no chyba, że działa pod naprawdę silnym impulsem. Sprawia wrażenie nieśmiałej, delikatnej i lękliwej. Och...pomyłka rzecz ludzka. W jednej chwili w jej oczach pojawiają się płomyki, które potrafią bardzo długo nie gasnąć. Jest zapamiętała, nie zapomni wyrządzonej jej krzywdy niezależnie od tego czy zamierza się mścić czy nie. Nie znosi gdy ktoś przypomina jej o pochodzeniu, ale cóż poradzić...Można jedynie to ignorować. W prawdzie jak już wspomniałam bywa impulsywna, ale na ogół jest bardzo spokojna. Inteligencja jest jej mocną stroną, można z nią porozmawiać jak z dorosłą. Przy przyjaznej atmosferze potrafi się zmienić nie do poznania. Sympatyczna, otwarta, wesoła. Chętnie korzysta ze swego wrodzonego talentu do branży kieszonkowej i łgania. Stara się jednak tego unikać.

Historia: Nie zamierzam nikogo oszukiwać. Pochodzę ze slumsów rozciągających się tuż obok Heat. Te ma się czemu dziwić. Duże miasto, dużo miejsc zatrudnienia. Takie ogromne ,a maleńkie za razem. Nie ma w nim miejsca dla ubogich, rzadko trafia się człowiek na tyle dobry by dać pracę zaśmierdłemu i najpewniej choremu mieszkańcowi slumsów. Dla mych przodków zabrakło miejsca w Heat, więc zamieszkali w tej zajeżdżającej zgnilizną galerii wszelkich chorób i epidemii.
 Do 9 roku życia nie znałam innego świata. Byłam nawet głęboko przekonana, że to jest dobre, że nie ma innych miejsc. Slumsy wokół Heat to nie byle wychodek, toż to wielki chlew! Smród i bród, odchody na ,,podłodze". Nigdy nie zapuszczałam się daleko w labirynt zaimprowizowanych domków i lepianek. Raz się jednak zgubiłam gdy bawiłam się z innymi dziećmi w chowanego. Dotarłam aż na sam skraj swojej małej ojczyzny i zobaczyłem je...Miasto Heat. Uznawałam je dotąd za krainę z bajki bez głodu i wrzodów. Wpatrywałam się oniemiała w to niezwykłe zjawisko. W kamienne mury, za którymi krył się wspaniały zamek królewski.
 Robiło się już późno, a ja nadal wpatrywałam się w mur. Potem znalazła mnie matka i odprowadziła do dziwnego zlepka różnych materiałów, który usilnie nazywała domem. Dla mnie jednak przestał być to dom bo zrozumiałam, że to tak na prawdę kilka desek, gliny i innych śmieci, których wyrzekli się mieszkańcy Heat lub podróżujący gościńcem wędrowcy.
 W wieku lat 12 wymknęłam się z domu i chowając się pod jednym z wozów przedostałam na teren miasta. Nie wolno było tam wchodzić ludziom mojego pokroju. Zachwycałam się strojami przypatrujących mi się z ukosa ludzi. Ucieszył mnie nawet widok psa nie pokrytego strupami i niedrapiącego się co pięć sekund. Po jakiejś godzinie zwiedzania wpadłam na głupi pomysł. Korzystając z nabytych w slumsach umiejętności ukradłam kilka guzików kilku zamożnym obywatelom, pozornie, przypadkiem na nich wpadając.
 Żaden się nie zorientował, ale jeden z patrolujących ulicę zbrojnych tak. Zaczął się pościg. Uciekałam przez całą południowa dzielnicę. Przez cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje i zdecydowanie to nachalne spojrzenie nie należało do żadnego ze zbrojnych. Zostałam zagnana do zaułka, już wyciągali ku mnie ręce gdy naglę na pomoc przyszła mi na pomoc pewna osobistość. A mianowicie obdarty chłopak starszy ode mnie może z cztery, pięć lat. Rzucił jednego kamieniem ogłuszając na chwilę. Reszta rzuciła się za nim. Wybiegłam z zaułka by zobaczyć co się dzieje. Obserwowałam jak żądni sprawiedliwości mężczyźni ścigają mego wybawcę. Oparłam się o ścianę budynku nie mogąc otrząsnąć się z szoku.
-Ekhem-usłyszałam chrząknięcie-Co się mówi gdy ktoś uratuje ci siedzenie?
Z przestrachem odwróciłam się ku chłopakowi. Szedł ku mnie od strony zaułka...musiał więc przejść po...dachach.
-Dz-dziękuję...-wydukałam.
-Nie ma za co. Jestem Passer-powiedział uśmiechając się od ucha do ucha-A przynajmniej tak mnie nazywają asasyni.
-Amy-odparłam wpatrując się niego przestraszonymi oczyma.
 I tak właśnie poznałam Wróbla. Dziś liczącego sobie dwadzieścia parę lat asasyna z klanu Ignis. Po tym spotkaniu wróciłam do slumsów z zamiarem pozostania tam już po kres swych dni. Jak się szybko okazało nie było mi to pisane, a pierwsze spotkanie z Passer'em nie miało być ostatnim.
 Ledwie dwa tygodnie po mojej ucieczce miasto najechali barbarzyńcy. Matki nie zastali w domu. Zmarła poprzedniego wieczoru- zupełnie jakby to przewidziała.
 Fala bid panicznie uciekających ze slumsów uderzyła w miasto. Bramę zemknięto pozostawiając nas na pastwę bandytów. Wydostałam się z tłumu i odeszłam na bok. Z przerażeniem obserwowałam zbliżających się konnych. Naglę usłyszałam znajomy głos.
-Łap się, Sciurus!
Spojrzałam w górę. Na murze stał nie kto inny,a Wróbel. Przy ścianie zwisała lina. Spanikowani slumsiarze rzucili się w te stronę na jej widok. Bez zastanowienia dopadłam linę i rozpoczęłam wspinaczkę. Strzała wbiła się w ścianę obok mnie. Usłyszałam ponaglający głos chłopaka i poczułam szarpanie liny. Nie tylko mnie życie było miłe. Na górze pomógł mi się wgramolić. Linę zostawił uciekającym. Wątpiłam by wielu się uratowało. Widząc nadciągających w naszą stronę zbrojnych chłopak pociągnął mnie za rękę i skoczył na wysoki dach po drugiej stronie. Poślizgnęłam się lądując. Postawił mnie na nogi i poprowadził przez mroki nocy. Podczas tej nocy mury miasta splamiła krew niewinnych ludzi, których z obawy przed epidemią nie wpuszczono w zbawienne mury miasta. Dopiero nazajutrz to sobie uświadomiłam. Tam mogły zginąć setki ludzi, w tym moja rodzina.
 Wróbel ukrył mnie w kryjówce jednego z asasynów-swojego nauczyciela. Tamten zgodził się mnie ukrywać do czasu swego powrotu do Scorcher. Gdy przyszedł dzień wyjazdu Passer'owi udało się go namówić na to by zabrał mnie ze sobą. Powołał się na to co widział w mieście. Opowiadał mu, że jestem naprawdę szybka, że mam palce starego kieszonkowca. Udało mu się przekonać mężczyznę, że po odpowiednim szkoleniu mógłby być ze mnie niezły pożytek.
 Na miejscu oczywiście poddano mnie wszelkim badaniom. Jakby nie patrzeć istniało ryzyko, że przytachałam jakąś chorobę. Zamiast tego znaleźli jednak coś ciekawszego, ale niepożądanego-talent magiczny. Pod przykrywką zwrócili się do jakiegoś maga i poprosili o zablokowanie mocy. Ten mimo swego zaskoczenia zgodził się mnie zblokować. Mieli na celu zabezpieczenie swego dobytku przed np. pożarem.
 Usłyszawszy, że nie mam nazwiska nadali mi je. Muris dla wyjaśnienia oznacza w dosłownym tłumaczeniu ,,mysz".

Klan: Ignis

Klasa: Assassyn

Rodzaje broni: Długi, lekko zagięty nóż ukryty w pochwie u pasa, czasem ma przy sobie też miniaturową kuszę, którą może przyczepić sobie do przedramienia(tuż przy nadgarstku)  i w huk wszelkich ostrych przedmiotów poukrywanych w całym stroju.

