piątek, 27 lutego 2015

Od Rosalin

Było tylu chłopaków, a ona rozpłakała się przez jednego! Jednego, rozumiecie?! Przytuliłam ją do siebie, nieco zaskakując. Akurat dla mnie jest to normalne. Czy ja się martwię?
- Już dobrze - stwierdziłam pocieszająco. Tak, ja się martwię. To jest najdziwniejsza noc tego stulecia. Ezra nie mogła przestać. Pomijając resztę tej pogiętej nocy... Za kilka dni Wielkie Zebranie! Będę musiała znów się spotkać z tą starą, irytującą, wypominającą, głupią kobietą! Po prostu świetnie! 

Kilka dni później

Wszystko, co miało miejsce w trakcie balu, jakoś ucichło. Kończyłam pakować moje rzeczy na wyjazd. Nie zajęło to długo, bo nie było tego dużo. Zapakowałam rzeczy oraz siebie na Fumus'a. Ezra w zbroi stała obok mnie patrzyła się... Trudno określić jej sposób patrzenia w tamtym momencie. Powiedzmy, że przyglądała się mi z politowaniem. 
- Nadal uważam, iż nie powinnaś tam jechać sama - stwierdziła swym suchym tonem.
- Spokojnie. Tam mam większy autorytet, niżeli tutaj - odparłam pewnie. Nie zważając na to, co mówi  dalej, poleciałam w drogę. Niebo było czyste, niemal bezchmurne. Przede mną długa droga... Muszę przelecieć przez prawie całe Summer... 

Trzy dni później

Nareszcie dotarłam! Jak się cieszę! Ruszyłam w stronę ogromnego budynku z cegły mieszczącego się w środku lasu. Przeciągnęłam się po długiej wyprawie, a Fumus i Kasai szli powoli za mną. Po kilku minutach byłam już na miejscu. Usłyszałam szelest w krzakach. Wyciągnęłam broń i odwróciłam się w tamtym kierunku.
- No proszę kogo my tu mamy? - spytał ze złośliwym uśmiechem chłopak. Jak ja go nienawidzę... 
- Kto by pomyślał, że nie opuścisz tego spotkania, Ezreal! - odpowiedziałam złośliwie. Syknął zdenerwowany. Kim jest Ezreal? To osoba, której absolutnie nienawidzę. Od roku ma tak samo wysoką pozycję w klanie, co ja. Od jakiegoś roku ze sobą bez przerwy rywalizujemy. Po chwili z krzaków wyszła dziewczyna, niesamowicie podobna do Ezry... Chwila, czy to jest...
- Przerywając naszą wspaniałą rozmowę, kto to jest i czy przypadkiem nie ma na nazwisko Fate? - powiedziałam na jednym oddechu. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Tak, ma tak na nazwisko. To moja siostra, co cię to obchodzi? - zapytał podejrzliwie. Co?! TO jest brat Ezry?! Żartujecie sobie, prawda!? Prawda?!
- Żartujesz sobie?! TY jesteś jej bratem?! - krzyknęłam na cały głos.
- Co? Czyim bratem? - spytał zdezorientowany.
- Ezry! Jak wy mogliście zrobić jej coś takiego! Nie! Mam kolejny powód do nienawidzenia cię! - stwierdziłam i pobiegłam na spotkanie. Pierwsze, co rozpoczęło spotkanie? Oczywiście temat uczniów. Na środek wyszła młoda blondynka. Natychmiast zaczęły padać pytania o nią.
- Co z nią zrobimy? Wie, gdzie są nasze kryjówki... - mówił jeden.
- Należałoby wykonać egzekucję - uznała kobieta, której nie cierpię. Wszyscy się z nią zgodzili. Wstałam zirytowana z miejsce, a wszyscy w sali spojrzeli na mnie. Widziałam teczkę z jej umiejętnościami i uwagami na jej temat. Ma ogromny talent. 
- Egzekucję!? Kto jej pozwolił decydować o tym czy kobiety zostają assassynkami?! Wszyscy wiedzą, że zaczęła tak oceniać od śmierci mojego ojca i mistrza oraz obwinia mnie za jego śmierć! Im dziewczyna jest bardziej podobna i ma większy talent, tym większa pewność, iż odrzuci tę dziewczynę! Powinna zostać przyjęta! - zdenerwowana wykrzyczałam na całą salę. Nastała cisza, a po chwili było słychać jakieś szepty. Ezreal wstał nagle z miejsca.
- Zgadzam się z nią - powiedział lekko obojętnym głosem. On się ze mną zgadza...? Z tym obojętnym tonem naprawdę przypominał Ezrę. - Czy serio ktokolwiek z tutaj obecnych sądzi, że ona nie ma zadatków ani predyspozycji by być assassynem? - dodał pytanie. Znów nastała głucha cisza. Było im głupio się odezwać. Chrząknęłam, zwracając na siebie uwagę.
- Wracając, najlepszym argumentem za tym, że zasługuje na bycie assassynką, jest zgoda moja wraz z Ezrealem. Wszyscy wiedzą jak złe relacje nas łączą - argumentowałam. Znów było słychać szepty "Przecież oni zawsze się kłócą... Coś musi być na rzeczy" i tego typu.
- W tej sytuacji, mamy dla ciebie propozycję - stwierdzili zgodnie. Spojrzałam na nich pytająco. - Weź ją na okres próbny. Jeśli się sprawdzi do następnego spotkania, przyjmiemy ją podczas następnego zebrania - oznajmili. Zgodziłam się. Pominę resztę zebrania, gdyż była nudna. Po jego zakończeniu, chłopak, z którym wiecznie się spieram, podszedł do mnie.
- Co wiesz o Ezrze? - zażądał wyjaśnień natychmiastowo.
- Mamy tego samego pana. Sprowadził mnie, bo jestem jej jedyną przyjaciółką. Precz ode mnie - powiedziałam na jego pytanie. Chciałam już odejść, ale zawołał nas ktoś z najważniejszych osób w naszej radzie. Wyjaśnił, że musimy współpracować, aby utrzymać nasze pozycje. To będzie ciekawe...

