Opuściłam całe towarzystwo. Nie miałam ochoty z nimi rozmawiać. Szczególnie z Ezreal'em. Szłam sobie zamkowym korytarzem, próbójąc odnaleźć kryjówkę przed chłopakiem, którego tak nienawdziłam, chociaż... Chwila. Co? Nie, nie, nie! Nienawidzę go i kropka. Jest idiotą i tak dalej. Nie mam zamiaru powiedzieć o nim ani jednego dobrego słowa. Wracając, kiedy chodziłam korytarzami, wpadłam ma Ezrę. odsunęłam się od niej kilka kroków, żeby móc normalnie na nią patrzeć.
- Witam, coś się stało? - spytałam z udawaną wesołością i zainteresowaniem. Stałam tak, wyczekując odpowiedzi. Ostatecznie, jeśli nic nie powie, zwyczajnie pójdę dalej i będę ciągnąć dalej to, co robiłam. Dziewczyna w zbroi przez chwilę milczała jakby zastanawiając się co powinna powedzieć.
- Słyszałem dość... Interesującą rozmowę, ale nic poza tym - stwierdziła jak zwykle oschłym tonem. Rety, rety. Coś mi kłamie. Martwi ją coś. Popatrzyłam na drzwi, a potem z powrotem na nią.
- Kto tam jest? - zadałam kolejne pytanie, przybierając tak poważną minę, że aż przerażającą. Zresztą, nie pierwszy raz. Ezra westchnęła prawie bez głośnie. Po raz kolejny zastanowiła sie przez chwilę.
- Qui Loquitur - odparła ściszając nieco ton. ONA tu jest?! Nie jest dobrze. Nie wiem, po co przyszła, ale nie oznacza to nic dobrego. Podniosłam dłoń do ust i zaczęłam przygryzać paznokieć kciuka. Jest nie dobrze, nie dobrze, nie dobrze, bardzo nie dobrze...
- To nie znaczy nic dobrego... Coś zdążyłaś usłyszeć? Cokolwiek? - natychmiast zaczęłam ją wypytywać. Mam nadzieję, iż wie coś, cokolwiek, co może mieć jakieś znaczenie. Błagam, powiedz coś, Ezra...
- Rosalin nie powinnyśmy się mieszać w sprawy nas nie dotyczące - stwierdziła poważnie. O co jej chodzi? Naprawdę nic się nie domyśla? Jeśli jej wizyta coś oznacza, to na pewno nic dobrego - Ale...Czwarta Księga Sancti Spiritus. O niej mówili - odparła z lekkim zawahaniem. Czwarta Księga... Hmm... Obiła mi się ta nazwa o uszy, ale nie mam o niej jakiegoś większego pojęcia. Kiedyś się tym interesowałam, jednak było to dość dawno temu. Chciałam sobie przypomnieć jakieś informacje na ten temat, lecz nic nie wspominano o czymś takim. Najwyraźniej trzeba to było trzymać w tajemnicy przed innymi. Po paru minutach, król i Qui Loquitur wyszli z sali. Raczej nie wyglądali na zadowolonych z tej rozmowy.
- Co się stało? Ktoś umarł? Robimy pogrzeb? - naskoczyłam na nich z nieco żartobliwym tonem. Jego Wysokość zaśmiał się, ale po chwili spoważniał.
- Idziemy po pewną księgę. Mogą iśćz nami? - pytanie skierował do tamtej dziewczyny. Ona posłała mu niechętne, choś potwierdzające spojrzenie, po czym ruszyliśmy w kierunku wskazanym przez króla. Znaleźliśmy księgę, owiniętą w materiał i przekazał dziewczynie. Pomijając naszą kłótnię na temat tego czy idziemy z nią, czy nie, przejdę do tego, że po BARDZO długich naleganiach moich i Ezry, zgodziła się na nasze towarzystwo.
To co robimy, szefie?
czwartek, 2 lipca 2015
Od Ezry: Tajemnicza rozmowa...