Transport: Koń Takan

Towarzysz: De

Właściciel: Margo5

Zdjęcie:
Assassin's Creed Female. by meowl

Król Estat Melo

Imię: Estat

Nazwisko: Melo

Wiek: 16 lat

Płeć: Mężczyzna

Charakter: Jest marzycielem.Uwielbia naturę i wszelkie książki o zwierzętach. Potrafi godzinami siedzieć i obserwować świat. Jednakże gdy jego poddani go potrzebują potrafi stać się w pełni dorosły. Może podejmować bardzo mądre decyzję oraz władać mieczem niczym zaprawiony wojownik. Jest on niczym uśpiony monarcha.

Rejon: Summer

Rodzina: Siostra Oma

Wygląd:
 
Estat

Oma

Profil ducha De

Imię: De(czyt.di)
Gatunek: kot
Cechy charakterystyczne: De jest jak większość kotów-kapryśny i uparty. To pieszczoch,a kiedy ma ochotę na drapanie za uchem natychmiast o tym informuje. Potrafi ładnie pozrzędzić.
Właściciel: Amy
Zdjęcie:
Cat by spocha

Profil Takan'a

Imię: Takan
Rasa: koń
Cechy charakterystyczne: Takan to typowy koń. Nie ma w nim nic niezwykłego. Jest może trochę narowisty, odrobinę nadpobudliwy. Świetny do długich podróży, choćby cwałem.
Właściciel: Amy
Zdjęcie:
RPS NonPlusUltra by abosz007

Od Rosalin

No nie wierzę! Tego jeszcze nie było! Ezruś nie umie założyć sukienki! I ja... Co? Ja mam jej pomóc nałożyć sukienkę. Westchnęłam, przerywając tym samym mój demoniczny śmiech. Czy o wszystkim wiedziałam? Oczywiście. Czy to był mój pomysł? Nie, ale mam w tym spory udział. Czy to już koniec? Nigdy w życiu! Na balu będę odpowiadać za ochronę. Mam pewne kontakty, które to doniosły mi, iż ktoś ma w planach kradzież na ogromną miarę. Nie wiem niestety kto, ale wiem, że coś takiego ma mieć miejsce. Nie ma to, jak mieć informatorów.  Skinęłam głową w stronę przebieralni, po czym sama ruszyłam w jej stronę. Dziewczyna szła za mną trzymając w rękach suknię i patrząc na nią, jakby było to nie znane jej dotąd urządzenie. Traktowała to, jak jakąś rzecz do korzystania z czarnej magii lub czegokolwiek, co zakazane. Uśmiechnęłam się delikatnie na tę myśl. Z Ezra sama sobie jakoś radziła, ale w końcu musiałam jej pomóc. Pożegnajcie się z jakimikolwiek opisami. Nie wiem, jak wyjaśnić taką bezsensowną sytuację. Gdy zobaczyłam efekt końcowy byłam... Zachwycona! Ona powinna częściej się tak ubierać! Uśmiechnęłam się ponownie, jednak nie tak demonicznie, jak zazwyczaj. Przyprowadziłam ją przed oblicze króla, który aż promieniał z radości. Dosłownie - niesamowite! Jest taka śliczna~!
- No Rosa! Dobra robota! Od samego początku do teraz. Oby tak dalej - otrzymałam pochwałę. Cicho podziękowałam. JA cicho! To dopiero sensacja! Dziewczyna się zarumieniła.
- Czy mogę się już przebrać...? - spytała ledwie słyszalnie. Była lekko przygarbiona, a także nie pewna siebie. Moja szczęka spadła. Przytuliłam ją złośliwie.
- Jesteś taka słodka~! - krzyknęłam tak, abyśmy tylko my troje to słyszeli.
- Rycerz...Rycerz nie powinien być s-słodki... - powiedziała lekko urażona, jednak dalej nieśmiałym tonem, jąkając się. Tak, zdecydowanie jest urocza. Chwila... Chwila...
- Ezra! Ty chyba nie umiesz tańczyć! Mylę się, prawda? - spytałam się jej z nadzieją. Nastała niemiłosierna cisza. Nie potrafi... - Magna, może więc ty ją nauczysz? - rzuciłam pomysł, licząc, że wypali. Jego wysokość jedynie pokiwał głową.
- Ale ja nie mogę marnować króla czasu! Król ma na pewno wiele innych rzeczy na głowie...! - usiłowała się z całych sił wymigać od tańca. Władca uciszył ją jednym gestem i stwierdził, że to rozkaz. Ona, mimo problemów, uszanowała go i po chwili rozpoczęła się kilkugodzinna lekcja tańca. Słuchanie jej ciągłych przeprosin było już irytujące! Już od pierwszego dnia! Pod sam koniec lekcji do sali w której ćwiczyli, wszedł sam brat króla! Co on tutaj robi?
- Cóż to za urocza panienka? - zapytał swym srogim tonem. Jest zdecydowanie wredny, nie tak, jak ja. On jest po prostu wredny. Dotąd miałam na twarzy delikatny uśmiech, lecz teraz zmienił się w moją poważną minę. Nie wiedział, kim jest Ezra. Pozostaje, wymyślić coś na szybko...
- To moja przyjaciółka, panie. Jej imię to Elis - wyjaśniłam z lekkim pokłonem, mimo mego braku szacunku do niego. Każdy powiada, iż jest znacznie gorszy ode mnie. Jest podstępny, ale wielu nazywa go "słodkim, jednak wrednym". Osobiście uważam, że nie jest ani trochę uroczy. To wszytko jest bez najmniejszego sensu. Pomijając pozostałą część rozmowy (była nudna), do ostatniej chwili trenowali taniec.

W dniu balu

Obserwowałam pojawiających się gości. Liczyłam, iż wypatrzę w tłumie panienkę Yuzu i Rei'a. Ta dwójka wydaje się naprawdę ciekawa. Dzisiejszy dzień będzie naprawdę interesujący... Gdy już wszyscy zaproszeni weszli do sali balowej, ja również tam poszłam. Drzwi zostały zamknięte. Dostrzegłam króla rozmawiającego z pewną nie dawno poznaną przeze mnie młodą damą wraz z jej sługą. Podeszłam powoli od tyłu do chłopaka i powiesiłam mu się na szyję. 
- Witaj Reiusiu, mój bracie~! - przywitałam go, a on się zaśmiał  psychicznie. Zawtórowałam mu, a pomiędzy naszym śmiechem usłyszałam od króla "No tak, to Rosa", a od panienki "No tak, to Rei". No cóż... Mieli rację~! Po krótkiej rozmowie, zostawiłam ich w trójkę oraz poszłam poszukać Ezry. Gdzie ją zastałam? Zakłopotaną pomiędzy nie małą grupą mężczyzn! Przyciąga uwagę, nie ma co! Wyciągnęłam ją i zaprowadziłam do naszego pana.
- Magna, proszę, pilnuj jej. To się może źle skończyć, jeśli będzie się wokół niej tylu kawalerów kręcić - szepnęłam cichutko i ruszyłam, aby wszystkiego dopilnować. Moją uwagę przykuł jeden z gości, wychodzący z pomieszczenia do którego nie było wstępu. Ponad to chował jeden z naszyjników świętej pamięci królowej pod marynarką! Nie ma mowy o pomyłce! Tylko ona takie nosiła! To pamiątka po niej. Nie będzie tak łatwo. Wyciągnęłam moje ostrza, ukryte pod sukienką. Jak zwykle krótką, bo jeśliby nie była, to nie byłabym ja. Z chłodnym wzrokiem przygwoździłam mężczyznę do ziemi, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Wszyscy popatrzyli się w naszą stronę. 
- Czego chcesz, szalona kobieto?! - wykrzyknął pytanie.
- Oddawaj - odpowiedziałam oschle na jego pytanie z moim wzrokiem seryjnego zabójcy.
- O czym ty mówisz?! - krzyknął kolejne pytanie. Bez odpowiedzi wyciągnęłam z jego kurtki cenny wisiorek i pokazując go wszem, i wobec. 
- To nie jest twoją własnością - stwierdziłam obojętnym tonem. Poczułam dźgnięcie obok prawego barku. Spojrzałam za siebie jednocześnie nie odrywając wzroku od złodzieja. Stał tam inny mężczyzna z nożami w rękach. Och, czyli było ich dwóch... No słodko. Powalił go w miarę szybko na ziemię, uważając, aby nie poruszać mięśniami wokół ostrza.
- Mógłby mi ktoś wyciągnąć ten nóż z pleców?! - nakazałam zdenerwowanym tonem. Nie wiem kto, ale ktoś to zrobił. Strażnicy zajęli się dwójką złodziei, a ja podeszłam znów do władcy. Skłoniłam się lekko w pogardzie dla samej siebie.
- Proszę mi wybaczyć to zamieszanie oraz zniszczenie sukni, którą od waszej wysokości dostałam - przeprosiłam go ze skruchą w głosie. Położył mi rękę na głowie i z uśmiechem powiedział:
- Nic się nie stało. Ważne, że jesteś cała.
Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego pana. Odwróciłam się do tłumu i w imieniu króla krzyknęłam "Nie przejmujcie się tym incydentem, bawcie się dalej!"