niedziela, 22 lutego 2015

Od Amy

 Kolejna dziesiątka, a co za tym idzie? Kolejne smutne westchnienie Passer'a. Nie wiem o co mu może chodzić. Przecierz nie spudłowałam ani razu. W każdej z łuczniczych tarcz, na samym środku, widoczna była albo mała strzałka z miniaturowej kuszy, albo sztylecik. Uśmiechnęłam się smutno spoglądając na mały ostry przedmiot wbity w czerwone kółko na tarczy.
 Odwróciłam się by spojrzeć w oczy nauczycielowi. Był w nich głęboki smutek. On pewnie też ma złe przeczucia.
-Cztery lata-uśmiechnął się, ale w jego oczach nie płonęły te wesołe ogniki co dziś na dachu-Cztery lata, a ja nadal nie rozumiem.
 Skrzywił się. Nie spuszczałam z niego oczu. Nie musiałam pytać, sam mi to zaraz wytłumaczy. Na chwilę przestał krążyć po pomieszczeniu.
-Cztery lata, a ja nadal widzę to...-westchnął spuszczając głowę i wznowił swą bezsensowną wędrówkę po sali.
Żal było patrzeć na smutnego Wróbla. Również spuściłam głowę. Nie sądziłam, że aż tak przejmie się tym spotkaniem. Przez ten cały czas był dla mnie jak starszy brat. To dzięki niemu teraz żyję, jestem wolna...prawie wolna.
 Podszedł do mnie, położył mi rękę na ramieniu. Gdyby stanął obok czubek mojej głowy sięgał by niewiele ponad jego barki.
-Jutro zadecyduje o wszystkim-powiedział przyciszonym głosem schylając się lekko.
Przy tej odległości musiałabym zadzierać głowę do góry by spojrzeć mu w oczy, ale spuściłam ją.
-Czy...-zawahałam się-Czy...czy to już koniec na dzisiaj?-podniosłam na niego wzrok.
Przez chwilę milczał patrząc na mnie smutno. Zmarszczył brwi.
-Tak...Sciu...-westchnął.
Przez chwile jeszcze mnie tak trzymał po czym odsunął się i odszedł na drugą stronę sali.
 Ruszyłam ku drzwiom. Otworzyłam je. Będąc już po drugiej stronie zajrzałam jeszcze raz do pomieszczenia. Passer przeczesywał palcami włosy, był zdołowany. Usiadł na koźle i...zamknęłam drzwi.