Z dalej uniesionym mieczem wpatrywałam się w kobietę stojącą na przeciwko mnie zimnym spojrzeniem. Moje pytanie nie było ani trochę potrzebne, w końcu zdawałam sobie sprawę z tego kim jest. Mimo to tak nakazywały zasady obowiązujące rycerza i miałam zamiar się do nich stosować zawsze. Odpowiedzi jednak nie uzyskiwałam przez jakiś czas. Jedyne co mogłam dosłyszeć to głucha cisza. Ignorując moje lekkie zniecierpliwienie dalej nie miałam zamiaru poluźnić chwytu, którym utrzymywała rękojeść Certaofinusa. Teraz dopiero zastanowiłam się dlaczego mogła iść przez zamek i nikt jej nie zatrzymał. Żadnych ulg nie powinien mieć nawet ktoś taki jak ona, właściwym zachowaniem byłoby doprowadzenie ją tutaj przez straży. Trzeba być przygotowanym na wszystko, co jeśli na przykład ktoś jedynie udawałby ją zmieniając wygląd swój i swojego transportu jak mniemam? Nie było jednak czasu aby myśleć o tym w momencie. Postanowiłam jedynie, że potem omówię to z całą resztą floty królewskiej, po to by tego rodzaju sytuacja nie powtórzyła się. Nagle usłyszałam za sobą czyjeś kroki.
- Ezra, opuść miecz - nakazał mi świetnie znany głos. Jego brzmienie było niezwykle przyjemne dla ucha. Kryła się w nim zarówno powaga jak i swego rodzaju troska. Tylko jeden znany mi mężczyzna posiadał tak niesamowity głos. Dlatego też za jego poleceniem schowałam Certaofinusa do pokrowca przypiętego przy moim pasie. Następnie sztywno odwróciłam się oraz uklękłam przez królem Heimesem spuszczając głowę. Król wyminął mnie i dopiero po chwili spostrzegłam ruch jego ręki, który rozkazał mi się podnieść. Posłusznie uniosłam się, jednak pozostałam na miejscu.
- Co cię do mnie sprowadza, Qui Loquitur? - zadał pytanie tonem, który mimo, że dostojny i władczy, miał w sobie także niezwykle spokojne i miłe brzmienie. Nigdy nie odkryję jak król uzyskuje tego typu ton. W końcu sama zawsze pozostaje tylko i wyłącznie przy jednym - bezuczuciowym i niskim. Nie powiem, iż nie zaciekawiła mnie cała ta sytuacja. Nie dałam jednak tego po sobie poznać i wraz z królem wyczekiwałam na odpowiedź.
- Oddaj mi Czwartą Księgę Sancti Spiritus - rzekła bezpośrednio. Zastanowiłam się nad tym czy kiedykolwiek słyszałam tego rodzaju nazwę. W mojej głowie pozostała jednak kompletna pustka. Sądziłam, że wiem o tym królestwie oraz rzeczach znajdujących się w nim wszystko. Najwidoczniej myliłam się, ale skoro władca uznał, iż nie powinnam o tym wiedzieć tak najwidoczniej musi być. Spojrzałam ukradkiem na twarz króla. Zdawało pojawić się na niej niemałe zdziwienie. Po chwili jednak jego wzrok jak i cały wyraz stał się poważniejszy.
- Do czego jej potrzebujesz? - spytał tym razem z mniejszą ilością radości w głosie niż wcześniej. Wtedy właśnie doszło do mnie o jak ważną rzecz chodziło. Pan Heimes stawał się taki tylko i wyłącznie gdy chodziło o sprawy najwyższej wagi. Mimo to dalej stałam prosto i nie śmiałam nawet drgnąć czy pokazać choć na chwilę zainteresowania.Wtedy poczułam na sobie wzrok kobiety. Następnie szybko przeniosła go na króla. Nawet ja świetnie mogłam zrozumieć o co chodzi. Mój władca skinął głową i spojrzał na mnie.
- Ezra, wyjdź - wydał rozkaz. Taki przebieg zdarzeń był osobisty. Jestem zwykłym rycerzem, rozumiem świetnie, że chodziło tu o sprawy o których nie powinni wiedzieć ani zwykli obywatele ani żadni podwładni króla. Dlatego też po raz kolejny uklękłam przez jego obliczem.