Rei, jak twoje przeżycia? Opiszesz?

czwartek, 19 lutego 2015

Od Ezry

Gdy w końcu białowłosy opuścił nas spojrzałam na Rosalin. Doprawy, przesadziła z tym całym "rodzeństwem". Jak można aż tak spoufalać się z obcymi?
-Można o ile mamy psychike na równym poziomie-stwierdziła Rosa niepytana. No tak, znów odzywa się jakby czytała mi w myślach. Spojrzałam w niebo. Rzeczywiście klimat tutaj zupełnie różnił się od regionu Winter. W tym miejscu idealnie widać było zielono-żółtą poświatę. Tymczasem w naszym rejonie pewnie zawitał już mrok oraz widoczne stawały się pierwsze gwiazdy. Mimo wszystko chciałam tam jak najszybciej wrócić. Nagle poczułam lekkie drgania powietrza. Za mocne na zwykły wiatr, za lekkie na rozłożyste skrzydła. Tristan.  Już po chwili obok mnie znalazł się dostojny, połyskujący złotem smok o śnieżno-białych piórach. Jak zawsze zjawił się gdy go potrzebuje. Podeszłam do niego delikatnie gładząc dłonią jego błyszczące łuski. Lubiłam ich gładkość. Ponownie wróciłam wzrokiem do Rosalin.
-Możemy w końcu wrócić?-zapytałam nieco oshle jednak z nadzieją w głosie. Jedyne co chciałam teraz zrobić to ponownie znaleźć się u boku króla ściskając rękojeść Certaofinusa. Dla kogoś może być to nudzące zajęcie, jednak ja wręcz je uwielbiam. To że mogę znajdować się tak blisko króla...To że na mnie polega...Chce żeby to nigdy się nie zmieniło.
-No nie wiem...W sumie to odwiedziłabym jeszcze parę miejsc-odparła z uśmiechem. Chyba żartuje...Nie ma nas długo. Wystarczająco długo. Racja król ma także innych podwładnych i nie wątpie w wadliwość jego ochrony nawet jeśli mnie nie ma, ale...-Tak, tak żartuje. Nie martw się Ezruś, możemy wracać!-powiedziała ze śmiechem. Dla wielu był on przerażający jednak po dłuższym okresie czasu da się do niego przywyknąć. Odetchnęłam z ulgą. Owszem w każdej chwili mogłam wrócić sama. Jednak gdyby Rosalin coś zrobiła wina leżałaby także po mojej stronie bo jej nie pilnowałam. Co prawda to ona jest starsza, ale...To dość skomplikowane. Z drobnym, niezauważalnym wręcz uśmiechem wsiadłam na Tristan'a. Nie czekałam długo nim smok zaczął lot. Będąc nad ziemią przyglądałam się mijanym krajobrazom. Rzeczywiście, nigdy wcześniej nie otwierałam się na resztę świata. Wystarczy mi nasze Winter. Nie ma potrzeby abym kiedykolwiek ponownie je opuszczała...Bynajmniej nie bez króla. Po wylądowaniu zręcznie zeszłam na ziemię. Nie zważając na to czy Tristan odleciał ruszyłam pośpiesznym krokiem w kierunku sali tronowej. To tam najczęściej przebywał król. Tempo mojego kroku było niespokojne. Dźwięk udania mojego obuwia o posadzke z każdą chwilą stawał się coraz szybszy. Chciałam wiedzieć czy królowi nic nie jest. Czy na pewno nic mu się nie stało. Szybko weszłam do pomieszczenia w którym ujrzałam króla siedzącego na swym wielkim tronie. "Na szczęście" przeszło mi przez myśl. Dopiero teraz zauważyłam obok mnie Rosalin. Czy także szła tutaj cały ten czas? Król widząc nas uśmiechnął się i podniósł z tronu.
-Wreszcie wróciłyście!-powiedział radośnie. Uwielbiałam patrzeć na jego uśmiech, roześmiane oczy...W końcu szczęście mojego władcy jest moim szczęściem. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Momentalnie pokłoniłam się z cichym stukotem uderzając jednym z kolan o podłoże. Moja głowa skierowała się jak najbardziej ku ziemi.
-Witaj Magna-powiedziała Rosalin także pokłaniając się.
-Wybacz za naszą tak długą nieobecność, wasza królewska mość-dodałam dalej zostając na ziemi. Nie śmiałam nawet drgnąć póki król się na to nie zgodzi. Prawdziwy rycerz nie może zrobić niczego bez zgody swojego władcy. Odezwać się, ruszyć, a nawet oddychać. Osoba nie przestrzegająca tych zasad i podająca się za rycerza nie może się nazywać tym mianem. Jest jedynie zwykłym śmieciem.
-Dobrze, dobrze odpuśćmy te wszystkie "formalności". Ezra wstań-nakazał beztroskim głosem. Mimo jego tonu najszybciej jak potrafiłam zastosowałam się do rozkazu. Po sekundzie stałam prosto z uniesioną głową-A teraz za mną. Mam nową niespodziankę!-dodał z tajemniczym uśmiechem, a następnie ruszył do jednej z komnat. Ruszając za nim spojrzałam na Rosalin. Wyglądała jakby świetnie wiedziała o co chodzi i powstrzymywała śmiech. Wszystko to było podejrzane, jednak nie wątpiłam w mojego króla. Gdy znaleźliśmy u celu królewska ekscelencja wskazał na sukienkę. Była to biała sukienka. Wyglądała jak śnieg który dopiero co spadł. Lekko połyskiwała w świetle panującym w pomieszczeniu. Miała zupełnie prosty krój. Drobne wycięcie na plecach zakończone było kokardą. Podobna do niej, jednak większa związywała całą sukienkę z tyłu. Choć nie było w niej niczego szczególnego miała w sobie coś co przyciągało wzrok. Trzeba było przyznać, że król miał świetny gust.
-Ezruś czyżby ci się spodobała?-spytała z wrednym uśmieszkiem Rosalin. Rzeczywiście była przepiękna jednak...To nie moja bajka. Jestem rycerzem który nigdy nie może ujawnić swojej prawdziwej tożsamości.
-Jest przepiękna, jednak...-chciałam kontynuować, ale król przerwał mi gestem ręki. Spojrzałam na niego pytającymi oczami. On posłał w moją stronę uśmiech, ściągnął sukienkę z manekina i podał mi ją.
-Idź i ją przymierz-nakazał. Zamrugałam dwa razy. Czy ja dobrze słyszałam? Nie chcę kwestionować zadnia króla jednak...Nie wiedzieć czemu po raz pierwszy w życiu zaniemówiłam. Po co miałam mierzyć sukienkę? Rosalin widząc moją reakcje od razu wybuchła demonicznym śmiechem. Król także cicho się zaśmiał jednak znów postanowił przemówić-Ezra, no dalej! Hm...Wiesz jak to założyć?-zastanowiłam się nad jego słowami. Tak właściwie dawno nie ubierałam tego typu ubrań. Ostatni raz byłoby to...10 lat temu.
-Nie jestem pewna. Przepraszam-odparłam poważnym tonem. Król zrobił minę jakby chciał powiedzieć "Za co przepraszasz?" i westchnął. Wyglądał jakby zamyślił się nad rozwiązaniem. Jak mogłam doprowadzić do tego aby mój władca musiał nad czymś się głowić? To okropne...
-Już wiem!-zawołał nagle więc mój wzrok od razu do niego wrócił-Nie chciałbym, aby ktokolwiek więcej dowiedział się o naszym "małym" sekrecie na temat mojego wiernego rycerza, jednak...Rosalin czy mogłabyś jej pomóc?