 Dwóch młodszych assasynów, w tym Passer, otworzyło dwuczęściowe drzwi. Do pomieszczenia, dumnym krokiem wkroczyła wysoka kobieta. Twarz miała drobną, policzki wydatne, skórę pomarszczoną. Ale strój miała tradycyjny, właściwy asasynowi. Nie miała żadnych ozdóbek, nawet kolczyka. Emanowała z niej inteligencja, powaga, spokój i oczywiście surowość. Przypominała mi surowe mięso dinozaura.
 Wszyscy tegoroczni stali obok siebie, pojedynczo. W odległości mniej więcej metra od siebie. Ku swojej uciesze, a jednocześnie obawie, byłam najbardziej wysuniętą, na prawo od niej, uczennicą.
 Podeszła do stojącego najbardziej po lewej chłopaka. Wyjrzałam zza rudowłosej dziewczyny by zobaczyć co się dzieje.
 Zmierzyła go uważnym wzrokiem. Przewodzący jego nauczaniu Asaassyn podszedł do niech i podał jej kartkę. najpewniej były tam zapisane wszelkie uwagi dotyczące jego edukacji. Kobieta bez słowa przebiegła wzrokiem po kartce po czym rozpoczęła oględziny jego barków i ,,kaloryfera".
 Salmo uchodził za najsilniejszego z nas. Świetnie też szło mu z szermierką, miał za to fatalnego cela.
 Ku mojej uldze pokiwała głową. Lubiłam Salmo, nie był może zbyt inteligentny, ani bystry, ale dobry był z niego kolega i godny przeciwnik podczas wspólnych treningów.
 Dalej poszło już gładko. Wielu przepuściła, wielu z pomarszczonym czołem odtrąciła ku rozczarowaniu uczniów i mentorów. Co raz bardziej się denerwowałam.
 Kiedy doszła do rudej ta zarumieniła się. Zmartwiłam się widząc jak dziewczyna trzęsie się ze strachu. Stanowczo pokręciła głową. Wyraz twarzy dziewczyny był dziwny. Spuściła głowę, jej twarz wykrzywił dziwaczny grymas, z oczu popłynęły łzy. Pytanie tylko czy smutku czy też szczęścia.
 Za zamyślenia wyrwało mnie głośnie chrząknięcie. Spojrzałam na nią, szybko jednak spuściłam głowę. Patrzyła na mnie bardzo surowym wzrokiem. Passer podszedł i podał jej wyjątkowo grubą teczkę. Wyraz twarzy kobiety stał się jeszcze bardziej krytykujący. Po raz pierwszy pod czas całego spotkania odezwała się.
-Sciurus-skrzywiła się. Jej głos był beznamiętny i dziwnie przerażający, nie mówiła głośno, ale i tak wszyscy na pewno dobrze ją słyszeli-Mistrzyni kuszy i wicemistrzyni szermierki.
 To dało mi nikłą nadzieję, którą niestety szybko i brutalnie mi odebrała. O mało z resztą nie doprowadzając do płaczu.
-Mała Sciurus wyciągnięta przez Passer'a ze slumsów-jej głos był ,,słodki", prawie jakby mi współczuła- Mała Sciurus, która opuściła swą rodzinę i pobratymców pod murami Heat-słyszałam jak upada teczka podana jej przez Wróbla-Mała Sciurus-pochyliła się opierając się dłońmi o kolana i patrząc na mnie z dołu by spojrzeć mi w oczy-płakała chociaż za tatusiem? Za mamusią?
 Zacisnęłam wargi w cienkie szparki. Powstrzymywałam się zarówno od płaczu jak i od wycięcia jej serca, którego najprawdopodobniej i tak nie posiadała.
 Kobieta wyprostowała się. Poczułam jak wbija mi palec w brzuch, napotkała opór, dotknęła ramienia, opór. Wyraźnie irytowało ją, że nie może znaleźć czegoś czego mogłaby się przyczepić. W końcu jednak coś znalazła.
-Figura-mruknęła.
Podniosłam wzrok, zamrugałam lekko zaskoczona. Widząc mój wyraz twarzy uśmiechnęła się jadowicie.
-Naprawdę?-zwróciła się do stojącego z tyłu Passer'a-Było ją dać do alfonsa-jej głos był co raz bardziej kpiący-Względnie...
 Alfonsowi? Za kogo się ta jędza uważa?!Nie dałam jej dokończyć.
-Naprawdę?-powiedziałam głosem z udaną nadzieją-Naprawdę tak pani myśli?-spojrzałam jej w oczy-Tak...ale pani do by już nie przyjął.
W jej oczach zapłonęły ogniki. Usłyszałam szmery. Wokół słyszalne były szepty.
-Hmm-zmierzyła mnie pogardliwym wzrokiem-Właśnie zamknęłaś sobie drogę do świetlanej przyszłości, Sciuris ze slumsów.
 Długo patrzyła mi w oczy. Nie zamierzałam ich spuszczać wzroku. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczułam do kogoś nienawiść.
~Wypatroszę cię-pomyślałam-Poodcinam ci po kolei palce, wydłubie oczy-zmrużyłam oczy Wypatroszę jak świnię, którą jesteś.