- Zrozumiałem, panie - odparłam nie zapominając o formie osobowej czy tonie który przypominać miał mężczyznę. Następnie wstała i za rozkazem króla opuściłam salę pozostawiając go samym z kobietą. Nie byłam pewna czy pozostawienie tak ważnej osobistości bez jakiejkolwiek ochrony było dobrym pomysłem, ale skoro taka jest jego wola nie mam nic do mówienia. W dodatku zawsze ufałam jemu oraz jego wyborom. Z bezgłośnym westchnięciem zastanowiłam się co więc powinnam zrobić teraz. Ah tak, straże. Chwytając za rękojeść Certaofinusa ruszyłam przez korytarze zamku zdecydowanym krokiem. Świetnie wiedziałam gdzie obstawiony jest każdy ze strażników. Gdy dotarłam do pierwszej ich pary spojrzałam na nich nie odzywając się. Od razu widząc skłonili się na tyle na ile pozwalały im zbroje. Odpowiednia reakcja na spotkanie przywódcy floty królewskiej, jednak teraz miałam mówić o czymś innym.
- Wiecie czego od was oczekuje - rzekłam chłodnym, niskim tonem. Od razu wymienili przerażone spojrzenia, które mimo hełmów na ich głowach mogłam dostrzec. Usłyszałam cichy pomruk jednego z nich, który brzmiał jak "Niedobrze, Ezra jest wściekły...". Zauważyłam, że jak na piętnastolatkę budziłam w nich naprawdę niezwykły szacunek i respekt. To było jednak nieistotne. Mieli racje. Byłam wściekła. Przecież od tego w jakim stanie jest straż zależy bezpieczeństwo króla Heimesa. Od razu zalała mnie fala przeprosin oraz wytłumaczeń. Po wysłuchaniu wszystkiego spojrzeli na mnie z nadzieją.
- Nawet jeśli świetnie wiedzieliście kim była owa postać powinniście ją zatrzymać i doprowadzić do króla stale pilnując jej. Mimo waszej niekompetencji dam wam szansę oraz nie obniżę waszego stanowiska. Spodziewajcie się jednak, że kolejny sprawdzian zdolności będzie o wiele trudniejszy i bardziej męczący. Mam nadzieję, że dzięki temu zrozumiecie jak ważną rolę pełnicie i jak istotny jest każdy z waszych najmniejszych obowiązków - zakończyłam. Mężczyźni stojący na przeciwko mnie ponownie ukazali swoją skruchę i podziękowali za moją łaskawość. W końcu mogłam od tak zmienić ich stanowiska na o wiele mniej ważne, a nawet kompletnie wyrzucić z zamku. Po zakończeniu rozmowy ruszyłam do kolejnych członków floty. Konwersacja z każdym z nich wyglądała dokładnie tak samo. Gdy obeszłam już wszystkich strażników wpadłam nagle na Rosę. Tygrys który wcześniej był przy niej gdzieś zniknął.
Rosalin?
- Ezra, opuść miecz - nakazał mi świetnie znany głos. Jego brzmienie było niezwykle przyjemne dla ucha. Kryła się w nim zarówno powaga jak i swego rodzaju troska. Tylko jeden znany mi mężczyzna posiadał tak niesamowity głos. Dlatego też za jego poleceniem schowałam Certaofinusa do pokrowca przypiętego przy moim pasie. Następnie sztywno odwróciłam się oraz uklękłam przez królem Heimesem spuszczając głowę. Król wyminął mnie i dopiero po chwili spostrzegłam ruch jego ręki, który rozkazał mi się podnieść. Posłusznie uniosłam się, jednak pozostałam na miejscu.
- Co cię do mnie sprowadza, Qui Loquitur? - zadał pytanie tonem, który mimo, że dostojny i władczy, miał w sobie także niezwykle spokojne i miłe brzmienie. Nigdy nie odkryję jak król uzyskuje tego typu ton. W końcu sama zawsze pozostaje tylko i wyłącznie przy jednym - bezuczuciowym i niskim. Nie powiem, iż nie zaciekawiła mnie cała ta sytuacja. Nie dałam jednak tego po sobie poznać i wraz z królem wyczekiwałam na odpowiedź.