Rosalin, twoja odpowiedź?

Od Rei'a

    Panienka Yuzu była zachwycona Rosalin. Uśmiechnęła się i uciekła znów... Eh... co ja z nią mam? Uśmiechnąłem się w podzięce do Rosalin. Miło, że jest wyrozumiała, panienka Yuzu... jest jeszcze bardzo młoda. Sięga mi do... ramion? No tak mniej więcej. Oczy ma koloru wrzosów, nosek jest mały i smukły troszkę zadarty do góry. Usta, są dość smukłe.. wąskie. Mocno nasycone czerwienią. Często się śmieje. Skórę na twarzy pod oczami pokrywają rozległe różowe rumieńce. Skórę ma bladą, ale zdrową. Włosy zaplata w warkocz który zazwyczaj przewiesza sobie przez ramie, ten warkocz... jest długi... tak długi że sięga jej aż za biodra. Włosy ma jasno brązowo złote. Uwielbia przyrodę, koty i konie. Gustuje w barwach i jasnych fioletu i granatu. Ma jeszcze kokardę, liliową ale to drobny szczegół. Czasami nie zachowuje się jak panienka, ale jest dobrze wychowana. Mam szczęście, że trafiłem właśnie na nią. No cóż. Ma charakter dość buntowniczy. Nie jest przesądna. Spojrzałem jeszcze raz na Rosalin.Była to śliczna białowłosa dziewczyna, nie byłem w stanie określić koloru jej przecudownych oczu. Była dość... em jak by się tu wyrazić. Zgrabna. Miła ładną twarz i przyjemny odcień skóry. Emm... Rycerza najpewniej też bym opisał gdyby choć na chwile nie udawał sardynki i wyszedł z tej puszki otwierając się na świat. Ale nie to nie. Zawiał mocniejszy wiatr, i zwiał kolorowe liście na okno, panienka bez zastanowienia skoczyła na stół otwierając okno.
-Panienko, mamy gości, czy mogłabyś choćby troszkę kulturalniej się zachowywać- Stwierdziłem, wydając z siebie dość przeciągły i głośny jęk.
-Wiem Rei, ale czemu mam ukrywać tym kim jestem, nic na to nie poradzę. Lubie być- Zastanowiła się chwile po czym uśmiechnęła się i odpowiedział- Sobą.
Rosalin zachichotała. Rycerz najwyraźniej, troszkę znudził się tą sytuacją. Dlaczego nie odleci? Czyżby pilnował Rosali?
-Dobrze panienko, nie będziemy panience przeszkadzać, pójdziemy już- Rosa powiedziała to... ładnie? Czy można powiedzieć coś ładnie? Nie wiem.
-Och... no tak pewnie macie dużo do przygotowania- Zamyśliła się panienka Yuzu.- niech chociaż Rei, was odprowadzi taka ma wola- Zrobiła poważną minę a potem zachichotała. Zeskoczyła ze schodów i wróciła do swojego pokoju. Wyszliśmy na zewnątrz. Było trochę zimno... Odprowadziłem siostrę i jej przyzwoitkę płci męskiej, pod... las... tak las...
-To do zobaczenia Rosuś!- Pomachałem panience w białych włosach. Uśmiechnęła się i wsiadła na swojego ślicznego ogromnego trochę przerażającego wilka ze skrzydłami. Odmachała mi.
-Do zobaczenia Reiuś!- Przyzwoitka w puszce z piorunowała ja wzrokiem... nie podoba się chyba jemu... co wyprawia jego...... em właśnie... przyjaciółka? Gdy wróciłem przyrządziłem kolacje coś tam robiłem nie, nie chcę mi się tego opisywać. Wieczorem, gdy na niebie był już księżyc a na zachodzie malowała się piękna zielono-żółta poświata. Usiadłem na parapecie, mojego okna, boso... Może ten rycerz to tak naprawdę dziewczyna... kto wie. Ale to już nie moje sprawy, i nie mam zamiaru się wtrącać. Chciałbym tylko poznać ją bez tej puszki. Ayami, z znikąd pojawiła się koło mnie, otarła o mój bok i wymruczała coś w stylu ,,chciałbyś z kimś się związać tak na serio?'' Ona chyba czyta mi w myślach.

I jak tam panie? Bezpiecznie doleciałyście?

środa, 18 lutego 2015

Od Ezry

Dlaczego wszystko tak się potoczyło? Było to jedno z pytań które nie chciało opuścić moich myśli. Nie potrafię pojąć tego, iż król pozwolił nam tak po prostu na dzień wolnego. Rycerz nigdy nie powinien opuszczać swego pana i stać wiernie przy jego boku. Mimo tego obecnie jestem w zupełnie innym regionie wysłuchując rozmowy assasinki oraz szlachcianki dla której nie pracuje. Najchętniej ulotniłabym się stąd na moim smoku, jednakże nie mogę zostawić Rosalin samej. Nie uważam, że jest nieodpowiedzialna. Po prostu to co potrafi czasem zrobić jest poza zakresem myślenia racjonalnego człowieka. Na dodatek wszystkie powinnam przejmować się także balem który odbędzie się już za parę dni. Prawdopodobnie znów będę musiała dowodzić całą strażą oraz co się z tym wiąże zadbać o bezpieczeństwo wszystkich gości i króla.  Moje przemyślenia przerwało pytanie panienki Yuzu...A raczej odpowiedź Rosalin. Świetnie wiedziałam, iż udzieliła jej aby zrobić mnie zdenerwować. Jakież to do niej podobne. Po odejściu gospodyni podeszłam z cichym szczękiem zbroi do mojej "przyjaciółki".
-Powinniśmy wracać-stwierdziłam poważnie cichym, lekko obniżonym głosem. Owszem, głos rycerzy jest dostojny i donośny. Nie widzę jednak potrzeby w używaniu go teraz. Przez głośne mówienie łatwiej jest dosłyszeć w moim głosie kobiece brzmienie. Jeśli ktokolwiek dowiedziałby się o tym, że nie jestem mężczyzną mogło by się skończyć problematycznie. Co gdyby...Odebrano mi status rycerza? Niewyobrażalne. Nie mogłabym służyć memu panu. Nie napotkałam nikogo kto byłby bardziej wspaniały od niego. Jest dobroduszny i miły, jednak jeśli musi bezwzględny. Cechuje go też inteligencja, dobroduszność, niezwykła odpowiedzialność...Doprawdy mogłabym wymienić tak wiele jego zalet! Odrzuciłam jednak swoje rozmyślenia o niesamowitości pana Heimes'a i ponownie spojrzałam poważnie na dziewczynę od której oczekiwałam odpowiedzi.
-Nikt nie każe Ci tu zostać. Dobre relacje ze szlachcicami są ważne. Można później załagodzić niepożądane spory...-odpowiedziała. Rzeczywiście w tej kwestii miała racje. Czasem zapominam o tym, że mimo jej codziennego zachowania posiada także inną stronę. Westchnęłam bezgłośnie i oparłam się o Certaofinus, pamiętając jednak o tym aby moja postawa dalej wyglądała prosto oraz dostojnie. Zgadzałam się z Rosalin jednak dalej przepełniało mnie mnóstwo zmartwień.
-Co jeśli podczas naszej nieobecności ktoś przyszykował zamach na króla?-spytałam głosem wyrażającym trochę więcej emocji niż zazwyczaj. Przecież to było możliwe! Albo co jeśli...Zamek się zawalił!? Lub napadli na niego złodzieje!? Bądź stało się cokolwiek przez co nasz wspaniały król by ucierpiał!? W końcu...To byłaby moja wina. Jestem jednym z jego najbardziej zaufanych rycerzy. Nie powinnam go opuszczać...
-Po pierwsze, masz paranoje-stwierdziła. O ile się nie myliłam w jej głosie było słychać lekkie zmartwienie. Jednak myślę, iż to ona przesadza. Ja i paranoja? Może...Może przejmuje się nieco za bardzo, ale nie sądzę bym zmieniła się w paranoiczkę. Bez żadnego komentarza pozwoliłam jej kontynuować jej wypowiedzieć-Po drugie, myślisz, że tego nie sprawdziłam? Król od tak sobie nie dał nam wolnego!-dodała z odrobiną pogardy. To także było prawdą...W końcu nasz król był nadwyraz inteligenty. Na pewno to wszystko przemyślał. Jak mogłam w niego przez choć chwilę wątpić? Po raz kolejny westchnęłam. Otworzyłam usta aby coś powiedzieć jednak w tej samej chwili do pomieszczenia wróciła panienka Yuzu. Od razu przestałam opierać się o Certaofinus i wróciłam do sztywnej rycerskiej postawy. Miała na sobie śliczną, balową suknie która podkreślała jej piękno. Wyglądała dosłownie bajecznie. Zrobiła jedno kółko po czym zatrzymała się.
-I jak wyglądam?-zapytała z uśmiechem. Jako że nie znam się na tego typu sprawach postanowiłam powstrzymać się od komentarza. Rosalin jednak postanowiła od razu zareagować.
-Równie idealnie, a nawet bardziej, niż wcześniej, panienko -odparła także posyłając panience Yuzu uśmiech. Nie rozumiem jak można posiadać taką umiejętność przymilania się. Choć czy to po prostu nie aktorstwo? Nie ma co nad tym rozmyślać, to nieistotne. Nie zważają na dalszą treść rozmowy wróciłam myślami do tego co może robić teraz król...