Od Ezry

Nie wiem co we mnie wstąpiło. Czułam się zupełnie jakbym...Nie była sobą. I tak też się zachowywałam. W jednym momencie zapomniałam o dostojnej postawie, wyniosłym stylu mówienia, poważnej minie. Zupełnie jakbym za każdym razem nakładała na siebie bezuczuciową maskę, a teraz upuściła ją i zgubiła. Twarz mężczyzny stojącego na przeciw mnie zdawała się dziwnie znajoma, a zarazem niepokojąco obca. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Patrzyłam z uwagą na każdy detal. Ta twarz była...Idealna. Do rzeczywistości przywołał mnie znajomy głos. Wtedy też dotarło do mnie imię osoby stojącej przede mną. Rei...To jego spotkałyśmy parę dni wcześniej. Wszystko stało się jasne. To dlatego kojarzyłam jego twarz. Nim się spostrzegłam Fidus postanowił skoczyć ku niemu i już po chwili chłopak znalazł się w wodzie. Nagle w okolicy zabrzmiał cichy chichot. Z pewnością nie była to Rosalin, a tym bardziej Rei...Więc kto był osobą o takiej barwie śmiechu? Spojrzałam na Rosalin która które od razu zbladła. Ona także patrzyła na mnie. Czy to możliwe, że...Zatkałam jedną ręką swoje usta, a śmiech od razu ucichł. To...To niedopuszczalne! Jak mogłam pozwolić sobie na śmiech!? Powoli zapominam kim jestem! Rzeczywiście przez chwilę poczułam się tak...Beztrosko. Pomyśleć że chwilowo zdawało mi się nawet że Rei jest...Nie, nie! Nie mogę sobie zaprzątać myśli takimi rzeczami. Są one zupełnie nieistotne. Szybko i nerwowo podniosłam się. -Wybaczcie, ale...Muszę iść-powiedziałam pewniej, jednak dalej cicho. Następnie odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. Fidus natychmiastowo pognał za mną. Teraz jednak nie to było istotne. Zimny wiatr Nie mogłam zrozumieć całej tej sytuacji. Dotychczas myślałam że w moim życiu wszystko mi odpowiada. Dzisiejszego wieczoru poczułam jednak że jest inaczej. Zupełnie jakbym...Od początku życia miała jeden cel, a dopiero podczas realizacji go poczuła, iż czegoś jednak mi brakuje. Wróciłam do rzeczywistości gdy poczułam czyjąś dłoń ściskającą mój nadgarstek i równocześnie uniemożliwiającą mi ruch. Szybko obróciłam głowę w tył. Przede mną stała Rosalin. Na jej twarzy widoczne było równoczesne zdziwienie oraz lekki zmartwienie. Otwarła usta jednak powstrzymała się od wypowiedzenia czegokolwiek jakby zastanawiała się co powiedzieć. Stałyśmy tak przez chwilę w kompletnym bez ruchu.
-Ezra...Wszystko w porządku?-spytała po dłuższej chwili ciszy. Choć często traktuje ją jakby była tylko i wyłącznie moim problem w rzeczywistości wiele dla mnie znaczy. W końcu była moją jedyną prawdziwą przyjaciółką....I to od wielu lat. Ona jako jedyna akceptowała moje ambicje i nie wyśmiewała mnie.
-Wszystko jest dob...-zaczęłam mówić jednak w połowie mój głos się załamał. Poczułam dziwne duszenie w gardle. Mogłam jedynie ruszać bez sensu ustami nie wymawiając przy tym ani jednego słowa. Na policzkach poczułam coś wilgotnego. Przecierając delikatnie twarz spostrzegłam, że na moich dłoniach zostają przeźroczyste krople wody. To były łzy...Po raz pierwszy czułam się zupełnie bezradnie. Musiałam wyglądać żałośnie...Słabo. Tak nie zachowuje się rycerz...