- Oddaj mi Czwartą Księgę Sancti Spiritus - rzekła bezpośrednio. Zastanowiłam się nad tym czy kiedykolwiek słyszałam tego rodzaju nazwę. W mojej głowie pozostała jednak kompletna pustka. Sądziłam, że wiem o tym królestwie oraz rzeczach znajdujących się w nim wszystko. Najwidoczniej myliłam się, ale skoro władca uznał, iż nie powinnam o tym wiedzieć tak najwidoczniej musi być. Spojrzałam ukradkiem na twarz króla. Zdawało pojawić się na niej niemałe zdziwienie. Po chwili jednak jego wzrok jak i cały wyraz stał się poważniejszy.
- Do czego jej potrzebujesz? - spytał tym razem z mniejszą ilością radości w głosie niż wcześniej. Wtedy właśnie doszło do mnie o jak ważną rzecz chodziło. Pan Heimes stawał się taki tylko i wyłącznie gdy chodziło o sprawy najwyższej wagi. Mimo to dalej stałam prosto i nie śmiałam nawet drgnąć czy pokazać choć na chwilę zainteresowania.Wtedy poczułam na sobie wzrok kobiety. Następnie szybko przeniosła go na króla. Nawet ja świetnie mogłam zrozumieć o co chodzi. Mój władca skinął głową i spojrzał na mnie.
- Ezra, wyjdź - wydał rozkaz. Taki przebieg zdarzeń był osobisty. Jestem zwykłym rycerzem, rozumiem świetnie, że chodziło tu o sprawy o których nie powinni wiedzieć ani zwykli obywatele ani żadni podwładni króla. Dlatego też po raz kolejny uklękłam przez jego obliczem.
- Zrozumiałem, panie - odparłam nie zapominając o formie osobowej czy tonie który przypominać miał mężczyznę. Następnie wstała i za rozkazem króla opuściłam salę pozostawiając go samym z kobietą. Nie byłam pewna czy pozostawienie tak ważnej osobistości bez jakiejkolwiek ochrony było dobrym pomysłem, ale skoro taka jest jego wola nie mam nic do mówienia. W dodatku zawsze ufałam jemu oraz jego wyborom. Z bezgłośnym westchnięciem zastanowiłam się co więc powinnam zrobić teraz. Ah tak, straże. Chwytając za rękojeść Certaofinusa ruszyłam przez korytarze zamku zdecydowanym krokiem. Świetnie wiedziałam gdzie obstawiony jest każdy ze strażników. Gdy dotarłam do pierwszej ich pary spojrzałam na nich nie odzywając się. Od razu widząc skłonili się na tyle na ile pozwalały im zbroje. Odpowiednia reakcja na spotkanie przywódcy floty królewskiej, jednak teraz miałam mówić o czymś innym.
- Wiecie czego od was oczekuje - rzekłam chłodnym, niskim tonem. Od razu wymienili przerażone spojrzenia, które mimo hełmów na ich głowach mogłam dostrzec. Usłyszałam cichy pomruk jednego z nich, który brzmiał jak "Niedobrze, Ezra jest wściekły...". Zauważyłam, że jak na piętnastolatkę budziłam w nich naprawdę niezwykły szacunek i respekt. To było jednak nieistotne. Mieli racje. Byłam wściekła. Przecież od tego w jakim stanie jest straż zależy bezpieczeństwo króla Heimesa. Od razu zalała mnie fala przeprosin oraz wytłumaczeń. Po wysłuchaniu wszystkiego spojrzeli na mnie z nadzieją.
- Nawet jeśli świetnie wiedzieliście kim była owa postać powinniście ją zatrzymać i doprowadzić do króla stale pilnując jej. Mimo waszej niekompetencji dam wam szansę oraz nie obniżę waszego stanowiska. Spodziewajcie się jednak, że kolejny sprawdzian zdolności będzie o wiele trudniejszy i bardziej męczący. Mam nadzieję, że dzięki temu zrozumiecie jak ważną rolę pełnicie i jak istotny jest każdy z waszych najmniejszych obowiązków - zakończyłam. Mężczyźni stojący na przeciwko mnie ponownie ukazali swoją skruchę i podziękowali za moją łaskawość. W końcu mogłam od tak zmienić ich stanowiska na o wiele mniej ważne, a nawet kompletnie wyrzucić z zamku. Po zakończeniu rozmowy ruszyłam do kolejnych członków floty. Konwersacja z każdym z nich wyglądała dokładnie tak samo. Gdy obeszłam już wszystkich strażników wpadłam nagle na Rosę. Tygrys który wcześniej był przy niej gdzieś zniknął.