Rei? Może ty też coś powiesz?

wtorek, 17 lutego 2015

Od Rosalin: Wszędzie duchy...

Razem z Ezrą poszłam do wioski, gdzie chciałam o coś spytać. "Ta która przemawia"... Słyszałam o niej nie raz w trakcie moich podróży i wszelkich misji, w tymże rejonie. Obiło mi się o uszy, że była dziewczyna, która umiała zobaczyć i usłyszeć duchy bez "więzi". Normalnie nie powinno być to możliwe, ale podobno jest z klanu Vita... Słyną z najwybitniejszych magów naszego świata. Jest jedną z niewielu osób, które mają na starcie mój szacunek. To były tylko plotki, więc nie miałam pewności czy są prawdziwe. Gdy szłam do drzwi jakiegoś domu, Ezra była nadzwyczaj gadatliwa...
- Po co tam idziemy? Nie może wrócić? I tak nas tu nie chcą, więc czemu? - zadręczała mnie. Odpowiedziałam jej krótko "Bo chcę wiedzieć. Możesz wrócić." i zapukałam do drzwi. Otworzyła mi kobieta w podeszłym wieku oraz zadała pytanie, czego chcemy.
- Miałabym pytanie czy w tym lesie naprawdę mieszka Qui Loquitur? Znana jako Kage Roven? - odpowiedziałam pytaniem. Dama skinęła głową, a ja pożegnałam ją i ruszyłam w stronę lasu, ignorując narzekania Ezry. Gdy pragnęłyśmy przekroczyć rzekę, natknęłyśmy na niedźwiedzie. Nagle pojawiła się "Ta Która Przemawia". Zadałam jej pewne pytanie i przeskoczyłam rzekę. Z niewidocznym zawstydzeniem, pokłoniłam się lekko przed nią.
- Niezmiernie mi przykro. Liczę, że ty i twoi przyjaciele wybaczycie mi mą głupotę i nietaktowność - przeprosiłam. Chciałam się odwrócić i odejść nie czekając na jej odpowiedź, lecz coś mnie powstrzymało. W jednej chwili, obok mnie, pojawił się białowłosy chłopak. Kot, najpewniej jego duch, przytulał się do Kage, a potem do mnie. On zaczął się psychicznie śmiać, a ja uczyniłam ponownie. Tak dla psychozy, przytuliłam go.
- Witaj siostro - powiedział.
- Witaj bracie - zaśmiałam się. Ezra pewnie, jak zwykle w takich sytuacjach, patrzyła się na mnie.
- Ale ty nie masz rodzeństwa - stwierdziła swoim cichym głosem. Musi uważać, lepiej aby mój "brat" nie dowiedział się o jej sekrecie.
- Ale możemy to sobie wmówić - uznaliśmy w tym samym momencie. Jak to się skończyło? Kolejny śmiech. Brzmimy, jak dwa demony. No cóż! Niech tak pozostanie!
- Jestem Rosain - przedstawiłam się w końcu.
- Witam księżniczko, jestem Rei - śmiałam się głośniej po słowie "księżniczka". Ja księżniczką? Nawet nie w snach! - Kymm… Ten to nie wypada tak przy damach i… rycerzu stać tu bezczynnie. Czy może… Zapraszam do mojego domu, oczywiście jeśli chce któraś z was nie jeśli nie od razu się stąd wyniosę - stwierdził chłopak.
- Jesteśmy tu nie mile widziani, więc lepiej chodźmy stąd. Ezruś~! Chodźmy już! - zawołałam ją. Usłyszałam jej westchnienie, ale mimo to, ruszyłyśmy za chłopakiem. Po drodze trochę z nim rozmawiałam. Jako psychopaci mamy naprawdę wiele wspólnego. W końcu dotarliśmy do dość okazałego domu. Popatrzył na mnie, jakby licząc, że powiem coś w stylu "Niesamowite". Budynek faktycznie był imponujący, lecz mniejszy i mniej okazały od zimowego zamku. Wybiegła do nas młoda dziewczyna. Wyglądała na panienkę Yuzu, król mi ją opisywał. Ezra zapewne widziała, gdyż bywała w zamku, jeszcze przed moim pojawieniem się tam. Spojrzałam na moją towarzyszkę, jakbym próbowała spytać czy to ona. Skinęła niemal niewidocznie głową.
- Witam! - powiedziała z uśmiechem. Lekko się pokłoniłam.
- Miło mi Cię w końcu poznać, panienko Yuzu - odpowiedziałam jej. Dziewczyna w zbroi, również złożyła delikatny pokłon. Zastanawiam się, jak ona wytrzymuje w tym żelastwie... Zaprosili nas do środka. Dostrzegłam wiadomość, którą pan kazał mi wysłać. Było to zaproszenie na bal i to na mnie spadł obowiązek pisania oraz wysyłania liścików. Panowała cisza.
- Dostała już panienka, jak mniemam, zaproszenie na zimowy bal? - zadałam pytanie, aby rozpocząć jakąkolwiek konwersację z naszymi gospodarzami.
- Och, tak. Skąd wiedziałaś? - nie przestawała się uśmiechać, podczas, kiedy ja miałam trochę obojętną minę. Ach, ciekawie, nie powiem.
- Oczywiście, iż wiem. Osobiście wszystkiego dopilnowałam - odpowiedziałam na jej pytanie.
- Służysz królowi Heimes'owi? Nigdy nie widziałam cię w zamku. Chociaż nie byłam tam już jakieś dwa lata... - powiedziała nieco nieśmiało, lecz nadal z uśmiechem.
- Służę tam od dwóch lat. Ja również nie miałam okazji panienki poznać - odparłam swobodnie, jednak nie przesadzałam z tym. Koniec, końców, to nadal szlachcianka. Muszę uważać na to, co mówię. Gdybym się zapomniała... Cóż by była to za hańba! Jaki wstyd!
- Och, mogłabym wam pokazać moją sukienkę? - zadała pytanie z pewniejszym uśmiechem. Skinęłam głową, jakby na złość Ezrze. Panienka poszła ubrać suknię.

Ezra? Dokończysz?