Rosalin?

sobota, 21 lutego 2015

Od Appalosy

Obudziłam się dość wcześnie. Leżałam na plecach i wpatrywałam się w sufit. Po dobrych 5 minutach, uznałam, że warto by było wstać. Halcon zapewne czeka. Wyjęłam coś z szuflady i poszłam do łazienki. Zahaczyłam o kuchnię. Szybko zjadłam i wybiegłam z domu prosto do stajni. Dałam koniowi śniadanie, a zaraz po tym ruszyłam po szczotki i ogłowie. Odłożyłam wszystko na bok, i usiadłam na snopku siana w oczekiwaniu, aż Halcon skończy. Oparłam się o ścianę boksu. Dało się słyszeć jedynie przeżuwanie. Wstałam, otrzepałam się i spojrzałam na konia. Wzięłam do ręki szczotki, weszłam do boksu i zaczęłam czyścić. Szybkim ruchem zarzuciłam ogłowie na jego łeb i wyprowadziłam. Wsiadłam, a potem spokojnie pojechaliśmy w stronę miasta. Uznałam, że dziś dla odmiany pojadę do lasu. Skierowałam konia w tamtą stronę i ruszyłam szybszym tempem. Gdy już wjechaliśmy zauważyłam, że na drzewie widnieje jakaś kartka. Podjechałam bliżej. Pisało tam, że jakaś dziewczynka z sierocińca się zgubiła... Miała dość długie, ciemne włosy i jasną cerę. Oczy były duże, ciemno szare. Pisało też, że miała dwa lata. Pomyślałam sobie, że mogła bym ją spróbować znaleźć. Sprowadziłam konia na ścieżkę, a sama zaczęłam myśleć. Gdzie by poszło dwuletnie dziecko. Głupie pytanie! Wszędzie. Kiedy już wybudziłam się z zamyślenia, spostrzegłam, że właśnie wyjeżdżam z lasu. Zawróciłam, a następnie skręciłam w głąb lasu. Usłyszałam jakieś szelesty. Zwróciłam Halcona w stronę dźwięku. Koń szedł opornie i powoli.
- Ach! - Krzyknęłam. Nagle niespodziewanie znalazłam się na ziemi. Halcon potknął się o wystającą gałąź. Podniósł się. Ja tak samo, otrzepałam się z liści i podeszłam, aby obejrzeć mu nogę. Na szczęście wszystko było w porządku. Poprowadziłam konia do kamienia, który leżał na ziemi. Był spory, więc weszłam na niego, a następnie odbiłam się i wskoczyłam na grzbiet rumaka. Ten cicho zarżał. Ruszyliśmy dalej. Zauważyłam dwie postacie. Białowłosą, wysoką dziewczynę, i małe dziecko z ciemnymi włosami. Zdałam sobie sprawę, że to dziecko z ogłoszenia! Ruszyłam szybszym tempem, i zatrzymałam konia obok dziewczyny.
- Coś się stało? - Spytała nadal patrząc przed siebie. Cały czas szła.
- Emm... W sumie, to nic. Ja tylko chciałam... - ...I nie dokończyłam.
- Skoro nic, to równie dobrze byś mogła jechać dalej - Odpowiedziała jakby ze zniecierpliwieniem w głosie.
- Nazywam się Appalosa. Appalosa Plains. A ty?
- Qui Loquitur - odpowiedziała
- Dobrze wiedzieć. - Burknęłam pod nosem.
- Co tam mruczysz? - Spytała z irytacją.
- Nic, nie ważne. To ta dziewczynka z ogłoszenia, prawda?
- Zgadza się.
- Nie odprowadzisz jej może do sierocińca? - Spytałam z ironią w głosie
- Miałam zamiar ją wyprowadzić z lasu.
- Mhm...
- Jeśli ci tak bardzo na niej zależy, to możesz ją wziąć. - Stanęła przodem do mnie, a dziecko postawiła przed sobą. Zsiadłam z konia, przytrzymałam wodze i wzięłam małą za rękę. Dziewczyna poszła dalej, a ja ruszyłam w stronę sierocińca. Gdy już doszłam... Nagle mała wyrwała mi się z ręki. Przez ten ułamek sekundy nie wiedziałam co się stało. Obróciłam się, a ona zafascynowana biegała za ognikami. Uderzyłam się w czoło i ruszyłam za nią. Gdy ją dogoniłam, tamta dziewczyna, emm... Qui Loquitur...Tak... Trzymała już ją za rękę.
- Trudno ci utrzymać dziecko? Dobrze, że chociaż koń ci nie uciekł.
- Nie, nie trudno. Po prostu... Wyrwała mi się. - Odpowiedziałam lekko zakłopotana. Usłyszałam jedynie westchnienie.