Rosalin?
Od Kage
Małą , zagubioną dziewczynkę nazwałam Hana. Była bardzo pracowita i miała dobre podejście do duchów. Czasem zauważała więcej rzeczy ode mnie. Była cudownym dzieckiem. Całymi dniami biegała po lesie ,śmiała i bawiła się wraz z małymi spiritami. Nocami męczyła mnie abym opowiadała jej o Lesie, i duchach oraz wszystko co wiem. Chłonęła wiedzę jak gąbka. Nim się spostrzegłam byłam do niej bardzo przywiązana. Może to dlatego że była taka jak ja lub to tylko moje własne doświadczenia pchnęły mnie abym okazała jej współczucie. Tego dnia patrolowałyśmy razem z Sarciną środkowy Las. Dzisiaj postanowiłam pokazać jej najcenniejszy skarb całej Macarii. Drzewo Życia. Centrum energii wszystkich żywych istot na Ziemi. Umożliwia duchom przebywanie w Lesie Pana oraz nadaje każdemu wyjątkowe moce. Potrafią szybko biegać, skakać, teleportować się i wiele innych. Zawdzięczam mu swoje umiejętności, oraz życie. Gdy Hana zobaczyła Dolinę Pustki, czyli miejsce gdzie znajduje się Drzewo Życia, zaniemówiła. Patrzyła na wiszącą skałę i umiejscowiony na niej pień z błyskiem w oczach. Ze ścian spływały liczna wodospady i korzenie innych roślin. Był to najpiękniejsze miejsce na świecie. Jednak nie pasowało mi coś w tym pięknym krajobrazie. Gdybym dokładniej przyjrzała się liściom lub trawie od razu bym to zauważyła. Coś się stało z Drzewem Życia. Puściłam rękę Hany i na boso weszłam do wody otaczającej wysepkę. Wokół moich stóp zaczęły zbierać się małe podwodne duszki. Woda jaśniała od kroków. Dosłownie. Przynajmniej powinna... Tym razem nie pulsowała białym światłem. Mąciła się jak zwykła woda. Przyspieszyłam kroku ale muł zatrzymywał moje nogi. Wsparłam się o kostur i szłam dalej. Byłam kilka metrów od brzegu gdy z pod wody wystrzeliły korzenie. Była zaszokowana i nie potrafiłam się ruszyć. Próbowałam osłonić się laską jednak było ich za dużo. Usłyszałam ryk. To do pomocy mi rzuciły się duchy zwierząt z Lasu. Nakazałam Zen'owi zabrać stąd Hanę. Nic chciałam żeby coś jej się stało. To niesłychane żeby Dolina Pustki się tak zachowywała... Z oporem dotarłam na wyspę. Dokładnie obejrzałam korzenie zwisające ze skały. Były wyschnięte, liście żółkły na czubkach, a z pnia odpadała kora. Drzewo Życia umierało. Jak najszybciej potrafiłam przedostałam się na drugą stronę brzegu. Wsiadłam na jednego z ferre i poprosiłam aby zabrał mnie do domu. Nic nie wyjaśniając Hanie wsiadłam na Zen'a i wyruszyłam do Króla Maunuts'a. Nie zastawszy go w zamku poleciłam Zen'owi udać się do Króla Heimes'a. Z nadzwyczajną szybkością lisiego ducha znaleźliśmy się pod bramą zamku już po godzinie. Zsiadłam z jego grzbietu i wzięłam Hanę za rękę. Weszłam do korytarza prowadzącego wprost do sali tronowej. Nie miałam najmniejszego problemu ze strażnikami. Widząc kobietę z ogromnym lisem powinni się domyślić kim jestem. Jedyną osoba która wymierzyła we mnie swoje ostrze była młoda dziewczyna w zbroi.
- Kto idzie? - zapytała.
Ezra?
- Kto idzie? - zapytała.
Ezra?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)