Od Rei'a

Coś pacnęło mnie w policzek. Poczułem małą łapkę miękką  i puszystą. A potem znów uderzenie, troszkę mocniejsze. Otworzyłem oczy.  Spodziewając się nagłego  blasku porannego światła.  Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem niebo a na nim dwa rozmazane księżyce, z wygryzionym środkiem. Nagle dwa księżyce się odsunęły a mnie oślepił strumień czerwonego światła. Zamknąłem szybko oczy. Po ich otworzeniu spostrzegłem Ayami. Jak zawsze patrzyła na mnie z góry.  Zamiauczała coś pod nosem, co odebrałem jako przekaz ,,Panienka Yuzu  już wstała leniu, złaź z tego łóżka bo znowu dostaniesz po mordzie’’ Zeskoczyła ze mnie i powędrowała najpewniej do panienki. Podniosłem się stając na łóżku.  Powoli doszyłem do szuflady, ubrałem się w szczegółach opisywać raczej nie będę chociaż wiem, że niektóre panie z chęcią by posłuchały. Mniejsza. Zeszedłem po krętych schodach. Na parterze zajrzałem jeszcze do pokoju panienki. Jak zawsze panował tam chlew. Ta młoda panna nie zachowuje się jak należy ale, trzeba ją tego nauczyć. Panienka ma dopiero niecałe 16 lat. Wszedłem do pokoju. Zaścieliłem jej łoże, zebrałem brudne naczynia, i inne takie. Choć nie było mi wolno zaglądać do cudzych szafek, otworzyłem jedną z szaf. Raczej otworzyłbym gdyby ta nie stawiała oporu.  Złapałem, obiema rękami uchwytu i pociągnąłem do siebie. Szafa zaskrzypiała a na mnie spadła lawina ubrań. Przycisnęła mnie, był to tak wielki stos, że ważył chyba 20 kilogramów. Powoli wyczołgałem się z pod sterty brudnych ubrań. Stanąłem przed oto wierzą Eiffela i westchnąłem ciężko.  Do pokoju weszła najpierw Ayami która gdy ujrzała tą oto stertę brudnych ubrań tak się przeraziła, że podskoczyła chyba na dwa metry i zniknęła gdzieś w głębi korytarza. Potem weszła panienka Yuzu. Zaśmiała się, a ja dopiero w tedy spojrzałem na nią. Była w samym ręczniku który ledwie zakrywał jej biodra. Cofając się z przerażenia i zakłopotania wypadłem przez okno lądując  w korycie z wodą.
-Co ci Rei?- Zapytała panienka wychylając się przez okno. Swoje piersi oparła na parapecie tak, że uwypukliły się i zamieniły w dwie bułeczki. Zakryłem oczy. Ach ta panienka. Czy ja to nigdy nie znudzi.
-Panienko czy łaskawa byś była w coś się ubrać zanim pokarzesz się swojemu biednemu słudze?
-Emm po pierwsze, nie mam się w co ubrać, wszystko śmierdzi- Wskazała na stertę ubrań.- Po drugie nie jesteś moim sługą tylko wojownikiem albo podwładnym. Po trzecie, wolałbyś bym zjawiła się nago? Myślałam, że już naoglądałeś się w swoim, życiu nagich kobiecych ciał.- Szczera do bólu.
-Niech panienka nawet o tym nie myśli! Wie panienka, że zachowuje się niewłaściwie? To, że panienki rodzice zgodzili się by panienka zamieszkała osobno w tym domu to nie znaczy, że panienka może się tak zachowywać.
-Tak..Tak..- Powiedziała ospale, -idę coś przeprać na dworze a ty w tym czasie zrób śniadanie.
-Panienka nie musi, pojadę zaraz do miasta i kupie jakieś rzeczy panience. Ayami dotrzyma panience towarzystwa.  Ayami!- Zawołałem ją. Ona zjawiła się już po chwili. Usiadła na parapecie. I zamiauczała coś w stylu ,,no już idź po te ubranie’’.  Wstałem  z tego  koryta i powędrowałem do stajni.
-Nie chciałbyś może się przebrać Rei? Jesteś mokry- Zawołała panienka.
-Niech się panienka nie  martwi nie jestem z cukru i się nie roztopię.


Na Mieście


W ręku trzymałem już sukienkę dla panienki ale postanowiłem jeszcze kupić jej suknie balową. Mam przeczucie, że nadchodzi jakieś bardzo ważne wydarzenie w moim, życiu i oczywiście szykuje się też bal… Chyba. Po powrocie do domu omal mnie nie oślepiono. Wszystko się błyszczało i wyglądało tak ślicznie i takie tam, wpadłem do pokoju i zastałem bardzo dziwny widok. Panienka Yuzu składała wyprane ubrania a Ayami myła okno, raczej wycierała. Miała do łapek przywiązane jakieś skrawki materiałów.
-Cóż to za okazja?- Zapytałem radośnie- Czy wy chcieliście bym umarł na zawał!
-No cóż, to był pomysł Ayami- Powiedziała panienka. Eh… Ayami ty podstępna kocico jak to zrobiłaś!?
-Dobrze- Przykląkłem przy panience pokazując jej sukienkę. Jak wyglądała? Była biała, w tali miała naszytą koronkę, i purpurową wstążkę. Rękawy były krótkie zakrywały tylko panience ramiona, każdy z rękawów był obszyty koronką, i wstążeczką. Sukienka sięgała trochę za kolana. – Chciałabyś może przymierzyć? Mam jeszcze jedną niespodziankę panienko.
-Ojej dziękuje- zabrała mi z rąk sukienkę z rąk i pobiegła do… właśnie gdzie pobiegła? Nie ważne. Podszedłem  do Ayami. Zdjąłem jej złap ściereczki.
-Jak tyś to zrobiła podstępna kocico?- Zapytałem. Znów zamiauczała ,,Każdy ma swoje sposoby’’ –Acha… ej wiesz myślałem ostatnio nad takim tekstem ,,moja strzała miłości przebije wszystko’’ Heh niezłe?- Ayami, przewróciła oczami i uderzyła się łapą w czoło.- No dobra choć, idziemy zrobić śniadanie. – I poszliśmy do kuchni. Gdy śniadanie było już gotowe, zeszła panienka w białej sukience.
-I jak?- Zapytała się.- Ładnie wyglądam?
-Bardzo ładnie panienko, ale naleśniki czekają. – Obróciła się jeszcze kilka razy, i przysiadła do stołu. Zjadła dość łapczywie. Gdy skończyła jeść, przez otwarte okno wleciał biały gołąb. Przy nóżce miał małą karteczkę. Panienka Yuzu, złapała gołąbka, odwinęła liścik i wypuściła go. Przeczytała na głos.
-Zapraszam na zimowy bal w zamku w rejonie Winter. – Potem szemrała coś pod nosem. Podskoczyła z zachwytu.- To już za trzy dni! Licząc ten! Rei! Zabierzesz mnie! Proszę proszę proszę?!
[07:40:03] Rei Akatu: -To mój obowiązek- Powiedziałem, zrobiła rozmarzoną minę.- Twoja suknia balowa jest w twoim pokoju  wraz z wstążkami i pantofelkami. Ja muszę iść zapolować.
-Dobrze to idź nie rozwalę domu podczas twojej nieobecności Rei. –uśmiechnęła się a ja wyszedłem z Ayami na ramieniu. Słyszałem o jakimś Lesie Pana czy co. Warto by się wybrać i zobaczyć co tam jest. Zarzuciłem łuk na plecy i powędrowałem, miałem nie daleko bo mieszkałem w tym rejonie.