Co dalej Qui?

Od Amy

 Ze znudzona miną oparłam się o ceglany komin. Przerzuciłam lewą nogę na drugą stronę spadzistego dachu siadając na nim okrakiem.  Wzdychając głośno wsadziłam obie ręce za głowę, wcześniej solidnie się przeciągając.
-Widzę, że naprawdę ci się nudzi-powiedział Wróbel przypatrując mi się z rosnącym rozbawieniem.
Popołudniowe słońce oślepiło mnie zmuszając do zmrużenia oczu. Zasłoniłam je ręką.
-Nie masz ciekawszych zajęć?-spytałam rzucając mu znaczące spojrzenie-O wiele łatwiej byłoby się skupić.
-To ty się skupiasz?!-udał zaskoczenie-Och bardzo przepraszam jaśnie panią. Pragnę jednak zwrócić uwagę iż pani cel właśnie się zjawił-To powiedziawszy wykonał płynny ruch ręką wskazując na odzianego w bogato zdobiony,zielony płaszcz mężczyznę.
-Kolejny szlachcic-mruknęłam-Tego nie będzie mi żal.
Chwyciłam leżącą pomiędzy nami kuszę i przypięłam do spodniej części prawego przed ramienia. Napięłam. Przykucnęłam, wystawiłam rękę przed siebie. Chwilę pomierzyłam z policzkiem przyciśniętym do ramienia po czym, przyciskając mały przycisk umieszczony tak by można było to zrobić bez używania lewej ręki, posłałam strzałę w powietrze. Obiekt gładko wbił się w boczną część gardła szlachcica.
 Kiedy ten upadał ja ześlizgiwałam się po drugiej stronie dachu. Zeskoczyłam z niego lądując na grzbiecie konia.

 Zdążyliśmy już oddalić się od miejsca zbrodni okryci czarnymi płaszczami z kapturem.
-Ładny strzał Sciurus-mruknął, czuć było tu sporo kpiny- Przyczepić się mogą tylko jednej rzeczy.
Westchnęłam.
-Co tym razem panu nie odpowiada?-spytałam unosząc ręce ku niebu.
Zaśmiał się głośno. Widocznie rozbawiło go, że nadal nie zauważyłam swojej pomyłki. Wytarł oczy. Co ja zrobiłam takiego, żeby go aż do płaczu doprowadzić?
 Kiedy dostrzegł zdziwienie malujące się na twarzy ponownie wybuchnął. Poczułam jak rośnie we mnie irytacja. Zachowałam jednak milczenie wiedząc, że dopytując tylko pogorszę sytuację.
-Nie ten koń!-palnął śmiejąc się jeszcze głośniej.
Osłupiałam. Spojrzałam na konia. Był bułany. Strzeliłam się w czoło. Zatrzymałam klacz i zeszłam z siodła.
-Złaź!-mój głos nie był głośny, ale zdecydowanie rozkazujący, nieznoszący sprzeciwu.
-Nie mogę-powiedział robiąc poważną minę i wydymając wargi- To by było oszustwo!Mentor musi wiedzieć o tym na czym się potknęłaś, aby to skorygować-to powiedziawszy uśmiechnął się szelmowsko.
Zmarszczyłam brwi.
-W takim razie mu powiesz, ale oddaj mi Takan'a.
Chłopak zarechotał po czym zeskoczył z ogiera. Podałam mu wodzę Vanilli. Passer wspiął się na swą ukochaną kobyłę.
-Brakowało mi cię Vanillo-powiedział poklepując klacz po zadzie-Ten twój jest strasznie niewygodny.
Prychnęłam.