W Lesie

Zgubiłem Ayami, jak zawsze. Ach ta kocica. Usłyszałem jakieś miauczenie i pomrukiwanie. Pobiegłem tam, stadko niedźwiedzi stało sobie nad czymś. Przeskoczyłem je zwinnie, i moim oczom ukazały się dwie białowłose panie. Ayami tuliła się do jednej z nich która wyglądała na starszą od mnie. Stał też tam rycerz. Kiedy się pojawiłem… Zaczął patrzeć się ciągle na mnie co wydało mi się trochę dziwne. Ayami podeszła do drugiej białowłosej i zaczęła się ocierać o jej stopy. Niedźwiedzie trochę znudzone odeszły gdzieś indziej. Roześmiałem się swoim jak najbardziej psychicznym śmiechem. Ayami syknęła i skoczyła mi na ramie. Pani białowłosa chyba młodsza od mnie też zaczęła się śmiać. Jej śmiech był bardzo zbliżony do mojego ale z bardziej dziewczęcym głosem. Hah chciałem ją przytulić tak dla psychozy ale ona mnie uprzedziła. Śmieliśmy się razem niczym dwa świry.
-Witaj siostro- Powiedziałem.
-Witaj bracie- Zaśmiała się. Rycerz w zbroi popatrzył na panią  która mnie do siebie tuliła.
-Ale ty nie masz rodzeństwa- Rycerz… Em miał dość cichy głos, no i trochę dziewczęcy… Nie winem może ma coś z krtanią.
-Ale możemy to sobie wmówić- Powiedzieliśmy oboje i znów to rozpętało huragan śmiechu.
-Jestem Rosalin- Przedstawiła się dziewczyn.
-Witam księżniczko, jestem Rei.- Śmiała się głośniej już po słowach ,,księżniczko’’ Pani druga białowłosa patrzyła z niedowierzaniem. Emm a rycerz pewnie myślał ciągle o tym co się wydarzyło. Ale cóż. Takie życie. W końcu znalazłem kogoś kto mógł mi zastąpić rodzeństwo. –Kymm… Ten to nie wypada tak przy dama i… rycerzu stać tu bezczynnie. Czy może… Zapraszam do mojego domu oczywiście jeśli chce któraś z was jeśli nie od razu się z tond wyniosę.



           Panie rycerzu? Panno Rosalin? Panienko?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Od Kage

Biegłam lasem wraz z Zen'em, watahą i kilkoma innymi zwierzętami. Kilka minut temu zostałam zaalarmowana o wtargnięciu na teren Lasu Wielkiego Pana. Znowu jacyś ludzie postanowili zakłócić nasze spokojne życie. Gdy przystanęłam na polanie podbiegł do mnie jakiś duch gryfona,prawdo podobnie przywiązany do człowieka. Tuż za nim przybiegli inni. Była tam jedna dziewczyna, osoba w zbroi, fretka i wilk.
-Kim jesteś? - zapytała mnie dziewczyna.
-Idźcie stąd - odpowiedziałam patrząc się na człowieka w zbroi.Zobaczyłam że podleciał do niego jeden z naszych zwiadowczych wróbli.Zaczął się jej przyglądać. ,,To nie mężczyzna", powiedział.A więc kobieta w zbroi...ciekawe.
-Powiedz kim jesteś -upierała się dziewczyna.
-Qui Loquitur -powiedziałam- a teraz idźcie.
-,,Ta Która Przemawia" -odpowiedziała- Jestem Rosalin,a to Ezra.
-Nie potrzebujemy imion obcych.
-,,My"? -zapytała Rosalin.
-Radzę Wam nie zostawać tu gdy już odejdę. Sarcina* nie lubią obcych -powiedziałam i gwizdnęłam na sforę.Wsiadłam na grzbiet Zen'a i przekazałam reszcie aby udali się z powrotem w głąb lasu.Po dotarciu do mojego domu wspięłam się po prowizorycznej drabinie,do lecznicy dla ptasich duchów. Po opatrzeniu wszystkich pacjentów zeszłam na dół aby wykonać zadanie z wioski. Miałam wyplatać koszyki. Poprosiłam o pomoc kilkoro małpich duchów,są w takich sprawach bardzo zręczne.Nie powiem że żyje mi się bardzo łatwo.Codziennie dostaje po kilka zleceń z klanu,muszę opiekować się 5 oddziałami lecznicy i jeszcze użerać się z obcymi.Gdy skończyłam dziesiąty kosz,postanowiłam odwiedzić niedźwiedzie. Miały zacząć przygotowania do zimowania.Lekko stąpając ruszyłam malowniczą ścieżką Lasu Wielkiego Pana.Zastanawiając się po raz kolejny nad powodem zapadania snu na ,,zimę" nawet nie zauważyłam że dotarłam na miejsce jaskiń.Nagle usłyszałam że od strony żerowiska na rzece odgłosy warczenia.Skinęłam na Zen'a wraz z sarciną i pobiegłam.Zobaczyłam że po przeciwnej stronie strumienia stały Rosalin i Ezra razem z ich duchami i wilkiem.Chyba chciały przejść na drugą stronę,jednak odcinała ich gromada niedźwiedzi.Wskoczyłam na kamienie i wkroczyłam między olbrzymy. Popatrzyły na mnie z rezygnacją.Chyba na prawdę chciały zapolować.
-Przepraszam Ferre **,ale nie mogę Wam pozwolić splamić krwią Naszego Lasu -powiedziałam spokojnie.
-Halo? -zapytała Rosalin- Jesteś tu?

Rosalin?

*Sarcina - Sfora
**Ferre - Niedźwiedzie

Profil ducha Zen'a

Imię: Zen
Rasa: Lis
Cechy charakterystyczne: Jest bardzo opiekuńczy,stanowczy i czasami złośliwy.Kocha jednak Kage jak własne dziecko ,bo to przecież on ją wychował.Zawsze stara się jej pomagać i wspierać w walce.
Właściciel: Kage Roven
Zdjęcie:


niedziela, 15 lutego 2015

Od Rosalin

Siedziałam przy "barku" i piłam wodę. No nie do końca piłam, no bo czemu nie! Wiem, że to jest najzimniejsze miasto w rejonie Winter i w ogóle, no ale to już przesada! Żeby woda w kubku zamarzła! Jakby nie wystarczyło, iż i tak jestem podminowana! Nie mogąc opanować gniewu, rzuciłam naczyniem o ścianę. Wszyscy zauważyli, że jestem zdenerwowana już przy wejściu, więc niespodziewana akcja wywołała głuchą ciszę w siedzibie. Dało się jednak słyszeć pomruki typu "Znowu się wkurzyła" lub "To cała Rosa". Zaczęłam ze zdenerwowania wbijać paznokcie blat baru, gdy nagle poczułam, że coś gryzie moją rękę. Odwróciłam się w tym kierunku i zobaczyłam niewielkiego gryfona, dziobiącego moją dłoń. Zaśmiałam się moim okropnym śmiechem. Tak, to był jedne z najgorszych możliwych. Ci, którzy lepiej mnie znali, zaczęli się śmiać, niektórzy się ukryli, a jeszcze inni byli zmieszani. Może opowiem, skąd moja złość? To chyba dobry pomysł. Wciąż badam wypadek, w którym zginęli moi rodzice oraz bracia. Dziś odkryłam, iż było to zmyślnie zaplanowane. Na mnie i moją rodzinę czatuję wciąż wielu doskonałych morderców. Nadal nie wiem czemu, ale kiedyś to odkryję. Czemu tracę wszystkich moich bliskich? Czemu? No czemu?! Może mi ktoś powie?! Nie zastanawiając się dłużej, wyszłam z budynku, wsiadłam na Fumus'a i poleciałam do zamku. Weszłam przez bramę i pierwsze co zrobiłam, to... Poszłam szukać Ezry! No bo, co ja mogę zrobić? Wkurzać moją przyjaciółeczkę! Nie zajęło mi wiele znalezienie jej, jak  zwykle była u boku króla. A gdzie mogłaby być? Pokłoniłam się lekko królowi.
- Miło cię znów widzieć, *Magna - powitałam go, po czym szybko podbiegłam do kobiety z zbroi, przez co wyglądała, niczym mężczyzna. - Ezruś~! Jak się masz~?
- Nazywam się Ezra - odpowiedziała jedynie beznamiętnym tonem. Dalej pozostała w swojej sztywnej pozycji i wpatrywała się w nieokreślony punkt przed sobą. Co ja mam z nią począć? Och, ale i tak jest wspaniała! Wciąż podziwiam jej wytrwałość i czasami nawet zazdroszczę. Jest oddana naszemu władcy. Wciąż pamiętam, jak się znów spotkałyśmy. Natychmiast po spotkaniu mego obecnego pana, zabrał mnie ze sobą do zamku. Wszyscy patrzyli się tylko na mnie i szeptali między sobą coś na mój temat.
- Chodź, muszę ci kogoś przedstawić - stwierdził z uśmiechem, prowadząc mnie za rękę do komnaty. - Chyba się już znacie - dodał po chwili. Gdy wprowadził mnie do pomieszczenia, ujrzałam mężczyznę w zbroi. Król podszedł do niego i rozkazał zdjąć hełm. Ku mojemu zaskoczeniu, była to właśnie Erza. Młodsza o dwa lata dziewczyna, dzięki której ambicjom, zaczęłam ją podziwiać. Wykrzyknęłam na cały głos jej imię, ona również mnie poznała. Dowiedziałam się, że przypadkiem wspomniała o mnie, naszemu królowi i ten, przy okazji mojej sporej sławy, postanowił mnie tutaj sprowadzić. Nie minęło długo, jak również stałam się jego ulubienicą. Czyżby tworzył własny harem? Och, jakże to ciekawe. Król rozmawiał o czymś z Ezrą, a ja nie przysłuchiwałam się. Popatrzyli na mnie oboje. Co się stało?
- Nic, po prostu macie dzień wolny - uznał nasz wspaniały pan.
- Ale ja powinnam być przy boku króla... - zaczęła wymieniać, ale król jej przerwał.
- Ezra, nie dajesz mi wyboru. To rozkaz - stwierdził władca.
- Tak jest - odparła oschle, jak zwykle. Zaczęłam się śmiać, znów moim najgorszym śmiechem. Gdy skończyłam, wyszłam z Ezrą, z sali.
- Ej, Ezra - zagadnęłam ją. Spojrzała na mnie pytająco.
- Może odwiedzimy Autumn? - zadałam pytanie zaciekawiona.
- Skąd ten pomysł? - odpowiedziała pytaniem.
- Tak po prostu - odparłam po krótkiej chwili namysłu.
- Nie ma mowy - zdecydowała. W odpowiedzi rzuciłam tylko ciche "Trudno" i odeszłam.  Przed zamkiem wezwałam mojego wilka oraz wsiadłam na niego. Ten popatrzył się na mnie, jakby pytał, gdzie lecimy. Szepnęłam mu do ucha, nazwę rejonu. Wyglądał na zaskoczonego. Szybko wzniósł się wysoko w górę. Trzymałam się mocno jego, wbrew pozorom, delikatnego futra. Niby jest agresywny i jeśli ktoś inny spróbuje go dotknąć, będzie usiłował go zabić, ale... Jest taki kochany i uroczy. Mówić tak o mordercy? Jak dla mnie, jest to normalne. Leciałam tak sobie w towarzystwie moich zwierzaków, aż nagle usłyszałam donośny ryk. Tristan i Ezra... Aż tak bardzo mi nie ufa? Och, a może się martwi o mnie? To byłoby urocze, ale bardziej wierzę w pierwszą opcję. Zaczęłam się głośno śmiać z zaistniałej sytuacji. "Ona jest stuknięta", pewnie tak sobie myśli. Wylądowałyśmy obok jakiegoś ogromnego lasu. Liście mają piękne kolory w tym rejonie, a u nas nawet nie ma ich na drzewach... Dlatego tak kocham to miejsce! Gdy tak się zachwycałam pięknem lasu, zauważyłam, że Kasai tam pobiegł! Szlak! Na pewno się zgubi! Usłyszałam ciche warki złotego smoka. Westchnęłam głośno i ruszyłam w głąb lasy, nawet nie patrząc czy dziewczyna i jej towarzystwo idą za mną. Wołałam mojego towarzysza, ale nic mi to nie dawało. Gdzie on mógł się podziać? Czemu on mi to robi? Poważnie się pytam, czemu? To jest tak irytujące, ale... I tak jest dla mnie bardzo ważny. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam tylko Ezrę i Fidusa. Tristan odleciał, jak zwykle. Jakimś cudem, zawsze wie, kiedy jest jej potrzebny. Wracając do tego, co się działo. Zobaczyłam mojego ducha obok jakiejś dziewczyny. Na oko, była starsza ode mnie.
- Kim jesteś? - zadałam pytanie, ciekawa, kim jest owa osoba.

Kage? Wyjaśnisz nam, kim to jesteś?

*Magna - z łaciny "wspaniały"

Profil Kage Roven

Imię: Kage

Nazwisko: Roven

Wiek: 19 lat

Płeć: kobieta

Partner: Brak

Staż: 0

Charakter: Jest bardzo opiekuńcza. Zawsze na pierwszym miejscu stawia ochronę Lasu i duchów, niż siebie. Nie ma zaufania do ludzi którzy nie należą do klanu. Dla duchów jest bardzo miła ,jednak w stosunku do ludzi jest oziębła.Potrafi być bardzo surowa,poważna i wymagająca.Żyjąc sama nauczyła się odpowiedzialności,cierpliwości i porządku. Jest miła gdy się ją lepiej pozna i zdobędzie jej zaufanie.

Historia: Urodzona jako 7 dziecko fortuny familii Roven byłam jedynym ocalałym dziedzicem.Moje dwie starsze siostry utonęły,a każdy z 4 braci zginął śmiercią tragiczną.Mówiono że to klątwa za wszystko co zrobili moi rodzice aby się wzbogacić.Moje zdolności także nazywano klątwą.Jako jedyne ocalałe dziecko byłam Widząca.Widziałam ,,Spirity" czyli duchy,prawdzie oblicza wszystkich żywy istot.Od roślin po ludzi.Zawsze wyznawałam jednak trzy zasady.
  • Nigdy nie patrz na niewidzialne duchy
  • Nigdy nie rozmawiaj z niewidzialnym duchami
  • Nigdy nie przyciągaj ich uwagi
Jednakże kiedyś musiałam złamać zasady aby uchronić swoje życie. Byłam bardzo mała gdy w moim rodzinnym domu wybuchł pożar. Prawdo podobnie podpalił go jeden z współpracowników ojca myśląc że tak zgarnie fortunę. Jednak ja przeżyłam. Ocalił mnie lisi duch którego czasem widywałam na skraju lasu. Jednak wszystko w świecie Spirit'ów ma swoją cenę. W zamian za pomoc zabrał moje włosy. Za czerwono brązowych stały się w kilka chwil białe. Zabrał mnie do Lasu Wielkiego Pana.To miejsce gdzie żyją wszystkie duchy. To tam się wychowałam,mieszkałam i poznawałam świat Spirit'ów. Jednakże te czasy nie mogły trwać wiecznie.Nagle do lasu przybyli jacyś obcy ludzie. Miałam wtedy 10, może 11 lat. Zaczęli zbierać nasze cenne zioła i kamienie szlachetne tak pilnie zbierane przez duchy. Rzuciłam się na nich z całą sforą wilczych duchów. Jednak byłam nierozważna i zostałam pochwycona przez trzech dorosłych mężczyzna. Dodajmy że miałam 10 lat ,a siłę dorównującą dorosłemu....Tak trafiłam do Klany Vita.Z początku nie odzywałam się do nikogo,nie jadłam,nie piłam i nie wychodziłam z namiotu.Jednakże z czasem po namowach kilku jaskółczych dusz przysłanych przez Gin'a.Zaczęłam jeść i chodzić na przechadzki. Rozmawiałam wtedy z innymi duchami.Powoli mieszkańcy osady przyzwyczajali się do mojej obecności i nazywali mnie ,,Qui Loquitur" czyli ,,Ta Która Przemawia". Żyłam w odosobnieniu. Gdy w wieku 17 lat zostałam oficjalnie przyjęta,postanowiłam powrócić do Lasu Wielkiego Pana. Pozostałam tam przez następne 2 lata wykonując misje dawane mi przez wioskę. Wszystko byłoby idealnie gdyby nie ponowne pojawienie się obcych.

Klan: Vita

Klasa: Mag

Rodzaje broni: Kostur którym przywołuje ,,Spirity"

Transport: Zen, Lisi Duch

Towarzysz: Zen , Lisi Duch

 Właściciel: ViGames

Zdjęcie:
Kage