Usiadłam na twardym łóżku w swojej kwaterze. Głośno wypuściłam powietrze. Szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że aż tak mi się oberwie za tego nieszczęsnego konia.
 A do tego mam jeszcze dzisiaj sporo roboty. Nie jestem jeszcze formalnie asasynem, tylko otrzymałam zezwolenie na wykonywanie zleceń...oczywiście pod nadzorem. Oczywiście to Passer zgłosił się na ochotnika. Wciąż jestem klasyfikowana do kategorii ,,uczeń", czy coś koło tego. Większość uczących mnie asasynów jest zgodna co do tego, że jestem już prawie gotowa, ale nie mogą uznać mnie za jedną z nich dopóki wniosku o przyjęcie nie zatwierdzi jeden z bardziej wpływowych członków klanu. Jutro miało być spotkanie z pewną kobietą o niezbyt dobrej sławie. Słynęła ze swej surowości wobec dziewczyn chcących zostać asasynami. Dziwiło to większość nowicjuszy bo sama kiedyś była na ich miejscu.
 Obecnie stacjonowała w poza Summer, ale parę dni temu wróciła by ocenić wszystkich pretendentów.
~To koniec-pomyślałam spuszczając głowę-Za chińskiego boga mnie nie przyjmie.
 Z zamyślenia wyrwało mnie pukanie do drzwi.
-Proszę-zawołałam podnosząc głowę.
Drzwi otworzyły się, wyszła z nich młoda, rudowłosa dziewczyna. Znałam ją głównie z widzenia, miała pokój obok mojego.
-Wróbel chce się z tobą widzieć Sciurus-powiedziała jak zwykle przyciszonym głosem.
Nigdy nie rozumiałam dlaczego tak się wszystkiego boi i wstydzi. Jak ona zamierza zostać asasynem?
-Gdzie?-spytałam wstając.
-N-na sali-wydukała,
 W drodze do podziemnej sali treningowej rozmyślałam nad tym dlaczego ta dziewczyna tak się zachowuje. Zdaje się bać nawet mnie. Może ona wcale nie chce zostać asasynem? Może boi się zabijania?
 Otrząsnęłam się z zamyślenia czując ból głowy. Przywaliłam w drzwi. Padłam na plecy.
-Sciurus?
Podniosłam się. Przede mną stał Pardus, ktoś na tyle ważny by by zaczerwienić się jak burak...przynajmniej jak burak.
-Co robiłaś na podłodze?-spytał patrząc jak otrzepuję ubranie z kurzu.
Zesztywniałam.
~Czy w ogóle warto odpowiadać?-spytałam sama siebie.
Jak zwykle spanikowałam w obecności Pardus'a. Miał zbyt duży wpływ na moją przyszłość. Jeśli nie zdam testu to...nie wiem co ze mną zrobi...znam położenie siedziby Ignis...Właśnie...co oni robią z tymi, którzy nie zdadzą.
 Wyminął mnie. Głośno wypuściłam powietrze.
-Sciurus?-znowu zostałam nazwana wiewiórką.
-Mógłbyś czasem użyć mojego imienia...-westchnęłam-To chyba nie trudne!
Zasępił się. Na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
-A mogłabyś mi je przypomnieć?

Królowa Risa Hasha

Imię: Risa

Nazwisko: Hasha

Wiek: 25 lat

Płeć: Kobieta

Charakter: Jej poddani opisują ją jako kobietę o wielkim sercu. Czasami jest bardzo uległa,jednak w rządzeniu pomaga jej mąż, Astor. Jest bardzo miła,pomocna i szczodra. Prowadzi szpital i przedszkole dla dzieci z sierocińca. Jest bardzo wrażliwa,co nasiliło się po śmierci jej małej córeczki. Jest to temat tabu w zamku królewskim.

Rejon: Spring

Rodzina: Mąż Astor

Wygląd:
Risa

Astor

Król Heimes Shorklatche

Imię: Heimes

Nazwisko: Shorklatche

Wiek: 31 lat

Płeć: Mężczyzna

Charakter: Jest dosyć wesołym i miłym człowiekiem. Nawet po śmierci żony z jego twarzy nie znikał uśmiech, choć był tym załamany. Stara się pomagać wszystkim, którzy tego potrzebują. Bardzo lubi flirtować z dziewczynami, a także trzymać je blisko siebie. Kiedy tylko jest to konieczne, umie zachować powagę.Kolejnym ciosem była dla niego strata ukochanego syna, po której kompletnie się załamał. Wciąż nie daje tego po sobie poznać, jednak gdy tylko ma okazję, rozpacza nad tym.

Rejon: Winter

Rodzina: Brat Yuu,Syn

Wygląd:
Król Heimes

Yuu

Syn